Jego miejsce na poduszce obok twarzy Marty
wydawało się tak oczywiste jak fakt, że rano wschodzi słońce, a wieczorem
zapada zmierzch. Towarzyszył jej zawsze i wszędzie. Zabierała go ze sobą, gdy
wyjeżdżała na kolonie. Był przy niej, kiedy trzeba było na kilka tygodni
położyć się w szpitalnym łóżku. Rozmawiała z nim przed zaśnięciem, szepcząc do
pluszowego ucha wszystkie tajemnice minionego dnia. Nie wstydziła się go przed
koleżankami, które już dawno porzuciły podobne zabawki i rozglądały się raczej
za przyborami kosmetycznymi, nowymi ciuchami i ozdobami mogącymi pomóc im w
zwróceniu na siebie uwagi kolegów.
Marta też lubiła się ładnie ubrać i podkreślić
swoją urodę tuszem do rzęs albo szminką. Z pluszakiem pamietającym jeszcze czas
jej pobytu w przedszkolu nie zamierzała się jednak rozstawać. Komu miałaby się
wtedy zwierzać ze wszystkich przeżyć, tych radosnych, ale zwłaszcza tych
smutnych, bolesnych, przygnębiających? Rodzicom? Dla nich najważniejsze były
jej postępy w nauce. „Co słychać w szkole?” To było ich jedyne pytanie, jakie
słyszała codziennie po powrocie do domu. I nie chodziło wcale o zdarzenia z tak
zwanego „życia szkolnego”, niezwykle przecież barwnego i bogatego, tylko „czy
poprawiłaś ocenę z matematyki?”, „z czego będzie następna klasówka?” ,
„czy jesteś do niej odpowiednio przygotowana?” Cały czas w tym stylu. Próby
przemycenia jakiegokolwiek innego tematu były ostentacyjnie ignorowane. Koleżanek
w zasadzie nie miała. Dziewczyny uważały ją za trochę dziwną i, jeśli nie
musiały, unikały jej towarzystwa. Od piątej klasy sama siedziała w ławce. A że
nie była orłem z żadnego przedmiotu, więc nikt jej nawet nie prosił o pozwolenie
odpisania zadania domowego czy przyzwolenie na ściąganie podczas sprawdzianów.
Tamtego dnia jak zwykle wstała na godzinę przed porą
wyjścia do szkoły, umyła się, rozczesała starannie sięgające połowy pleców
włosy, zawiązała je w koński ogon, ubrała się zgodnie z wyobrażeniami rodziców
o schludnej elegancji uczennicy siódmej klasy podstawówki, zjadła przygotowane
przez mamę śniadanie, spakowała do plecaka dwie kanapki, również maminej
roboty, pogłaskała siedzącego na zaścielonym już łóżku misia i wyszła.
Dzień w szkole minął jak setki innych, podobnych
do siebie jak egzemplarze tej samej gazety leżące na stojaku przed salonikiem
prasowym, który mijała po drodze. Nudne czterdziestopięciominutowe nasiadówki, kiedy
całą swoją energię zużywała na walkę z zaśnięciem, żeby nie narazić się nauczycielom,
i dziesięciominutowe przerwy spędzane na osobności, pod ścianą albo przy oknie.
Nawet lekcje wf nie wnosiły żadnego kolorytu do tej szarej rzeczywistości.
Marta nie umiała grać w siatkówkę na okrągło ćwiczoną na tych zajęciach, więc
zawsze z utęsknieniem wyczekiwała chwili, kiedy skończy się ta katorga wiecznych
kompromitujących błędów, złośliwych uwag koleżanek i nauczycielki. Od kiedy
tylko mogła, wykręcała się od udziału w tych lekcjach, tłumacząc się „kobiecą
niedyspozycją”, którą, gdyby ktoś uważnie prześledził jej usprawiedliwione
nieobecności na wuefie, miewała znacznie częściej, niż natura przewidziała.
W tym dniu na szczęście nie było wuefu, więc
udawanie niedysponowanej miała z głowy. Po szóstej godzinie udręki
opuściła z uczuciem ulgi szkolne mury i udała się w drogę powrotną do domu,
gdzie czekała ją konieczność złożenia szczegółowego raportu z przebiegu dnia
nauki. Czy była z czegoś pytana, czy przeprowadzono jakąś niezapowiedzianą
kartkówkę, co zadano do domu itd. Tak upłynie rodzinny obiad, a kiedy już
pozmywa naczynia, będzie mogła wreszcie paść na swoje łóżko, przytulić się do
ukochanego misia i wypłakać w jego pluszową sierść całą swoją samotność. Później
weźmie do ręki telefon, sprawdzi wpisy na portalu, na którym od kilku miesięcy
próbuje znaleźć jakąś bratnią duszę, wykasuje wulgarne wpisy w rodzaju „fajna
laska z ciebie, chętnie bym cię przeleciał”, ze smutkiem stwierdzi, że innych
nie ma i z ciężkim sercem zabierze się za odrabianie zadań domowych. Z
poczuciem nieuchronności takiego właśnie losu szła w kierunku swojego
rodzinnego gniazda, wlokąc się noga za nogą ze wzrokiem wbitym w trotuar, jakby
między betonowymi kostkami mogła znaleźć coś, co przyniesie ulgę jej znękanej
duszy.
Droga między szkołą a domem biegła najpierw na
prawo od wyjścia, wzdłuż parkanu okalającego szkolny dziedziniec, dalej prosto trzeba
było minąć dwie przecznice i skręcić w trzecią, w ulicę Szeroką, nazwaną
tak chyba przez kogoś dla żartu, bo z trudem mogły się na niej minąć dwa samochody
osobowe. Podobnie ulica przy szkole nazywała się Parkowa, chociaż nie było przy
niej żadnego parku ani nawet porządnego skweru. Po obu stronach była gęsto
zabudowana ponad stuletnimi kamienicami, a dziedziniec szkolny był jedynym
obszarem nieco luźniejszej przestrzeni.
Właśnie w tych kamienicach stopniowo znikali jej
koledzy i koleżanki, które równocześnie z nią opuściły przybytek wiedzy i
dobrego wychowania. Do Szerokiej dochodziła już sama. W tym miejscu od budynku,
w którym mieszkała, dzieliły ją już tylko cztery bramy. Wtedy go zobaczyła. Stał
na rogu Parkowej i Szerokiej oparty o słupek, na którym umieszczono znak drogowy
informujący o przejściu dla pieszych i wyraźnie się w nią wpatrywał, wprost
pożerał ją wzrokiem.
Poczuła się nieswojo, zwłaszcza że ruch o tej
porze był niewielki. Dorośli przeważnie wychodzili z pracy jakąś godzinę
później, sklepów w pobliżu nie było. Z drugiej strony musiała przyznać, że chłopak
był przystojny, starszy sporo od niej, ale na pewno zaliczający się jeszcze do szeroko
rozumianej młodzieży. Ubrany był w obcisłe dżinsowe spodnie i taką samą rozpiętą
bluzę, spod której wystawał biały T-shirt z nadrukiem jakiegoś zespołu
muzycznego, którego Marta nie znała. Na nogach miał czarne sportowe buty z
charakterystyczną białą łyżwą po bokach.
Pomna na różne mroczne historie, których mnóstwa nasłuchała
się od rodziców i innych dorosłych, od kiedy weszła w wiek dojrzewania, zamierzała
go zignorować i podążyć spokojnie w swoją stronę, mimo że schlebiało jej tak
ostentacyjnie okazywane zainteresowanie ze
strony takiego przystojniaka. On jednak, jak się okazało, miał inne
plany.
— Marta? — zwrócił się do niej z przyjaznym uśmiechem
na twarzy, a ona stanęła jak wryta, słysząc własne imię.
— Ssskąd mnie znasz? — wycedziła przez zęby,
nie kryjąc zaskoczenia.
— Cześć, jestem Arek — przedstawił się
chłopak i wyciągnął rękę na przywitanie. — Obserwuję twoje wpisy na Tik Toku i
pomyślałem sobie, że warto poznać cię w realu. Podobasz mi się, nie tylko z
wyglądu, z tego, co piszesz też. Nie chciałem odzywać się w necie, bo tam przeważnie
same zboki odpowiadają dziewczynom podobnym do ciebie, a ty wydajesz mi się
zbyt wrażliwa na takie zaczepki. Udało mi się ustalić, gdzie mieszkasz i do
której szkoły chodzisz. Pomyślałem sobie…
— Szpiegowałeś mnie! — przerwała mu
gwałtownie Marta, czerwieniąc się z oburzenia.
— Spokojnie. Po co zaraz takie wielkie słowa?
— Arek starał się załagodzić powstałe napięcie. — Zdobycie takich danych nie
jest dziś wcale trudne. Nie trzeba być do tego asem wywiadu. A ja naprawdę nie
mam żadnych złych zamiarów. Podobno szukasz przyjaźni. Tak przynajmniej wynika
z twoich wpisów. Ja mógłbym zostać twoim przyjacielem. Będzie nam razem super,
daję słowo. Poznasz moich kolegów i innych ciekawych ludzi. Fajnie się
zabawisz, życie przestanie być takie szare i nudne, jak opisujesz w swoich
postach. Nie chcesz się przekonać?
— Jesteś ode mnie starszy, i to sporo, jak
się wydaje — oponowała Marta.
— Nie tak znowu sporo. Mam siedemnaście lat.
Mogę ci nawet pokazać legitkę z datą urodzenia, jak nie wierzysz. — Sięgnął do
tylnej kieszeni spodni, ale Marta powstrzymała go gestem ręki.
— Nie musisz. Wierzę ci, chociaż na oko
wyglądasz na więcej. Na czym niby miałaby polegać nasza przyjaźń? Co moglibyśmy
razem robić, jak ty kończysz pewnie jakieś liceum, a ja podstawówkę?
— Czy to aż takie ważne, jaką szkołę się
kończy? To zgredy tak nas nakręcają tymi wszystkimi szkołami. I wmawiają nam,
że trzy lata różnicy to przepaść. A sami pobierają się nawet z o dwadzieścia
lat młodszymi i im to nie przeszkadza. Nie daj sobie wmówić, że wiek to jakaś
świętość. Poczuj się dorosła. Tak naprawdę tylko na papierze jesteś dzieckiem. Ja
zresztą przez rok jeszcze też. No, może już niecały. A czy wyglądam na
dzieciaka? To jak? Wchodzisz w to? Druga okazja nieprędko może ci się nadarzyć.
Zresztą żadna inna nie będzie tak superowa jak to, co ja ci mam zamiar
zaoferować. Zresztą zawsze najbardziej żałuje się grzechów niepopełnionych. Czy
w domu czeka na ciebie coś ekstra ciekawego, żebyś miała się tam śpieszyć?
Marta zamyśliła się. Ciekawego nic na nią nie
czeka. Tego była pewna, bardziej niż wschodu i zachodu słońca. Z drugiej strony
skóra cierpła jej, gdy próbowała wyobrazić sobie reakcję rodziców, jeśli wróci do
domu później, niż plan lekcji przewiduje. Z trzeciej – ciągle nie była pewna, o
co temu chłopakowi naprawdę chodzi.
— Rodzice będą się martwić, jak nie wrócę na
czas — powiedziała niepewnie i cała zaczerwieniła się, uświadomiwszy sobie, jak
głupio musiało to zabrzmieć w uszach skrajnie wyzwolonego, jak się mogło
wydawać, siedemnastolatka.
— I co ci zrobią, jak wrócisz trochę później?
Zakażą ci czegoś? Zawsze możesz to olać. Ja na przykład, jak kiedyś stary dał
mi szlaban na wychodzenie do kumpli, to systematycznie, dzień w dzień wracałem
z budy dwie godziny później niż kończyły się lekcje. Do szkoły nie mógł mi
zabronić chodzić. W końcu odpuścił i od tamtej pory nie daje mi żadnych
szlabanów. Starych trzeba wychowywać. Tak jak oni próbują nas. Zbiją cię, albo
będą krzyczeć? Teraz to zakazane. Można ich postraszyć niebieską kartą. Wiem,
do tej pory byłaś grzeczną córeczką — Arek zmienił ton głosu, widząc narastające
zdziwienie w oczach Marty. — Najwyższy czas to zmienić. Przełam się. Zobaczysz,
że życie potrafi być fajne, jak się wyrwiesz z tej złotej klatki nazywanej
domem rodzinnym. To jak? Decyduj się.
Marta na siłę szukała w głowie czegoś, co mogłaby
przeciwstawić temu bezwzględnie logicznemu wywodowi Arka. To, co mówił
przekraczało wszelkie jej dotychczasowe wyobrażenia o życiu. Jego słowa i
swoboda, z jaką je wypowiadał, szokowały ją. Jednocześnie przyciągały z
przemożną mocą. Zawstydziła się sama przed sobą tej fascynacji, ale nie
potrafiła nic na nią poradzić. Po prostu czuła ją i to, wbrew wszystkiemu, było
piękne.
Pośpiesznie zrobiła bilans potencjalnych zysków i
strat. Perspektywa ciekawego, różnego od wszystkich innych popołudnia
przeważyła nad ewentualnym gniewem rodziców z powodu późnego powrotu do
domu. Ostatecznie Arek ma rację. Głowy jej nie urwą. Może przynajmniej uda się
w ten sposób zwrócić ich uwagę na coś więcej w jej życiu niż tylko wyniki w
nauce.
— Wchodzę w to — powiedziała zdecydowanie,
chociaż gdzieś na dnie mózgu ciągle czaiła się niepewność.
— Świetnie! — Twarz Arka rozpromienił szeroki
uśmiech. — W takim razie chodź ze mną. Pokażę ci prawdziwy raj. Na pewno nie
pożałujesz.
Ruszyli prosto przed siebie, ignorując przecznicę
prowadzącą do domu Marty. Skręcili dopiero w następną i to w przeciwnym
kierunku, gdzie jakieś sto metrów dalej znajdował się duży, bezpłatny parking
przeznaczony głównie dla mieszkańców osiedla.
— Nie miałeś żadnych problemów z rozpoznaniem
mnie? — zapytała Marta w czasie drogi. — Przecież te zdjęcia wrzucane na Tik
Toka…
— Nie retuszujesz ich — przerwał jej Arek. — Nie
wiedziałem o tym, dlatego spodziewałem się, że może być pewien problem, ale jak
cię tylko zobaczyłem, to od razu rzuciło mi się w oczy, że jesteś identyczna
jak na fotkach. To mnie dodatkowo ujęło. Cenię sobie szczerość.
— Przyznam ci się, że nawet nie mam pojęcia,
jak się takie retusze robi. Nie mam w kompie żadnego Foto Shopu ani nic
podobnego. Ale masz rację, nie chcę się sztucznie upiększać. To i tak prędzej
czy później wyjdzie na jaw.
— Zapraszam cię — powiedział Arek, wskazując
szarmanckim gestem otwarte drzwiczki srebrzystego auta, na widok którego Marcie
oczy omal nie wyszły z orbit. Nie znała się na markach samochodów, ale natychmiast
zdała sobie sprawę, że takich cacek w tej dzielnicy raczej się nie widuje, a na
pewno przerasta o kilka klas to, czym jeździł jej tato.
— Tto… ttwwoje… auto? — wymamrotała, nie
umiejąc ukryć oszołomienia. — Jaka to marka?
— To Lexus RZ.— Arek wypowiedział tę nazwę z
takim lekceważeniem, jakby poruszanie się tego typu pojazdami było czymś na
porządku dziennym. — Właściwie należy do mojego starego. Ale pozwoliłem sobie
pożyczyć na ten krótki czas. W końcu nowo zawartą znajomość trzeba jakoś
uczcić. Co, nie?
— A ty masz w ogóle prawo jazdy? Przecież
mówiłeś…
— Kto by się tam jakimiś papierami
przejmował! — Arek machnął ręką lekceważąco. — Psy rzadko się tu zapuszczają,
zwłaszcza drogówka. A tam, gdzie mieszkam, to już zupełnie się ich nie widuje.
— Twój tata wie o tym, że…
— Nie musi o wszystkim wiedzieć. Jak jest
frajer i zostawia kluczyki w otwartej szufladzie biurka, to niech się nie
dziwi, że ja z tego korzystam. Ja nie jestem frajer. Wsiadaj, rozgość się.
— Domyślam się, że twoich starych nie ma w
domu, skoro mogłeś tak bez problemu wziąć kluczyki. To dlaczego ten samochód nie
jest tam, gdzie oni? — zapytała Marta, gdy wygodnie umościła się na fotelu obok
kierowcy. Plecak wrzuciła sobie pod nogi.
— Ten akurat służy ojcu do bardziej
oficjalnych wizyt u ważnych klientów, kluczowych, jak ich nazywa. Rozumiesz, to
taka reprezentacyjna bryka do robienia dobrego wrażenia. Na co dzień jeździ
mniej rzucającym się w oczy Saabem, a starsza ma małolitrażową wersję Suzuki.
Też nią kiedyś jechałem, bo, podobnie jak staruszek, nie pilnuje kluczyków, ale
tobie chciałem się pokazać w czymś ekstra, dlatego właśnie wybrałem się pod
twoją szkołę dziś, bo wiedziałem, że ten lexus będzie w moim zasięgu.
Jechali przez część miasta, której Marta nie
znała. W ogóle rzadko wystawiała nos poza swoje osiedle. Czuła lekki niepokój z
powodu faktu, że podróżuje po nieznanych ulicach z nieznanym chłopakiem, w
dodatku takim, który za nic ma przepisy prawa i zasady dobrego wychowania.
Jednak fascynacja zupełnie nieoczekiwaną wolnością od nudnej, szkolno-domowej
mitręgi skutecznie tłumiła wszelkie sygnały ostrzegawcze płynące z płata
czołowego jej mózgu.
Arek nie popisywał się za kierownicą. Jechał
ostrożnie, z dozwoloną w mieście prędkością, pokornie stał na czerwonych
światłach, nawet jeśli prostopadłą drogą nic nie jechało. A więc jednak nie
jest tak do końca szalony, jak mogło się wydawać na początku, pomyślała Marta i
jej zaufanie do nowego znajomego znacznie wzrosło.
Wreszcie, po około piętnastu minutach, zatrzymali
się przed okazałą rezydencją otoczoną wysokim na przeszło dwa metry parkanem z
jasnego piaskowca, zza którego wyłaniał się gęsty szpaler tui. Arek ustawił
samochód na wprost kutej żelaznej bramy ozdobionej licznymi motywami roślinnymi
i uruchomił pilotem jej otwieranie. Po chwili wjechali na teren rozległego
ogrodu urządzonego w stylu francuskiego baroku z licznymi fontannami,
stiukowymi rzeźbami i klombami pełnymi kwiatów posadzonych tak, żeby tworzyły dopasowane
kolorystycznie mozaiki. W głębi tego ogrodu stał dom, a właściwie miniaturowy
pałac z kopulastym miedzianym dachem i czterema strzelistymi wieżyczkami na
narożnikach. Ktoś z choćby tylko amatorskim rozeznaniem plastycznym uznałby to
za przejaw wyjątkowo ordynarnego kiczu boleśnie kłującego w oczy. Ale Marta nie
miała takiego rozeznania. Ona odniosła wrażenie, że znalazła się nagle w
przedsionku raju, a nawet nie w przedsionku, w samym jego środku. Poczuła
się jak Kopciuszek przeniesiony cudownym sposobem przez dobrą wróżkę do pałacu
księcia.
— O kurde! — zawołała z przejęciem. — Ty tu
mieszkasz? Na serio?
— Od urodzenia — odpowiedział Arek z
uśmiechem. — Tutaj to jeszcze pikuś. W środku dopiero ci oko zbieleje.
Otworzył pilotem bramę garażową i ostrożnie
wprowadził lexusa do jednego z trzech pustych boksów wyposażonych w kanały naprawcze
i regały z różnymi akcesoriami. W garażu był jeszcze czwarty boks, najszerszy.
Stał w nim kremowy kamper z przyczepioną od tyłu łodzią motorową umocowaną na
specjalnym wózku z kołami jak przy samochodzie. Kiedy wysiedli, zaprowadził
Martę do windy umieszczonej obok boksów. Miała lśniące, chromowane drzwi. Gdy
otworzyła się o jedną kondygnację wyżej, oczom Marty ukazał się obszerny hol z marmurową
posadzką, dużą ścienną garderobą z mahoniowego drewna z pięciorgiem rozsuwanych
drzwi. Troje z nich było wyposażone w lustra od podłogi do sufitu. Po obu
stronach ozdobnego wejścia stały donice z egzotycznymi roślinami. Z sufitu
zwisał kryształowy żyrandol z taką ilością żarówek, że trudno było się ich
wszystkich doliczyć.
— No, napatrzyłaś się? — Zapytał Arek z
protekcjonalną wyższością w głosie i, nie czekając na odpowiedź zaprosił ją
gestem ręki ponownie do windy.
Pokój Arka mieścił się na poziomie plus jeden. Nie
epatował takim luksusem jak oglądany przed chwilą hol, ale widać było na
pierwszy rzut oka, że jego mieszkaniec do biednych raczej nie należy. Ściany
zdobiły liczne plakaty drużyn futbolu amerykańskiego. oraz zespołów muzycznych,
których nazwy nic Marcie nie mówiły. Jej uwagę zwróciło przede wszystkim
szerokie łóżko stojące pod ścianą po lewej stronie, zbyt szerokie, jej zdaniem,
jak na jedną osobę. Ona sypiała na tapczanie nieco tylko szerszym od kozetki w
gabinecie lekarskim. Przewrócenie się z boku na bok było dla niej nie lada
wyzwaniem. W jej pokoiku nic większego by się nie zmieściło, a już na pewno nie
coś tak wielkiego jak to tutaj. „Na co mu takie łoże?”, pomyślała ze
zdziwieniem, ale nic nie powiedziała. W ogóle patrzenie na te wszystkie cuda odebrało
jej mowę.
— Siadaj, czuj się jak u siebie w domu. —
Arek wskazał jej okrągłą pufę obszytą popielatym filcem. — Napijesz się czegoś?
— Może herbaty — powiedziała nieśmiałym
szeptem, jakby bojąc się własnego głosu.
— A przypadkiem nie mleka z butelki ze
smoczkiem? — Arek zaśmiał się szyderczo. — Dziewczyno, nie jesteś już w
przedszkolu. Zacznij się czuć jak naprawdę dorosła. Poczekaj, dam ci coś, co na
pewno ci zasmakuje.
Podszedł do niskiej szafki zamykanej na kluczyk stojącej
obok jego biurka, na którym nie widać było żadnych śladów nauki szkolnej, i
wyciągnął z niej butelkę wypełnioną bursztynowym płynem oraz dwa średniej
wielkości kieliszki.
Marta wzdrygnęła się na widok alkoholu, który w
jej domu był zupełnie zakazany, dla niej oczywiście. Nawet, kiedy rodziców
odwiedzali znajomi albo krewni, wypraszano ją do jej pokoju, zanim na stole pojawiły
się napoje zawierające procenty. Ojciec trzymał piwo, którym delektował się
podczas oglądania telewizji, zwłaszcza transmisji sportowych, w barku zamykanym
na klucz, który zawsze nosił przy sobie. Ona, rzecz jasna, wiedziała dlaczego
musi wychodzić z pokoju stołowego po głównej części rodzinnego czy
towarzyskiego obiadu, ale akceptowała to. Zresztą nigdy przeciw niczemu się nie
buntowała. Dorośli po prostu mieli rację i już. Sport jej nie interesował,
dlatego nie czuła dyskomfortu z tego powodu, że nie może towarzyszyć tacie w
oglądaniu meczu piłkarskiego czy innych zawodów. Teraz widok stojącego przed
nią kieliszka wypełnionego czymś, czego sam zapach przyprawiał o zawrót głowy,
był dla niej oszałamiający. Nie chciała jednak wyjść na gówniarę. Arek po
prostu imponował jej swoim swobodnym stylem bycia, zależało jej na utrzymaniu
jego zainteresowania nią jak najdłużej, więc zebrała całą swoją odwagę, wzięła
głęboki wdech i wychyliła zawartość kieliszka, tak jak zwykle piła sok
pomarańczowy albo pepsi. Poczuła jakby do gardła ktoś włożył jej zapaloną
pochodnię. Oczy wyszły jej z orbit, a w płucach zabrakło powietrza. Przez
chwilę myślała, że się udusi, że nadszedł właśnie kres jej krótkiego życia i że
to piękny koniec w tak luksusowym pomieszczeniu i w tak fascynującym
towarzystwie.
Na szczęście Arek wiedział jak zareagować. Podszedł
od tyłu i uniósł obie jej ręce do góry, jednocześnie nachylając głowę. Po
chwili oddech wrócił jej do normy, ale po policzkach wciąż spływały łzy,
bynajmniej nie ze wzruszenia.
— Widać, że jesteś nieprzyzwyczajona. — Tym
razem w jego głosie nie było szyderstwa, raczej troska. — Mam nadzieję, że to
cię nie zniechęciło. To jest naprawdę super, zwłaszcza później, jak już zacznie
szumieć w głowie. Napij się jeszcze trochę. Tylko nie wlewaj tak w siebie
jednym haustem. Delektuj się. Zobaczysz, jak bosko się poczujesz za jakieś pół
godziny. — Ponownie napełnił oba kieliszki.
Marta miała serdecznie dość swojego pierwszego
doświadczenia z napojem zwanym potocznie wyskokowym, ale jak tu odmówić komuś,
kto się tak czarująco uśmiecha, no i mieszka w tak odlotowej willi, i
jeździ takim super samochodem. Oczyma wyobraźni widziała siebie jako stałą
bywalczynię tej rezydencji i gotowa była zrobić teraz wszystko, żeby zasłużyć
sobie na ten zaszczyt.
Przyłożyła sobie kieliszek do ust i tym razem
pociągnęła tylko mały łyk. Przeszedł przez gardło bez problemu. Potem następny
i jeszcze jeden. Zaczęła rzeczywiście delektować się smakiem oryginalnego
francuskiego koniaku i poczuła, że we wnętrznościach robi jej się coraz
przyjemniej.
— Można jeszcze trochę? — zapytała, gdy
kieliszek już opustoszał.
— Oczywiście. — Arek cały promieniał z
radości. — No, to masz za sobą prawdziwy chrzest dorosłej osoby — powiedział,
kiedy wspólnie opróżnili całą butelkę. — Teraz może spróbujesz czegoś z innej
działki. Założę się, że tego też nigdy nie próbowałaś.
Podszedł do tej samej szafki, z której wcześniej
wyjął butelkę koniaku, i tym razem wyciągnął srebrną papierośnicę wypełnioną
najprawdziwszymi cygarami. Marta aż zamrugała oczami z wrażenia. Dla niej to
było kolejne tabu. Owszem, od ojca czasami można było wyczuć zapach niedawno
wypalonego papierosa, ale nigdy nie robił tego przy niej. Poza tym to, co palił
tata, to była jakaś dolna półka cenowa. Cygara widziała kiedyś na jakimś
filmie. W życiu – nigdy.
— Częstuj się. — Arek zachęcająco podsunął
jej papierośnicę pod nos. — Tylko nie zaciągaj się zbyt mocno za pierwszym
razem. Delektuj się, tak jak koniakiem. Jak się oswoisz, będziesz mogła
pozwolić sobie na głębsze wdechy.
Marta była już tak rozluźniona, że nie
zastanawiała się ani chwili przed sięgnięciem do srebrnego pudełka. Włożyła
sobie cygaro do ust, a Arek szarmancko podał jej ogień. Atak kaszlu, jaki
dopadł ją sekundę później, świadczył o tym, że nie do końca wzięła sobie do
serca dobrą radę otrzymaną wcześniej. Może zresztą wzięła, tylko mimo wszystko
dym był dla niej zbyt mocny. W każdym razie nie poddała się. Wypaliła cygaro do
końca, dławiąc się dymem jeszcze kilkakrotnie, ale za każdym razem coraz
słabiej.
— Zuch dziewczyna! — pochwalił ją Arek. — Chcesz
jeszcze jedno?
Nie odmówiła. Zaciągając się kolejnym tytoniowym
kabanosem, poczuła, że sprawia jej to coraz większą frajdę. Już się nie
krztusiła, a kolejne hausty dymu przyjemnie rozgrzewały od środka. Było jej tak
dobrze, jak nigdy dotąd. Nikt jej nie strofował. Nic nie musiała. Zero zasad,
zero kontroli. Doszła do wniosku, że tego jej właśnie brakowało przez całe
dotychczasowe życie. Była wdzięczna Arkowi, że pokazał jej taki świat i była
gotowa zrobić dla niego wszystko, czego zażąda, żeby tę wdzięczność wyrazić.
Tymczasem on powoli zaczął przechodzić do
kolejnego punktu programu, który, jak można było łatwo zauważyć, starannie
wcześniej zaplanował. Marta jednak żadnego planu nie dostrzegała. Upojona
koniakiem, kubańskim tytoniem i nie zaznaną nigdy wcześniej wolnością, podążała
za chłopakiem jak wierna suczka za swoim panem.
Przenieśli się z puf na szerokie łóżko. Arek objął
ją ramieniem i mocno przytulił do siebie. Zaczął głaskać czule po ramieniu i
plecach. Szeptał przy tym miłe słówka. Zapewniał, że jest wspaniała, cudowna,
wyjątkowa, że nigdy takiej jak ona nie spotkał. Nachylił się i delikatnie
pocałował ją w usta. Próbował przy tym rozchylić językiem jej wargi. Zaskoczyło
ją to. Widziała kilka razy na filmach całujących się ludzi, ale nie miała
pojęcia, jak to wygląda w praktyce.
— Nie bądź taka spięta. Rozluźnij się. — Arek
pogładził ją po policzku i ponownie przywarł ustami do jej warg.
Tym razem sama je rozchyliła. Chłopak spokojnie,
powoli oswajał ją z doznaniami, jakie były jej dotąd zupełnie obce. Całowali
się przez kilka minut, a on w tym czasie zataczał coraz szersze kręgi dłońmi na
jej ciele. Wreszcie poczuła, jak w dolnej części brzucha robi jej się dziwnie
ciepło, a bielizna pod spódniczką wilgotnieje chociaż nie jest to pot ani siku,
ani krew, która ostatni raz przestała jej płynąć zaledwie tydzień temu. Ta
wilgoć była niesamowicie przyjemna. Tymczasem Arek przestał krążyć rękoma po
jej ciele. Położył swoją lewą rękę na jej prawym kolanie i zaczął delikatnie
wsuwać pod spódnicę. Nie oponowała. Było jej tak cudownie lekko, że nic nie
mogło zmącić tego dobrego nastroju. Nawet, kiedy jego palce zaczęły masować jej
łechtaczkę, jęknęła tylko z narastającego podniecenia. Bez najmniejszego oporu
pozwoliła pozbawić się całej garderoby i pomogła Arkowi pozbyć się jego. Krzyknęła
na moment z bólu, kiedy jego nabrzmiały penis rozdarł jej błonę dziewiczą, ale wkrótce
później pozwoliła się ponieść fali rozkoszy. Bawili się swoimi ciałami na różne
sposoby. Chłopak uczył ją rozmaitych technik i pozycji, a jego męskość po każdorazowym
spełnieniu błyskawicznie wracała do stanu pełnej gotowości.
Nie potrafiłaby powiedzieć, jak długo to trwało. W
każdym razie za oknem zaczęło się już ściemniać, kiedy Arek podniósł się i
spojrzał na wyświetlacz telefonu.
— Moi starzy mogą niedługo wrócić — powiedział
zaniepokojony. — Powinnaś stąd zniknąć. Ja niestety cię nie odwiozę. Nie
zdążyłbym przed powrotem ojca. Poza tym oboje mamy nieźle w czubie. To mogłoby
się źle skończyć. Ubieraj się prędko. Pokażę ci, gdzie jest przystanek autobusu.
Dojedziesz do Rynku. Stamtąd już powinnaś sobie poradzić.
Marta wstała. Zaczęła zakładać na siebie poszczególne
części ubrania. Czuła się przy tym, jakby stała na pokładzie okrętu
rozkołysanego silnym sztormem. W głowie jej szumiało. Obraz przed oczyma nie
był klarowny tak jak zwykle. Nogi jakoś dziwnie się plątały i tylko z największym
trudem udawało jej się utrzymywać równowagę.
Chłodne, wieczorne powietrze otrzeźwiło ją nieco,
ale i tak nie miała głowy, żeby podziwiać stylowe latarnie oświetlające
dziedziniec rezydencji Arka. Nie była też w stanie zapamiętać żadnych
szczegółów otoczenia, w którym się znajdowała. Drogę do przystanku pokonała na
wpół świadomie, opierając się na ramieniu świeżo poznanego księcia z bajki.
Na szczęście w autobusie znalazła siedzące miejsce
przy oknie. Wtuliła twarz w szybę i poczuła, jak ogarnia ją niespotykana
wcześniej senność. Powieki stały się tak ciężkie, że próba utrzymania ich w
rozwartej pozycji musiała spełznąć na niczym. Przed oczami, zamiast nocnego
krajobrazu miasta, przesuwały jej się sceny z dzisiejszego popołudnia. W ustach
znów czuła smak koniaku, dymu z cygar i arkowego nasienia, którego też miała
okazję popróbować.
Z tych rozkosznych wspomnień wyrwało ją mocne
szarpnięcie za ramię.
— Obudź się, dziewczyno! — krzyczał jakiś
obcy, kobiecy głos, który docierał do niej jakby z innego świata.
Z trudem rozchyliła powieki. Stało nad nią dwoje
umundurowanych policjantów, którzy potrząsaniem próbowali przywrócić ją do
rzeczywistości.
— Gdzieś się tak spiła!?
— Co robisz o tej porze na mieście!?
— Jak się nazywasz!?
— Gdzie mieszkasz!?
Zadawali pytania na przemian, nie czekając na
odpowiedzi, których ona w tej chwili i tak nie była zdolna z siebie
wykrztusić. Ogarnęło ją przerażenie. Nagle uświadomiła sobie, że nie wróciła na
noc do domu. Nie ma przy sobie tornistra. Został pewnie w samochodzie Arka. Nie
zawracali sobie głowy takim drobiazgiem, kiedy z garażu wprowadzał ją do
swojego pałacu, a później, przy wychodzeniu, w ogóle już o niczym nie myśleli.
Jedno, czego była teraz pewna, to to, że za wszelką cenę nie może dopuścić, do
konfrontacji z rodzicami. Ta dwójka „psów”, jak by ich nazwał Arek, z pewnością
miała zamiar odstawić ją w cuglach do domu. Ona nie miała na to najmniejszej
ochoty. Przynajmniej nie w tej chwili. Postanowiła bronić się przez atak.
— Nic was nie obchodzi, gdzie mieszkam ani
jak się nazywam! Zostawcie mnie! Zajmijcie się łapaniem prawdziwych bandytów! —
wykrzyczała jednym tchem. Zerwała się z miejsca i próbowała przecisnąć się
między stróżami porządku. Została jednak natychmiast powstrzymana.
— Spokojnie, mała. Nie awanturuj się.—
powiedziała opanowanym, stanowczym głosem policjantka. — Jeździsz autobusem tam i z powrotem w środku
nocy, jesteś pijana i wygląda na to, że za młoda na takie przygody. Mów,
gdzie mieszkasz. Mama i tata na pewno się o ciebie martwią.
— Gówno się martwią! Poza tym, skąd wiesz,
ile ja mam lat, ty suko!? Może tylko młodo wyglądam!?
— Masz dowód? Od razu byśmy sprawdzili twój
wiek.
— Nie muszę mieć! Żyję w wolnym kraju i nie
mam obowiązku nosić przy sobie dokumentów. — Marta sama była zaskoczona swoim
tupetem, ale czuła, że czas spędzony z Arkiem coś w niej radykalnie zmienił.
Nigdy już nie będzie tą wystraszoną dziewczynką wypłakującą swoje smutki w
pluszowe futerko.
— No to masz problem. Zabieramy cię na komendę.
Tam ustalimy twoją tożsamość.
— Zostawcie mnie! — Marta zaczęła się szarpać,
gdy policjanci podnieśli ją z siedzenia w autobusie z zamiarem wyprowadzenia na
zewnątrz. Nic to jednak nie dało. W parę sekund na jej rękach zatrzasnęły się
kajdanki i chwycona pod pachy przez dwoje znacznie od niej silniejszych i
sprawniejszych, a przede wszystkim trzeźwych ludzi znalazła się na peronie
pętli autobusowej w okolicy, której zupełnie nie znała. Chwilę później
wepchnięto ją do radiowozu, mimo że nie miała zamiaru w ogóle tam wsiadać, i zaczęła
swoją kolejną w tym dniu przygodę, tym razem o wiele mniej przyjemną.
Najpierw zawieziono ją na SOR najbliższego
szpitala. Nie wyrywała się już. Nie protestowała, kiedy pobierano jej krew. Wynik
– półtora promila nic jej nie mówił, za to eskortująca ją policjantka złapała
się za głowę.
— Gdzieś ty się, dziecko, tak schlała? —
zapytała z troską w głosie. Może ktoś ci jakąś krzywdę zrobił? Powiedz, możemy
ci pomóc.
— Błagam panią! — Marta zmieniła o sto
osiemdziesiąt stopni swoje podejście. — Nie mówcie nic rodzicom. Ja sama wrócę
do domu. Nigdy więcej nie będę jeździła pijana autobusem. Przysięgam.
— Teraz to już chyba za późno. Pojedziemy na
komisariat. Prześpisz się w izbie zatrzymań dla nieletnich, wytrzeźwiejesz, a
rano zawiadomimy rodziców. Radzę ci nie ukrywać swojego adresu. I tak się wszystkiego
dowiemy, a im bardziej będziesz skłonna z nami współpracować, tym lepiej dla
ciebie.
— Nieee! — wrzasnęła dziewczyna. — Tylko nie
to! Błagam! Proszę! Starzy mnie chyba zabiją, jak się dowiedzą!
— Nie zabiją cię. Spokojna głowa. Oni
sprawują opiekę nad tobą i mają prawo wiedzieć, gdzie ich córka przebywa i co
porabia. Jeszcze raz ci radzę. Powiedz wszystko szczerze. Wtedy może unikniesz
wielu kłopotów.
— Nic nie powiem — zaperzyła się Marta. —
Nienawidzę pani, moich starych i wszystkich dorosłych, zwłaszcza tego
gnoja, kierowcy autobusu! To on was wezwał, prawda?
— Zaniepokoił się, że nie wysiadasz na pętli.
A nie wyglądasz na pełnoletnią. W dodatku, kiedy do ciebie podszedł,
wyczuł alkohol. Nie miał innego wyjścia. Musiał do nas zadzwonić.
— Gówno musiał! Od dziś po południu jestem
już sto razy bardziej pełnoletnia niż wy wszyscy. Cały czas trzymacie się
jakichś pieprzonych przepisów, a ja poznałam fantastycznego faceta, który naprawdę
wie, co to wolność. Było mi z nim cudownie, zarąbiście! Wyście wszystko
zepsuli!
Marta nagle rozpłakała się, a jej płacz zmienił
się prędko w spazmatyczny szloch.
— Opowiesz mi coś o tym fantastycznym facecie?
— spytała policjantka.
Marta pokręciła przecząco głową.
— Nie sypnę go — wychlipała, z trudem
powstrzymując łkanie — za nic na świecie. Chociaż byście mnie przypiekali na
patelni!
W tym momencie uświadomiła sobie, że w sumie
niewiele miałaby do powiedzenia, nawet, gdyby nie chciała go kryć. Nie zna jego
nazwiska ani adresu. Nie potrafiłaby też trafić do jego domu na pamięć. Nie
wymienili się numerami telefonów ani mailami. Ogarnęła ją panika. Zdała sobie
sprawę, że jedynym sposobem na kolejne spotkanie może być jego ponowne pojawienie
się na drodze między szkołą a jej domem. Czy może na to liczyć? Teraz chciała
mocno wierzyć, że tak.
— Nikt nie będzie cię przypiekał — zapewniła
pani aspirant. — Mam jednak nadzieję, że jeszcze sobie porozmawiamy. Tylko
najpierw musisz wytrzeźwieć.
Gdy radiowóz podjechał przed budynek komisariatu,
Marta odniosła wrażenie, że była już kiedyś w tej okolicy, ale nie mogła sobie
dokładnie przypomnieć, gdzie to jest. Przeklinała w duchu swój dotychczasowy
brak zainteresowania topografią miasta.
Zaprowadzono ją do celi mieszczącej się w
podziemnej kondygnacji budynku. Za metalowymi drzwiami z okrągłym wizjerem
pośrodku znajdowały się wyłącznie dwie prycze obite blachą do samej podłogi.
Widocznie po to, żeby nie można było schować się pod nimi. Każda wyposażona
była w dwa koce, jeden służący za prześcieradło, drugi za kołdrę oraz mały
jasiek. Pod sufitem świeciła się słaba, osłonięta drucianą siatką żarówka, a na
ścianie przeciwległej do drzwi mieściło się na wysokości niedostępnej dla jej
rąk niewielkie zakratowane okienko.
— Czy można się tu gdzieś wysiurać? —
zapytała opryskliwie. — Z pełnym pęcherzem nie zasnę.
Policjantka zaprowadziła ją do mieszczącej się na
końcu korytarza toalety. Przed samymi drzwiami rozkuła jej ręce i wpuściła do
środka.
— Tylko nie próbuj żadnych sztuczek! —
ostrzegła. Zamknęła drzwi z zewnątrz i stanęła tuż przy nich,
Marta wyszła po mniej więcej dwóch minutach.
Została odprowadzona na miejsce mające być tej nocy jej apartamentem hotelowym.
Gdy zatrzasnęły się za nią żelazne drzwi, padła na pryczę, wtuliła głowę w
mizerną poduszkę, zaczęła głośno płakać, uderzać pięściami w koc przesycony
wonią dymu z papierosów, czymś, co nawet nie umywało się do zapachu cygar,
jakimi częstował ją Arek. Wreszcie zmęczona własną bezsilną złością zasnęła. Śniło
jej się, że ucieka przez gęsty las przed własnym ojcem, który goni ją ze
skórzanym pasem w dłoni, a gdy wydawało się, że nie ma już żadnej szansy na
ratunek, nagle z korony wielkiego dębu spłynął ku niej Arek i wyrwał z opresji,
unosząc wysoko, ponad gałęzie drzew.
— Pobudka! — rozległ się szorstki, męski
głos, który wyrwał ją z sennych majaków.
W otwartych drzwiach celi stał wysoki, barczysty
policjant mniej więcej w wieku jej ojca. Miał ciemne włosy zaczesane na lewy
bok, oczy chyba piwne albo jakieś podobne. Z tej odległości nie mogła dobrze
zobaczyć. Był starannie ogolony, a jego mundur robił wrażenie świeżo wyjętego z
szafy. Spoglądał na nią surowo.
— Jak tam, nie masz kaca po wczorajszej
libacji? — zapytał ze złośliwym uśmiechem na twarzy, uważnie lustrując ją przy
tym wzrokiem.
Marta słyszała wcześniej co nieco o kacu w
rozmowach starszych kolegów albo znajomych jej rodziców, ale nie miała pojęcia,
jak się on objawia i czy ona teraz go ma, czy jednak nie.
— A jak to jest, jak się ma kaca? — zapytała
naiwnie policjanta. Ten roześmiał się szyderczo.
— Mniejsza z tym — powiedział, powoli
poważniejąc. — Sama się zorientujesz, jak przyjdzie czas. Najważniejsze, że już
wszystko się wyjaśniło. Nazywasz się Marta Zygadło i mieszkasz przy
Szerokiej 10/5. Rodzice zgłosili dziś rano twoje zaginięcie. Wstawaj! Czekają
na ciebie przy portierni.
Do Marty błyskawicznie dotarł sens jego słów. Za
moment spotka się z osobami, od których jest całkowicie zależna pod każdym
względem, a którzy z pewnością są teraz na nią wściekli i nie omieszkają dać
upustu swojej złości, kiedy tylko znajdą się sam na sam w czterech ścianach
mieszkania. Nigdy dotąd nie przeżyła podobnej sytuacji, ale wyobrażała sobie w
tej chwili wszystko, co najgorsze. Arka, przy którym wczoraj czuła się tak
pewnie i tak beztrosko wtedy przy niej nie będzie.
— Nieeee! — wrzasnęła na całe gardło. —
Błagam, tylko nie to! Nie chcę wracać do rodziców! Wolałabym już tu spędzić
resztę życia, chociaż to parszywe miejsce! Nie oddawajcie mnie moim starym!
Please!!!
— Przykro mi, ale nie ma takiej opcji. Oni
bardzo się o ciebie martwią.
— Gówno się martwią! Chyba tylko o to, czy
nie dostałam jakiejś pały w szkole! Resztę mają w dupie! Nie chcę ich widzieć,
przynajmniej od wczoraj! — Marta rozpłakała się na dobre. Ponownie opadła na
pryczę i wtuliła głowę w jasiek, głośno pochlipując.
— A co wydarzyło się wczoraj, że tak nagle straciłaś
chęć do bycia z rodzicami? — Policjant starał się nadać swojemu głosowi jak
najbardziej przyjazny dla dziewczyny ton.
— Nie powiem! — Marta ponownie uniosła głowę
znad poduszki.
— Jeśli mielibyśmy ci pomóc…
— Nie musicie mi pomagać! Poradzę sobie! W
ogóle nikogo nie potrzebuję! Jak spotkam kiedyś tego faceta, co was na mnie
nasłał, to skuję mu pysk! Byłoby tak cudownie, jakby się w to nie wpieprzył!
— Czy mogłabyś się trochę liczyć ze słowami? Rozmawiasz
w końcu ze starszym od ciebie człowiekiem.
— I co z tego!? Jestem już dorosła! Będę
mówiła, jak mi się podoba! — W tym momencie Marta wyrzuciła z siebie wiązankę
najbardziej rynsztokowych wulgaryzmów, jakich nie powstydziłby się żaden stary
pijak w przypływie złości. Nie łączyła ich w zdania. Nie starała się nadać temu
potokowi słów żadnego sensu. Strzelała nimi jak z karabinu, starając się
wywrzeć jak największe wrażenie na stojącym obok funkcjonariuszu.
— Skoro tylko tyle masz do powiedzenia, to
nie pozostaje mi nic innego, jak zaprowadzić cię do rodziców. — Mundurowy znów
przybrał oficjalny, surowy ton. — Może wyobrażasz sobie, że jesteś dorosła, ale według prawa nie jesteś. Rodzice
są odpowiedzialni za ciebie i musisz wrócić pod ich opiekę. Czy ci się to
podoba, czy nie. Chyba, że wniesiesz jakąś skargę przeciwko nim. Wtedy będziemy
mogli porozmawiać o różnych scenariuszach.
— No dobrze, to wniosę skargę. Jak się to
robi? — Marta powoli podniosła się z pryczy.
— W takim razie pójdziemy do biura. Trzeba
będzie sporządzić formalny protokół. Chodź.
Przeszli wąskim korytarzem obok szeregu cel
podobnych do tej, w której Marta spędziła ostatnią noc i dotarli do klatki
schodowej na końcu. Weszli po schodach na pierwsze piętro, omijając parter.
Policjant wprowadził Martę do ciasnego pomieszczenia, w którym stało biurko
oświetlone lampą przymocowaną do blatu na długim wysięgniku wyposażonym w kilka
zawiasów umożliwiających obracanie go na różne strony, dwa krzesła na
metalowych nóżkach oraz cztery regały zastawione segregatorami. Na biurku stał
otwarty laptop, na którego ekranie przesuwały się w górę i w dół różnokolorowe
punkciki. W ślad za nimi poszła jeszcze jedna policjantka niższa rangą od
rozmawiającego z Martą mężczyzny. Ona także weszła do biura i stanęła przy
drzwiach.
— Siadaj. — Policjant wskazał Marcie krzesło,
sam zajmując drugie, przed laptopem. Poruszył palcem po touchpadzie. Kolorowe
punkty zniknęły z ekranu, a ich miejsce zajęło prostokątne okienko na czarnym
tle. Wpisał hasło i pojawił się pulpit, podobny do wielu innych, jakie Marta
widziała już w swoim niezbyt długim życiu. Kliknął na jakąś ikonę i wyświetlił
się urzędowy formularz, w którego nagłówku Marta zdołała przeczytać słowa:
„Protokół przesłuchania”. Dalej było coś jeszcze, ale policjant odwrócił ekran i
nie udało jej się nic więcej przeczytać.
— Imię i nazwisko? — Zapytał służbowo.
— Przecież pan wie. Sam mi je pan podał tam
na dole.
— Jeśli chcesz, żebym poważnie potraktował
twoją skargę, to nie mędrkuj, tylko odpowiadaj na pytania. Chyba, że zmieniłaś
zdanie i chcesz po prostu wrócić do domu.
— Marta Zygadło — odpowiedziała dziewczyna z
rezygnacją.
— Data urodzenia?
Marta wyrecytowała wszystkie swoje dane zgodnie z życzeniem
funkcjonariusza. Zawahała się, gdy przeszedł do meritum i zapytał, o co oskarża
swoich rodziców.
— O to, że mnie olewają — odrzekła po
dłuższej chwili. — Interesują się tylko moimi stopniami, klasówkami i zadaniami
domowymi. Wszystko inne mają w dupie, już to zresztą powiedziałam.
— Czy tata albo mama uderzyli cię kiedyś?
— Nie, co to, to nie. Może kiedyś, dawno
temu, jak byłam gówniarą. Ale ostatnio nie.
— Krzyczą na ciebie?
— Właściwie trudno to tak nazwać, ale jak
dostanę jakąś pałę, to ojciec wygłasza mi kazanie takim głosem, że to gorsze od
krzyku. Chce mi się wtedy wyć.
— I co wtedy mówi? Grozi ci czymś?
— Daje szlaban na Tik Toka i na telewizję,
czasami na wyjścia do koleżanek też. Potem sprawdza mi codziennie zeszyty.
— Ale to chyba normalne? Tata troszczy się,
żebyś nie miała w szkole problemów.
— Dla mnie to nie jest normalne! — Marta
podniosła swój głos o kilka tonów. — Ja tego nie cierpię! Zawsze próbuję łamać
te szlabany, ale starzy pilnują mnie, jak jacyś strażnicy więzienni.
— Módl się, żebyś kiedyś w życiu nie miała
okazji spotkać prawdziwych strażników więziennych. Wtedy dostrzegłabyś różnicę
między twoimi rodzicami a nimi.
Policjant zamknął otwarty dokument na komputerze,
nie zapisując go. Następnie zwrócił się do Marty.
— Z tego, co mówisz, nie wynika nic, co
uzasadniałoby przyjęcie skargi na twoich rodziców i zapewnienie ci ochrony
przed nimi. Nie traćmy czasu. Oni się naprawdę niepokoją. Czekają na ciebie już
ponad pół godziny.
Ujął ją pod łokieć i próbował nakłonić do wstania
z krzesła.
— Nieee! — wrzasnęła dziewczyna i szarpnęła
się z całej siły, omal nie przewracając krzesła. — Zostaw mnie, gnoju! Nigdzie
nie pójdę!
Funkcjonariuszka stojąca do tej pory przy drzwiach
przyszła koledze z pomocą. Oboje postawili Martę w pozycji pionowej i
wyprowadzili z biura. Chwilę później znalazła się w poczekalni przed
portiernią, gdzie stanęła oko ze swoimi rodzicami.
— Och, Martusiu, nareszcie! — zawołała
uradowana mama, wyciągając obie ręce w kierunku córki. — Tak bardzo się
cieszymy, że widzimy cię całą i zdrową!
Marta wyprostowała się. Popatrzyła matce prosto w
oczy. Oparła obie dłonie na biodrach. Pożałowała, że nie ma na sobie spodni z
kieszeniami. Włożenie w nie rąk o wiele lepiej oddałoby to, co chciała w tej
chwili wyrazić swoją postawą.
— To się głupio składa — odpowiedziała,
starając się nadać swojemu głosowi jak najbardziej lekceważący ton — bo ja
wcale się nie cieszę na wasz widok.
— Dziecko, co ty mówisz!? — Matka załamała
ręce.
— Nie mów do mnie „dziecko”. Wydoroślałam
przez ten jeden dzień. Przeżyłam super przygodę. Arek jest naprawdę cudowny.
Nauczył mnie…
— Kto to jest Arek? — przerwał jej ojciec.
— Chcielibyście wiedzieć. Figa! Nie powiem
wam! Ani wam, ani nikomu innemu! To moja i jego słodka tajemnica. Ale nie
zabronicie mi się z nim spotykać. Choć byście stanęli na głowie! On mi pokazał,
jak być dorosłą kobietą.
— Marta, czyżbyś ty… — matka urwała zdanie w
połowie i popatrzyła z przerażeniem na córkę.
— Co czyżbym ja!? Wyduś to z siebie!
Pieprzyłam się!? Tak! Nawet kilka razy i było naprawdę cudownie. Och, jaki on
jest boski! — Marta skierowała wzrok na sufit, przybierając wyraz twarzy pełen
tęsknoty i rozmarzenia.
— Chyba będziemy musieli złożyć zawiadomienie
o popełnieniu przestępstwa — ojciec zwrócił się do policjanta. — Ona ma dopiero
czternaście lat, nawet jeszcze nie skończone. Nikomu nie wolno jej…
— I co wam z tego przyjdzie!? I tak go nie
znajdziecie! Ja go na pewno nie sypnę! Zresztą… — Marta nagle posmutniała i
spuściła wzrok. — Zresztą i tak nie znam jego nazwiska ani adresu. Ale on na
pewno po mnie przyjdzie! Wszystko zaplanuje tak, żeby nikt nas nie wytropił! On
jest genialny!
— Dość tego! — przerwał jej ojciec. — O
reszcie pogadamy w domu. Zbieraj się! Gdzie masz swój szkolny plecak?
Marta rozejrzała się bezradnie dookoła. W tej
chwili nie była w stanie sobie przypomnieć, gdzie miała go ostatni raz. Czy w
autobusie, z którego zgarnęła ją policja? Czy tutaj, na komisariacie, zanim
zamknęli ją na dołku. Nie, tu raczej już nie. Psy zadbałyby, żeby wrócił do
domu razem z nią.
— Chyba zostawiłam go u Arka — odpowiedziała
lekceważąco. — To nic. Przynajmniej będzie miał powód, żeby mnie jeszcze raz
odwiedzić. Chociaż bez tego na pewno też by przyszedł. On jest fantastyczny,
mówię wam.
— Z czym jutro pójdziesz do szkoły? — zapytał
ojciec.
— Nieważne. Jakoś sobie poradzę. Szkoła wcale
nie jest najważniejsza. To tylko wam się tak wydaje. Ja właściwie wcale
mogłabym nie chodzić do szkoły. Tam jest nudno.
— O tym porozmawiamy w domu. Chodź. Czy
musimy jeszcze coś podpisać? — To pytanie było skierowane do funkcjonariusza,
który przyprowadził Martę.
— Protokół odebrania dziecka z posterunku.
Jest przygotowany na portierni.
— Jakiego znów dziecka!? — zaprotestowała
Marta. — Ludzie, ogarnijcie się! Ja już jestem dorosła! Wiek nic nie znaczy!
— Za dużo pyskujesz — zgromił ją ojciec. — To
ten Arek cię tego nauczył? Do tej pory taka nie byłaś. Ja i mama nie poznajemy
cię.
Podpisał stosowny dokument. Nie zwracał uwagi na odpowiedź
Marty w kółko zapewniającej o swojej dorosłości. Ujął córkę za rękę, pomimo jej
sprzeciwów, i we trójkę udali się do zaparkowanego przed komisariatem Fiata
punto. W porównaniu z Lexusem Arka ten samochód wydał się Marcie strasznie
ciasny, przestarzały i pospolity. Nie omieszkała wyrazić tego głośno, nazywając
go gratem. Oboje rodzice zignorowali to. Atmosfera w aucie była napięta. Ojciec
najwyraźniej nie chciał stracić panowania nad sobą, gdy trzymał kierownicę w rękach,
a matka była tak zszokowana zmianą, jaka w ciągu zaledwie jednej doby dokonała
się w jej córce, że nie potrafiła wydobyć z siebie głosu.
Zapowiadana przez ojca długa rozmowa na temat
tego, co się wydarzyło, nie doszła do skutku. Marta po wejściu do domu
natychmiast zamknęła się w swoim pokoju i nie reagowała na żadne żądania ani
prośby ze strony rodziców. Pierwsze, co rzuciło jej się w oczy, to miś leżący
na łóżku tak, jak go zostawiła wczoraj rano, wychodząc do szkoły. Otworzyła
szeroko okno, chwyciła pluszaka za ucho i wyrzuciła na podwórko.
— Nie będziesz mi już potrzebny! — zawołała
ze złością. — Od wczoraj mam lepsze towarzystwo do zwierzeń.
Zaczęła rozglądać się za swoim smartfonem. No tak,
miała go w plecaku. Nic nie szkodzi. Na pewno jest w dobrych, to znaczy w Arka
rękach. Kto wie, może jeszcze dziś uda się jej wymknąć z tej klatki i spotkać z
nim. Wtedy nie tylko odzyska swoją własność, ale przeżyje kolejne cudowne
chwile. Na samą myśl o tym poczuła, jak robi jej się wilgotno między nogami. Podjęła
kilka prób wymknięcia się niepostrzeżenie z domu. Rodzice byli jednak czujni.
Zdesperowana ponownie otworzyła okno. Zauważyła, że misia nie ma już na
trawniku przed blokiem. Pal go licho. Pewnie jakiś gówniarz się nim teraz bawi.
Najgorsze, że od okna do tego trawnika jest tak daleko. Cholerne czwarte
piętro! Czy starzy nie mogli poszukać mieszkania gdzieś niżej!? Nie była na
tyle odważna, żeby zaryzykować skok z tej wysokości.
Po kilku godzinach zrezygnowała z zamiaru
wydostania się z mieszkania. Zrobiło się późno. Arek już na pewno na nią nie
czeka. Szkoda, że nie ma jak go powiadomić, że dziś nie da rady dotrzeć. Żeby
nie siedzieć bezczynnie, wyciągnęła z szafy wszystkie pary spodni, jakie miała.
Wyjęła z szuflady biurka nożyczki i powycinała okazałe dziury na kolanach.
Koniec z tą ugrzecznioną odzieżą. Wiele jej koleżanek nosi takie już od dawna. Teraz
ona też dołączy do tej awangardy nowego stylu.
Nazajutrz mama wręczyła jej reklamówkę, w której
było kilka zeszytów, długopis i dwie kanapki na drugie śniadanie. Właściwie, to
miało być pierwsze, bo w domu Marta niczego nie tknęła. Rodzice przeliczyli
się, sądząc, że głód skłoni ich córkę do podjęcia rzeczowej rozmowy.
— Masz przynajmniej tyle, żebyś miała na czym
pisać na lekcjach. — powiedziała, siląc się na spokój. Zignorowała wygląd
dżinsów Marty. Uznała, że w porównaniu z tym, co wydarzyło się wczoraj, dziury
na kolanach to najmniejszy problem. — Acha, — dodała przed wyprawieniem jej do
szkoły. — Włożyłam ci też kartkę z usprawiedliwieniem wczorajszej nieobecności.
Pokaż ją wychowawczyni, najlepiej jeszcze przed pierwszą lekcją.
Marta, nic nie odpowiedziawszy, wyszła z domu. Na
ulicy zajrzała do reklamówki. Wyjęła kartkę zapisaną starannym maminym pismem.
Podarła ją, nie czytając, i wrzuciła strzępy papieru do najbliższego kosza.
Po przyjściu do szkoły pierwsze kroki skierowała
do pokoju nauczycielskiego, gdzie, zgodnie z oczekiwaniem, zastała swoją
wychowawczynię, panią Brzozowską, polonistkę.
— Proszę pani — zaczęła tonem pewnym siebie i
pozbawionym wszelkiej skruchy — wczoraj nie było mnie w szkole, dlatego że
przedwczoraj upiłam się za mocno i musiałam wyleczyć kaca. W dodatku nie mam
dziś żadnych podręczników, bo po pijanemu zgubiłam gdzieś plecak ze wszystkimi
szkolnymi rzeczami. Ale to nie problem. I tak nie zamierzam od tej pory przejmować
się nauką. To zajęcie dla frajerów. Ja od dziś zamierzam…
— Marta! Co ty wygadujesz!? — przerwała jej
nauczycielka. Zlustrowała wzrokiem uczennicę od góry do dołu. Nieuczesane
włosy, spodnie z dziurami na kolanach, wyzywające, wręcz agresywne spojrzenie.
To zupełnie nie pasowało do tej skromnej dotychczas, nieco wycofanej dziewczyny,
która może nie uczyła się najlepiej, ale nie sprawiała żadnych kłopotów
wychowawczych. — Mam wrażenie, jakbyś właśnie teraz była pijana i plotła od
rzeczy. Co się z tobą dzieje?
— A co? Wolałaby pani jakieś grzeczne
kłamstwo w stylu „bolał mnie brzuch”, albo coś podobnego? Stara napisała mi
nawet jakieś usprawiedliwienie, ale wywaliłam je. Podobno zawsze trzeba mówić
prawdę. Tak nas uczycie, co nie?
W tym momencie rozległ się dzwonek na pierwszą
lekcję.
— Będę musiała porozmawiać o tym z twoją mamą
— zakończyła rozmowę wychowawczyni. Teraz idź na lekcję. W czasie przerwy
wybierz się do pani psycholog. Wydaje mi się, że potrzebujesz jej pomocy.
— E tam, będzie mi truła jakieś dyrdymały. Żadnej
pomocy nie potrzebuję. Wydoroślałam przez ten jeden dzień, i zmądrzałam.
Marta odwróciła się na pięcie i pobiegła w
kierunku sali lekcyjnej, w której jej klasa zaczynała właśnie zajęcia z
matematyki.
Do szkolnej psycholożki oczywiście nie poszła.
Przesiedziała sześć godzin lekcyjnych jak na szpilkach. Niczego nie zapisywała.
W ogóle nie wyjęła z torby żadnego z zeszytów spakowanych jej przez mamę. Na
pytania nauczycieli odpowiadała z rozbrajającą szczerością, mówiąc to samo, co
wychowawczyni przed lekcjami i wprawiając tym zacnych pedagogów w skrajne
osłupienie.
Po ostatniej lekcji wypadła ze szkoły jak pocisk
wystrzelony z wyrzutni rakietowej. Biegła tak długo, aż w końcu dostała
zadyszki. Na skrzyżowaniu Parkowej i Szerokiej nikt na nią nie czekał.
Zatrzymała się, pokręciła trochę niepewnie po okolicy. Wreszcie udała się w stronę
parkingu, z którego przedwczoraj wyruszyła na swoją największą przygodę w
życiu. Nie było tam srebrzystego Lexusa ani Saaba, ani nawet małolitrażowego Suzuki.
Pokręciła się przez chwilę. Wróciła na skrzyżowanie. Nic. Może przyjechał na
inny parking, pomyślała. Zaczęła się intensywnie zastanawiać, gdzie w
najbliższej okolicy znajdują się miejsca wyznaczone do dłuższego postoju
samochodów. Były chyba jeszcze dwa. Odwiedziła je, ale tam również nie zastała
Arka ani jego luksusowego wozu. Wreszcie przynaglona ssaniem w żołądku i
ogólnym zmęczeniem powlokła się w stronę domu.
— Dlaczego nie dałaś wychowawczyni usprawiedliwienia,
które ci napisałam? — przywitała ją mama surowym pytaniem. — Dzwoniła do mnie i
skarżyła się, że naopowiadałaś jej strasznych bzdur. Dlaczego to robisz?
— Podobno nie wolno kłamać. Tak mnie zawsze
uczyliście. A jak raz w końcu powiedziałam prawdę, to się okazuje, że to
straszne bzdury. To jak? Mówić prawdę czy nie? Zdecydujcie się.
— Dlaczego na własne życzenie pchasz się w
takie kłopoty? Co się z tobą dzieje? Wczoraj nie chciałaś z nami rozmawiać.
Może dzisiaj wreszcie coś mi albo tacie wytłumaczysz?
— Nie zamierzam niczego tłumaczyć. Mówiłam
już. Stałam się dorosła przez ten jeden dzień. Spotkałam fantastycznego
chłopaka i on przekonał mnie, żeby wreszcie przestać godzić się na bycie
zabawką w rękach zgredów i belfrów, i zacząć być sobą. I tak właśnie zamierzam.
Dlatego powycinałam sobie spodnie. To jest teraz na topie. Chodzenie do szkoły
w spódniczkach jest dobre dla dzidzi.
— Spodnie jeszcze mogę przeboleć, chociaż nie
ukrywam, że szkoda mi, że tak je potraktowałaś. Ale powiedz mi jedno. Czy twoim
zdaniem upicie się i przespanie z chłopakiem to są oznaki dorosłości? Jeśli tak
uważasz, to od razu ci mówię, że grubo się mylisz.
— A co niby jest oznaką dorosłości? Przecież
wyganialiście mnie zawsze z dużego pokoju, jak tata stawiał wódkę jakimś
gościom, bo dziecko nie powinno widzieć. Dorośli mogą, a dziecko nie. Z seksem
jest tak samo. Wy robicie to codziennie. Przecież nie zaprzeczysz. Inaczej mnie
nie byłoby na świecie. A ja mam cioty już od półtora roku, więc też mi wolno.
Właśnie wczoraj przekonałam się, jakie to fantastyczne.
— Marta, dorosłość to przede wszystkim
odpowiedzialność, zdolność do przewidywania konsekwencji swoich czynów. Czy
przedwczoraj, pijąc wódkę i idąc do łóżka z tym chłopakiem, pomyślałaś chociaż
przez chwilę o konsekwencjach?
— O odpowiedzialności nasłuchałam się już mnóstwo
razy, zawsze było to związane ze szkołą i stopniami. A mówiliście wtedy do
mnie „dziecko”. Czyli ta odpowiedzialność to wcale nie jest cecha dorosłych. A
wódka i seks są. Dlatego ja wolę być dorosła naprawdę, a nie tylko w gadce.
— Wiesz, że według prawa w twoim wieku nie
wolno ci uprawiać seksu ani pić alkoholu. Ten chłopak popełnił przestępstwo i
zapewniam cię, że zrobimy z tatą wszystko, żeby spotkała go za to zasłużona
kara.
— Dlatego nic wam o nim nie powiem. Ja też
zrobię wszystko, żebyście nigdy się nie dowiedzieli, jak się nazywa ani gdzie
mieszka. A teraz daj mi spokój. Jestem głodna i mam już dość tego próżnego
gadania. Wy wiecie swoje, a ja swoje. Możecie mnie wyrzucić z domu, jak wam coś
nie pasi. Arek ma tak duży dom, że na pewno się tam zmieszczę.
— Czy Arek jest właścicielem tego dużego
domu? Czy to on decyduje, kto w nim mieszka? Ile on właściwie ma lat?
— Za dużo byś chciała wiedzieć. Nie powiem
nic więcej o Arku. Ale on da sobie radę ze swoimi starymi. On ich sobie
wychował.
— Nie gadaj głupot. Żaden dorosły nie zgodzi
się na przebywanie w jego domu obcej osoby, w dodatku nieletniej. Ten cały Arek
musiałby cię trzymać chyba w szafie albo w piwnicy. Poza tym, nikt cię nie
zamierza stąd wyrzucać, ale zapamiętaj sobie: dopóki jesteś pod naszą opieką,
to obowiązują cię nasze zasady.
— Właśnie zamierzam je olać. I co mi
zrobicie, jak nie macie zamiaru mnie wyrzucić? Zmusicie siłą do ich
przestrzegania? Chcecie dorobić się niebieskiej karty?
— Idź już lepiej do siebie. — Mama z
rezygnacją machnęła ręką. — Za chwilę zawołam cię na obiad. Acha — dodała, gdy
Marta otwierała już drzwi swojego pokoju. — twój plecak się znalazł. Ktoś
podrzucił go w bramie przy skrzynce na listy. Sąsiadka spod piątki go
przyniosła.
— Kiedy? — zaciekawiła się Marta, zatrzymując
się przy wpół otwartych drzwiach.
— Jakieś dwie godziny temu. A dlaczego
pytasz?
— Nieważne. — Marta zniknęła za drzwiami.
W pokoju padła na łóżko i zaniosła się płaczem. A
więc Arek tu był. Znał dokładnie jej adres. Dlaczego nie zaczekał? Dlaczego nie
zabrał jej ponownie w cudowną podróż do szczytów nieba? Tylko podrzucił
tornister, jak jakiś tchórz i uciekł. Tego się po nim nie spodziewała. Może mu
się bardzo śpieszyło? Może jego ojciec miał wrócić dziś znacznie szybciej i musiał
na czas odstawić Lexusa do garażu? Z drugiej strony, skoro to wszystko, co mówił
wczoraj tata na komendzie o popełnionym przez niego przestępstwie, a mama przed
chwilą to potwierdziła, to normalne, że wolał się nie ujawniać.
Jednej myśli absolutnie nie chciała do siebie
dopuścić, chociaż czaiła się gdzieś na dnie mózgu i próbowała wśliznąć się
niepostrzeżenie do jej świadomości: że Arek ją wystawił. Pozbył się tego, co
należało do niej i więcej się nie pojawi. To nie mogło być prawdą. Przecież był
taki cudowny. Tak wspaniale się razem bawili. Nie, na pewno jeszcze po nią
przyjdzie. Znów będą razem i zaszaleją jak prawdziwi dorośli. Tak bardzo
chciała w to wierzyć.
Następnego dnia Arek znów nie pojawił się ani w
okolicach szkoły, ani jej domu, ani na wiadomym parkingu. Najgorsze dla Marty
było to, że nie miała żadnej możliwości skontaktować się z nim. Kiedy się
rozstawali, byli oboje zbyt pijani, żeby zadbać o taki drobiazg jak wymiana
numerów telefonów czy adresów mailowych. Przeskrolowała wszystkie wpisy na Tik
Toku z nadzieją, że natrafi gdzieś na jego zdjęcie. Nie znalazła. Postanowiła
sama zamieścić wpis z apelem do niego, żeby się odezwał. Zapewniła, że za nim
tęskni. Postawiła przy każdym zdaniu dziesięć wykrzykników. Cały wpis ozdobiła
kilkunastoma serduszkami.
Godzinę później sprawdziła, czy nie ma jakiejś
odpowiedzi. Pusto. Po dwóch godzinach. Pusto. Po trzech. Ktoś opatrzył jej wpis
wulgarnym komentarzem. To na pewno nie był on. Tuż przed pójściem spać zajrzała
jeszcze raz. Nic. Następnego dnia z rana. Zero reakcji. Po lekcjach znów czekała
przez godzinę na skrzyżowaniu Parkowej i Szerokiej. Sprawdziła też trzy
okoliczne parkingi. Bez rezultatu. Kilkakrotnie zaglądała na swój wpis na Tik
Toku. Kilka kolejnych komentarzy, żeby olać gościa i wybić klina klinem.
Niektórzy bez żenady oferowali samych siebie w charakterze owego klina. Od Arka
żadnej odpowiedzi. Ponowiła swój wpis. Z coraz większą częstotliwością sprawdzała
jego status. Żadnej reakcji ze strony Arka. Gdyby wiedziała, jakim nickiem się
posługuje!
Kolejny dzień to była sobota. Wtedy postanowiła
poszukać go w jego własnej okolicy. Wyszła z domu zaraz po śniadaniu. Rodzicom
niczego już nie tłumaczyła. Od początku przyjęła taktykę, że nie będzie
usprawiedliwiała swoich późnych powrotów ze szkoły ani w ogóle rozmawiała na
jakikolwiek temat. Niech ją karmią i zapewniają jej miejsce do spania. To ich
psi obowiązek. Jak nie zechcą, to niech ją skierują do jakiejkolwiek placówki.
Jej jest wszystko jedno. Byle tylko Arek się w końcu odezwał.
Przestudiowała na Google Maps wszystkie te rejony
swojego miasta, w których mogły mieścić się luksusowe wille, takie jak ta, w
której pamiętnego dnia spędziła tak urocze popołudnie. Wybrała wersję
satelitarną z nadzieją, że rozpozna gdzieś posesję Arka. Obrazki były jednak
zbyt małe. Nic nie udało jej się z nich wyczytać.
Poszła najpierw na parking, z którego wtedy
odjechali Lexusem. Próbowała sobie przypomnieć przebytą wtedy trasę. Najpierw
jechali prosto Szeroką. Później skręcili w lewo. Tylko w którą przecznicę?
Pierwszą? Drugą? A może trzecią? Pożałowała, że tak słabo zna swoje miasto. No
cóż. Była do tej pory posłuszną córeczką, nie oddalającą się zbytnio od domu.
Jeśli, to w towarzystwie rodziców, a wtedy oni troszczyli się o to, żeby
dotrzeć we właściwe miejsce.
Po trzech godzinach błądzenia bez celu zwróciła na
nią uwagę grupka chłopaków siedzących na ławce na skwerku, który właśnie
mijała. Była już tak daleko od domu, tyle razy skręcała w prawo i lewo, że w
tej chwili nie bardzo potrafiłaby samodzielnie wrócić.
Byli mniej więcej w wieku Arka, ale nie prezentowali
tej klasy, co on. Ubrani w tanie ciuchy, z nieumytymi włosami siedzieli w
czwórkę na krawędzi oparcia ławki, a nogi trzymali na siedzisku. Palili zwykłe
papierosy. Dookoła ławki walało się kilka pustych puszek po piwie, a oprócz
tego każdy z nich trzymał w ręku jedną jeszcze nie opróżnioną.
— Hej młoda! — zawołał jeden z nich, wysoki
brunet w koszulce z logo miejscowego klubu piłkarskiego i mocno wytartych
dżinsach. — Co tak chodzisz tam i z powrotem z miną, jakby ci starzy
wykorkowali? Chodź, zabawisz się z nami.
Już miała odpowiedzieć tak, żeby poszło im w
pięty, gdy nagle oświeciła ją myśl, którą do tej pory starała się ze wszystkich
sił odpychać. Arek nie dał znaku życia przez cały tydzień. Najprawdopodobniej o
niej zapomniał. Podrzucenie plecaka było tylko takim przejawem resztek
uczciwości z jego strony. Może więc nie powinna szukać go na złamanie karku? Może
te komentarze o klinie, które przedwczoraj ze złością usuwała ze swojego wpisu
na Tik Toku, nie były wcale takie głupie?
Podeszła do grupki blokersów. Wyprostowała się i starannie
usunęła ze swojej twarzy resztki smutku.
— Cześć, chłopaki. Jestem Marta — zawołała z
szerokim uśmiechem, wyciągając rękę w kierunku bruneta, który pierwszy się do
niej odezwał. — Wcale nie jestem struta. Trochę tylko zła na siebie, bo
wybrałam się na spacer i zabłądziłam, a komóra mi padła i nie mogę sobie GPS-u
włączyć. Ale właściwie, to nie śpieszy mi się na chatę. Dacie się napić?
Nieco przygruby blondyn siedzący obok bruneta w
kibolskiej koszulce, sam ubrany w popielatą bluzę dresową i czarne spodnie
do skatingu, sięgnął po stojącą przy jego nodze nienapoczętą jeszcze puszkę
„tyskiego” i podał Marcie. Upiła spory łyk.
— Dobre — pochwaliła, chociaż grymas na jej
twarzy mówił coś wręcz przeciwnego. Przemogła się jednak i ponownie przyłożyła
puszkę do ust.
— Jak nie możesz trafić do chaty, to chodź do
mnie — zaproponował trzeci z towarzystwa, niski wzrostem, ale solidnie
umięśniony. Z wyraźnie widocznego kilkudniowego zarostu na jego twarzy można
było wywnioskować, że jest najstarszy w tej grupie. Pozostali mieli nieśmiałe
zaczątki wąsów pod nosami. — Doładujesz sobie fona, napijesz się czegoś,
posłuchamy muzy. Do domu zawsze zdążysz wrócić. Dzień długi.
Marta nie zastanawiała się zbytnio. Zaproszenie
skierowane do niej przez tego obcego chłopaka pachniało kolejną przygodą.
— Okej — odpowiedziała ochoczo. — Daleko
mieszkasz?
— O tu — atletyczny właściciel niechlujnego
zarostu odwrócił się i wskazał ręką blok za swoimi plecami — na trzecim piętrze.
To okno na wprost ciebie to właśnie mój pokój. To co, chłopaki, idziemy całą
paczką? — zwrócił się do pozostałych kolegów. — Pora się zabawić.
Marta nie zwróciła uwagi, że żaden z czwórki
nowych znajomych nie przedstawił się jej z imienia, mimo że ona zrobiła to na
samym początku. Podniecenie, jakie stało się jej udziałem na myśl o nowej
przygodzie, przyćmiło zupełnie resztki rozwagi, jeśli takowe w ogóle tkwiły jeszcze
w jej upojonej dorosłością głowie.
Mieszkanie atlety (tak nazwała w myślach chłopaka,
który ją zaprosił) było zdecydowanie mniejsze niż jej rodziców. Typowa
kawalerka z lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku. Jeden pokój o przyzwoitych
wymiarach, drugi zupełnie mały, do tego ciasny przedpokój z osobnymi wejściami
do łazienki i toalety, no i kuchnia, po której trudno było się poruszać.
Atleta zaprosił wszystkich do większego pokoju, w
którym stała wersalka pamiętająca zapewne czasy, kiedy ten blok oddawano do
użytku, oraz równie stary prostokątny stół z czterema krzesłami. Prostopadle
do wersalki pod ścianą ustawiono oszkloną szafkę z półkami na książki i drugą
całkowicie zakrytą, zapewne na ubrania. Naprzeciw wersalki wisiał na ścianie
duży plazmowy telewizor, a pod nim, na małej komódce stał laptop, do którego
podłączone były dwa głośniki. Kontrast w porównaniu z apartamentem, do którego
na początku tygodnia wprowadził ją Arek, był uderzający. Nie zniechęciło jej to
jednak do udziału w zapowiadającej się świetnie imprezie. Jest w tym
świecie nowa. Nie może grymasić. Każde doświadczenie będzie niezwykle cenne. Im
więcej i w krótszym czasie ich zbierze, tym lepiej.
— Rozgośćcie się. Starych nie będzie do
późnego wieczora — rzucił niedbale atleta do całej czwórki. — Młoda daj tą
swoją komórę, podładuję ci — zwrócił się do Marty.
Gdy telefon został podłączony do ładowarki, chłopak
pełniący tu rolę gospodarza wyciągnął z najniższej półki szafki na książki
butelkę taniej wódki i pięć kieliszków. Później podszedł do laptopa, pojeździł
chwilę palcem po touchpadzie i z głośników popłynął ostry hip-hop z tekstami,
od których uszy zwiędłyby nawet mało wymagającemu słuchaczowi.
Marta chłonęła te słowa jak gąbkę. Dla niej nie były
to po prostu wulgaryzmy. To coś, co tchnęło świeżo nabytą wolnością. Odcinało
ją od skostniałego, jej zdaniem, świata rodziców, nauczycieli i wszystkich
dorosłych, z jakimi się do tej pory spotykała. Bez wahania pozwoliła nalać
sobie wódki i wypiła pierwszy kieliszek jednym haustem. Niepomna na finał
pierwszego swojego doświadczenia z alkoholem poprosiła o jeszcze. Nawet na tych
wytrawnych, starych wygach, którzy z niejednego pieca chleb jedli, zrobiło to silne
wrażenie.
„…że właśnie dziś straciłaś swe dzieciństwo”,
ryczał na cały regulator głos nieznanego Marcie piosenkarza, a ona czuła, że te
słowa kierowane są do niej, tyle że rozumiała je na wskroś pozytywnie. Niczego
nie straciła. Pozbyła się dzieciństwa, a zyskała dorosłość. O to jej przecież
cały czas chodziło. Tęsknotę za tym, nie za czym innym, szeptała wieczorami do
ucha pluszowemu misiowi, nie zdając sobie sprawy, że kiedy to robi, utwierdza
się w owym dzieciństwie tak bardzo znienawidzonym. Na szczęście z tym już
koniec.
Później wszystko potoczyło się tak błyskawicznie,
że Marta nie zdołała nawet zdać sobie sprawy, jak i kiedy znalazła się na
rozłożonej wersalce, zupełnie pozbawiona odzieży, a chłopak nazywany przez
nią atletą nachylał się nad nią, ciężko sapiąc. Nie było delikatnego gładzenia
po różnych częściach ciała, tego subtelnego dotyku, który wtedy, u Arka,
napawał ją taką rozkoszą. Nie było pocałunków, niczego z tej misternej gry
wstępnej, przy pomocy której zaledwie przed pięcioma dniami jej pierwszy partner
wprowadzał ją w arkana sztuki kochania.
Próbowała odepchnąć go, ale inny uczestnik tej
biesiady przytrzymał jej ręce. Poczuła rozdzierający ból w kroczu. Szarpała
się, wyrywała, nie jednak nie była w stanie zrobić. Później podchodzili do niej
kolejno. Jeden zawsze trzymał za ręce, a inny gwałcił. Kiedy wreszcie wszyscy
zaspokoili swoje pożądanie, nie miała w ogóle siły się ruszyć. Obróciła się
tylko na bok, jęcząc przy tym z bólu. Tamta czwórka usiadła ponownie przy stole,
a gospodarz otworzył kolejną butelkę wódki. Martę zupełnie zignorowali.
Podniosła się po kilkunastu minutach. Poszukała
wzrokiem swojej odzieży i powoli, pokonując ból zaczęła się ubierać. Dopiero,
gdy była już gotowa do wyjścia, atleta wstał od stołu, chwycił ją za ramiona i
przyparł do ściany w przedpokoju.
— Tylko spróbuj pisnąć choć słówko o tym, co
tu się działo! — wysyczał jej prosto do ucha. — Nigdy tu nie byłaś! Zapamiętaj
sobie! Teraz spadaj! Jakby przyszło ci do głowy donieść komuś na nas, nie
pożyjesz długo. Jest nas więcej niż tylko czterech. Dopadniemy cię. Będziesz
wąchała kwiatki od spodu! To nie żarty!
Marta wybiegła na klatkę schodową i pchana
przemożną siłą strachu popędziła w dół. Dopiero na ulicy zwolniła kroku. Niczego
nie pragnęła w tej chwili bardziej, niż natychmiastowego znalezienia się we
własnym domu. Ale w którą stronę iść? Jeszcze przed spotkaniem czterech
bandziorów pogubiły jej się kierunki. Stanęła bezradnie na skrzyżowaniu dwóch
ulic, nie mogąc wypatrzeć nigdzie tabliczek z ich nazwami.
— Co za pieprzone miasto! — zaklęła głośno,
aż jakiś człowiek o siwych włosach krótko ostrzyżonych, nienagannie ubrany,
obejrzał się na nią z niesmakiem.
Zaczęła szukać telefonu, żeby przy pomocy GPS-u
znaleźć drogę do domu. Nie wymacała go w żadnej kieszeni. Został u tych zbirów.
Za nic w świecie tam nie wróci. Lepiej już stracić wartą ponad tysiąc złotych komórę,
niż ponownie spojrzeć w oczy potworom, którzy zgotowali jej taki koszmar.
Zdesperowana podeszła do kobiety w wieku jej babci
i zapytała, jak dojść na ulicę Szeroką. Żadnego mężczyzny nie chciała pytać.
Czuła teraz przemożny wstręt do wszystkiego, co nosi spodnie i ma zarost.
Starsza pani pociągnęła nosem i przyjrzała się Marcie z dezaprobatą.
— Dziecko, jesteś pijana! — odezwała się
szorstko. — Kto to słyszał!? W twoim wieku!? Gdzie są twoi rodzice!?
Na dźwięk słowa „dziecko” w Marcie zagotowały się
wnętrzności. Nie mogła jednak pozwolić sobie na wybuch, jaki zapewne jeszcze
parę godzin wcześniej ochoczo by zademonstrowała.
— Właśnie chcę do nich iść. Do swojego domu —
powiedziała z płaczem — ale zgubiłam drogę. Proszę mi pomóc!
— Nic dziwnego, że zabłądziłaś. W tym stanie
to zupełnie normalne — kobieta grymasem na twarzy ponownie dała wyraz temu, co
myśli o pijanych nieletnich. — Idź tą ulicą prosto — wskazała ręką kierunek. —
przy trzeciej przecznicy skręć w lewo. Szeroka będzie drugą przecznicą po
prawej. Mam nadzieję, że nie zapomniałaś adresu i trafisz do swojego domu. W
zasadzie, to powinnam odprowadzić cię na komisariat. Tam już by wiedzieli, jak
bezpiecznie dostarczyć cię do domu. Ale śpieszę się, a poza tym nie mam zamiaru
użerać się z pijanymi gówniarami. — Wzruszyła znacząco ramionami i poszła
w swoją stronę.
Marta przez chwilę patrzyła za nią, zaciskając
pięści z wściekłości. Co za wredna jędza! Kto dał jej prawo tak oceniać ją od
pierwszego spojrzenia!? Ona jest teraz ofiarą! Została ciężko skrzywdzona!
Potrzebuje pomocy, a nie osądu! Nie odezwała się jednak. Ruszyła w stronę
wskazaną przez kobietę.
Po przeszło pół godzinie znalazła się przed bramą
swojej kamienicy. Do mieszkania wśliznęła się niepostrzeżenie. Rodzice, którzy po
wydarzeniach minionego tygodnia stracili zupełnie nadzieję na normalny kontakt
ze swoją córką, przestali kontrolować jej wyjścia i powroty. Od czwartku
nie zostawiali też dla niej gotowych posiłków.
— Jak jesteś taka dorosła, to sama zadbaj o
swoje wyżywienie. — powiedziała jej w tym dniu mama, kiedy po powrocie ze
szkoły opóźnionym o wędrówkę po okolicznych parkingach w poszukiwaniu Arka,
zapytała o obiad. — Lodówka jest otwarta. Głodem cię nikt nie umorzy, ale obsługiwać
kogoś, kto nie chce z nami rozmawiać też ja ani tata nie zamierzamy.
W tej chwili Marta, choć nie jadła nic od rana,
nawet nie spojrzała na kuchnię. Weszła prosto do swojego pokoju i padła
bezsilnie na łóżko. Miała przemożną ochotę wypłakać się w futro swojego
niedawnego przyjaciela. Misia jednak na poduszce nie było. Może i lepiej. On i
tak w niczym by jej teraz nie pomógł. Głupi, milczący pluszak! Poczuła się
straszliwie samotna. Na ramieniu żadnego z rodziców też się nie wypłacze.
Niedoczekanie ich! Otworzyła okno i postawiła jedną nogę na parapecie.
Popatrzyła w dół. Ciekawe, jak długo spada się z czwartego piętra? Czy takie
zderzenie z trawnikiem mocno boli, zanim zrobi się zupełnie ciemno? Czy to
wystarczająco wysoko, żeby od razu było po wszystkim? A może się tylko połamie?
Wtedy wszystko zrobiłoby się jeszcze bardziej porąbane. Spróbowała odbić się od
podłogi i postawić drugą nogę obok pierwszej. Zachwiała się. Alkohol, którym
częstowali ją blokersi, nie do końca się z niej ulotnił. Jeszcze raz popatrzyła
w dół. Wyobraziła sobie siebie leżącą z rozrzuconymi rękoma i nogami na trawniku
i wielką, purpurową kałużą wokół głowy. Zrobiło jej się niedobrze. Wróciła na
łóżko i zaczęła ze złością uderzać pięściami o poduszkę. „Cholerny tchórz ze
mnie”, pomyślała i z uczuciem odrazy splunęła na podłogę. Jak bardzo przydałby
jej się teraz Arek. On na pewno wiedziałby, co należy zrobić. Był przecież taki
pewny siebie, taki wyzwolony, taki dorosły. Nie ma go jednak przy niej.
Wystawił ją i właśnie w tej chwili zdała sobie sprawę, że nieodwołalnie musi
się z tym pogodzić, chociaż ta świadomość bolała o wiele bardziej niż brutalnie
potraktowane przeszło godzinę wcześniej krocze. Pierwszy raz od spotkania z nim
pomyślała, że go nienawidzi. Co by zrobiła, gdyby nagle, niespodziewanie
pojawił się tu, obok niej? Naplułaby mu w twarz, czy przytuliła do niego całą
sobą, szukając schronienia w jego ramionach? Obie te rzeczy wydały jej się
jednakowo realne.
Długo toczyła wewnętrzną walkę z samą sobą. Duma i
poczucie świeżo nabytej wolności zmagały się w jej umyśle i całej jej istocie,
z przemożną potrzebą czyjejkolwiek bliskości i poczucia, że jest bezpieczna,
tak bezpieczna jak przed tygodniem, zanim poznała Arka. Jeszcze dziś rano wyśmiałaby
każdego, kto powiedziałby jej, ze zatęskni za tamtym życiem: nudnym,
monotonnym, naznaczonym wyłącznie troską o stopnie w szkole. Zrobiło się
zupełnie ciemno, kiedy wreszcie wstała z łóżka, wyszła ze swojego pokoju i
drżącą ręką zapukała do drzwi, zza których dochodził odgłos grającego
telewizora.