niedziela, 23 sierpnia 2026

Pożegnanie z misiem


 

Jego miejsce na poduszce obok twarzy Marty wydawało się tak oczywiste jak fakt, że rano wschodzi słońce, a wieczorem zapada zmierzch. Towarzyszył jej zawsze i wszędzie. Zabierała go ze sobą, gdy wyjeżdżała na kolonie. Był przy niej, kiedy trzeba było na kilka tygodni położyć się w szpitalnym łóżku. Rozmawiała z nim przed zaśnięciem, szepcząc do pluszowego ucha wszystkie tajemnice minionego dnia. Nie wstydziła się go przed koleżankami, które już dawno porzuciły podobne zabawki i rozglądały się raczej za przyborami kosmetycznymi, nowymi ciuchami i ozdobami mogącymi pomóc im w zwróceniu na siebie uwagi kolegów.

Marta też lubiła się ładnie ubrać i podkreślić swoją urodę tuszem do rzęs albo szminką. Z pluszakiem pamietającym jeszcze czas jej pobytu w przedszkolu nie zamierzała się jednak rozstawać. Komu miałaby się wtedy zwierzać ze wszystkich przeżyć, tych radosnych, ale zwłaszcza tych smutnych, bolesnych, przygnębiających? Rodzicom? Dla nich najważniejsze były jej postępy w nauce. „Co słychać w szkole?” To było ich jedyne pytanie, jakie słyszała codziennie po powrocie do domu. I nie chodziło wcale o zdarzenia z tak zwanego „życia szkolnego”, niezwykle przecież barwnego i bogatego, tylko „czy poprawiłaś ocenę z matematyki?”, „z czego będzie następna klasówka?” , „czy jesteś do niej odpowiednio przygotowana?” Cały czas w tym stylu. Próby przemycenia jakiegokolwiek innego tematu były ostentacyjnie ignorowane. Koleżanek w zasadzie nie miała. Dziewczyny uważały ją za trochę dziwną i, jeśli nie musiały, unikały jej towarzystwa. Od piątej klasy sama siedziała w ławce. A że nie była orłem z żadnego przedmiotu, więc nikt jej nawet nie prosił o pozwolenie odpisania zadania domowego czy przyzwolenie na ściąganie podczas sprawdzianów.

Tamtego dnia jak zwykle wstała na godzinę przed porą wyjścia do szkoły, umyła się, rozczesała starannie sięgające połowy pleców włosy, zawiązała je w koński ogon, ubrała się zgodnie z wyobrażeniami rodziców o schludnej elegancji uczennicy siódmej klasy podstawówki, zjadła przygotowane przez mamę śniadanie, spakowała do plecaka dwie kanapki, również maminej roboty, pogłaskała siedzącego na zaścielonym już łóżku misia i wyszła.

Dzień w szkole minął jak setki innych, podobnych do siebie jak egzemplarze tej samej gazety leżące na stojaku przed salonikiem prasowym, który mijała po drodze. Nudne czterdziestopięciominutowe nasiadówki, kiedy całą swoją energię zużywała na walkę z zaśnięciem, żeby nie narazić się nauczycielom, i dziesięciominutowe przerwy spędzane na osobności, pod ścianą albo przy oknie. Nawet lekcje wf nie wnosiły żadnego kolorytu do tej szarej rzeczywistości. Marta nie umiała grać w siatkówkę na okrągło ćwiczoną na tych zajęciach, więc zawsze z utęsknieniem wyczekiwała chwili, kiedy skończy się ta katorga wiecznych kompromitujących błędów, złośliwych uwag koleżanek i nauczycielki. Od kiedy tylko mogła, wykręcała się od udziału w tych lekcjach, tłumacząc się „kobiecą niedyspozycją”, którą, gdyby ktoś uważnie prześledził jej usprawiedliwione nieobecności na wuefie, miewała znacznie częściej, niż natura przewidziała.

W tym dniu na szczęście nie było wuefu, więc udawanie niedysponowanej miała z głowy. Po szóstej godzinie udręki opuściła z uczuciem ulgi szkolne mury i udała się w drogę powrotną do domu, gdzie czekała ją konieczność złożenia szczegółowego raportu z przebiegu dnia nauki. Czy była z czegoś pytana, czy przeprowadzono jakąś niezapowiedzianą kartkówkę, co zadano do domu itd. Tak upłynie rodzinny obiad, a kiedy już pozmywa naczynia, będzie mogła wreszcie paść na swoje łóżko, przytulić się do ukochanego misia i wypłakać w jego pluszową sierść całą swoją samotność. Później weźmie do ręki telefon, sprawdzi wpisy na portalu, na którym od kilku miesięcy próbuje znaleźć jakąś bratnią duszę, wykasuje wulgarne wpisy w rodzaju „fajna laska z ciebie, chętnie bym cię przeleciał”, ze smutkiem stwierdzi, że innych nie ma i z ciężkim sercem zabierze się za odrabianie zadań domowych. Z poczuciem nieuchronności takiego właśnie losu szła w kierunku swojego rodzinnego gniazda, wlokąc się noga za nogą ze wzrokiem wbitym w trotuar, jakby między betonowymi kostkami mogła znaleźć coś, co przyniesie ulgę jej znękanej duszy.

Droga między szkołą a domem biegła najpierw na prawo od wyjścia, wzdłuż parkanu okalającego szkolny dziedziniec, dalej prosto trzeba było minąć dwie przecznice i skręcić w trzecią, w ulicę Szeroką, nazwaną tak chyba przez kogoś dla żartu, bo z trudem mogły się na niej minąć dwa samochody osobowe. Podobnie ulica przy szkole nazywała się Parkowa, chociaż nie było przy niej żadnego parku ani nawet porządnego skweru. Po obu stronach była gęsto zabudowana ponad stuletnimi kamienicami, a dziedziniec szkolny był jedynym obszarem nieco luźniejszej przestrzeni.

Właśnie w tych kamienicach stopniowo znikali jej koledzy i koleżanki, które równocześnie z nią opuściły przybytek wiedzy i dobrego wychowania. Do Szerokiej dochodziła już sama. W tym miejscu od budynku, w którym mieszkała, dzieliły ją już tylko cztery bramy. Wtedy go zobaczyła. Stał na rogu Parkowej i Szerokiej oparty o słupek, na którym umieszczono znak drogowy informujący o przejściu dla pieszych i wyraźnie się w nią wpatrywał, wprost pożerał ją wzrokiem.

Poczuła się nieswojo, zwłaszcza że ruch o tej porze był niewielki. Dorośli przeważnie wychodzili z pracy jakąś godzinę później, sklepów w pobliżu nie było. Z drugiej strony musiała przyznać, że chłopak był przystojny, starszy sporo od niej, ale na pewno zaliczający się jeszcze do szeroko rozumianej młodzieży. Ubrany był w obcisłe dżinsowe spodnie i taką samą rozpiętą bluzę, spod której wystawał biały T-shirt z nadrukiem jakiegoś zespołu muzycznego, którego Marta nie znała. Na nogach miał czarne sportowe buty z charakterystyczną białą łyżwą po bokach.

Pomna na różne mroczne historie, których mnóstwa nasłuchała się od rodziców i innych dorosłych, od kiedy weszła w wiek dojrzewania, zamierzała go zignorować i podążyć spokojnie w swoją stronę, mimo że schlebiało jej tak ostentacyjnie okazywane zainteresowanie ze  strony takiego przystojniaka. On jednak, jak się okazało, miał inne plany.

— Marta?  — zwrócił się do niej z przyjaznym uśmiechem na twarzy, a ona stanęła jak wryta, słysząc własne imię.

— Ssskąd mnie znasz? — wycedziła przez zęby, nie kryjąc zaskoczenia.

— Cześć, jestem Arek — przedstawił się chłopak i wyciągnął rękę na przywitanie. — Obserwuję twoje wpisy na Tik Toku i pomyślałem sobie, że warto poznać cię w realu. Podobasz mi się, nie tylko z wyglądu, z tego, co piszesz też. Nie chciałem odzywać się w necie, bo tam przeważnie same zboki odpowiadają dziewczynom podobnym do ciebie, a ty wydajesz mi się zbyt wrażliwa na takie zaczepki. Udało mi się ustalić, gdzie mieszkasz i do której szkoły chodzisz. Pomyślałem sobie…

— Szpiegowałeś mnie! — przerwała mu gwałtownie Marta, czerwieniąc się z oburzenia.

— Spokojnie. Po co zaraz takie wielkie słowa? — Arek starał się załagodzić powstałe napięcie. — Zdobycie takich danych nie jest dziś wcale trudne. Nie trzeba być do tego asem wywiadu. A ja naprawdę nie mam żadnych złych zamiarów. Podobno szukasz przyjaźni. Tak przynajmniej wynika z twoich wpisów. Ja mógłbym zostać twoim przyjacielem. Będzie nam razem super, daję słowo. Poznasz moich kolegów i innych ciekawych ludzi. Fajnie się zabawisz, życie przestanie być takie szare i nudne, jak opisujesz w swoich postach. Nie chcesz się przekonać?

— Jesteś ode mnie starszy, i to sporo, jak się wydaje — oponowała Marta.

— Nie tak znowu sporo. Mam siedemnaście lat. Mogę ci nawet pokazać legitkę z datą urodzenia, jak nie wierzysz. — Sięgnął do tylnej kieszeni spodni, ale Marta powstrzymała go gestem ręki.

— Nie musisz. Wierzę ci, chociaż na oko wyglądasz na więcej. Na czym niby miałaby polegać nasza przyjaźń? Co moglibyśmy razem robić, jak ty kończysz pewnie jakieś liceum, a ja podstawówkę?

— Czy to aż takie ważne, jaką szkołę się kończy? To zgredy tak nas nakręcają tymi wszystkimi szkołami. I wmawiają nam, że trzy lata różnicy to przepaść. A sami pobierają się nawet z o dwadzieścia lat młodszymi i im to nie przeszkadza. Nie daj sobie wmówić, że wiek to jakaś świętość. Poczuj się dorosła. Tak naprawdę tylko na papierze jesteś dzieckiem. Ja zresztą przez rok jeszcze też. No, może już niecały. A czy wyglądam na dzieciaka? To jak? Wchodzisz w to? Druga okazja nieprędko może ci się nadarzyć. Zresztą żadna inna nie będzie tak superowa jak to, co ja ci mam zamiar zaoferować. Zresztą zawsze najbardziej żałuje się grzechów niepopełnionych. Czy w domu czeka na ciebie coś ekstra ciekawego, żebyś miała się tam śpieszyć?

Marta zamyśliła się. Ciekawego nic na nią nie czeka. Tego była pewna, bardziej niż wschodu i zachodu słońca. Z drugiej strony skóra cierpła jej, gdy próbowała wyobrazić sobie reakcję rodziców, jeśli wróci do domu później, niż plan lekcji przewiduje. Z trzeciej – ciągle nie była pewna, o co temu chłopakowi naprawdę chodzi.

— Rodzice będą się martwić, jak nie wrócę na czas — powiedziała niepewnie i cała zaczerwieniła się, uświadomiwszy sobie, jak głupio musiało to zabrzmieć w uszach skrajnie wyzwolonego, jak się mogło wydawać, siedemnastolatka.

— I co ci zrobią, jak wrócisz trochę później? Zakażą ci czegoś? Zawsze możesz to olać. Ja na przykład, jak kiedyś stary dał mi szlaban na wychodzenie do kumpli, to systematycznie, dzień w dzień wracałem z budy dwie godziny później niż kończyły się lekcje. Do szkoły nie mógł mi zabronić chodzić. W końcu odpuścił i od tamtej pory nie daje mi żadnych szlabanów. Starych trzeba wychowywać. Tak jak oni próbują nas. Zbiją cię, albo będą krzyczeć? Teraz to zakazane. Można ich postraszyć niebieską kartą. Wiem, do tej pory byłaś grzeczną córeczką — Arek zmienił ton głosu, widząc narastające zdziwienie w oczach Marty. — Najwyższy czas to zmienić. Przełam się. Zobaczysz, że życie potrafi być fajne, jak się wyrwiesz z tej złotej klatki nazywanej domem rodzinnym. To jak? Decyduj się.

Marta na siłę szukała w głowie czegoś, co mogłaby przeciwstawić temu bezwzględnie logicznemu wywodowi Arka. To, co mówił przekraczało wszelkie jej dotychczasowe wyobrażenia o życiu. Jego słowa i swoboda, z jaką je wypowiadał, szokowały ją. Jednocześnie przyciągały z przemożną mocą. Zawstydziła się sama przed sobą tej fascynacji, ale nie potrafiła nic na nią poradzić. Po prostu czuła ją i to, wbrew wszystkiemu, było piękne.

Pośpiesznie zrobiła bilans potencjalnych zysków i strat. Perspektywa ciekawego, różnego od wszystkich innych popołudnia przeważyła nad ewentualnym gniewem rodziców z powodu późnego powrotu do domu. Ostatecznie Arek ma rację. Głowy jej nie urwą. Może przynajmniej uda się w ten sposób zwrócić ich uwagę na coś więcej w jej życiu niż tylko wyniki w nauce.

— Wchodzę w to — powiedziała zdecydowanie, chociaż gdzieś na dnie mózgu ciągle czaiła się niepewność.

— Świetnie! — Twarz Arka rozpromienił szeroki uśmiech. — W takim razie chodź ze mną. Pokażę ci prawdziwy raj. Na pewno nie pożałujesz.

Ruszyli prosto przed siebie, ignorując przecznicę prowadzącą do domu Marty. Skręcili dopiero w następną i to w przeciwnym kierunku, gdzie jakieś sto metrów dalej znajdował się duży, bezpłatny parking przeznaczony głównie dla mieszkańców osiedla.

— Nie miałeś żadnych problemów z rozpoznaniem mnie? — zapytała Marta w czasie drogi. — Przecież te zdjęcia wrzucane na Tik Toka…

— Nie retuszujesz ich — przerwał jej Arek. — Nie wiedziałem o tym, dlatego spodziewałem się, że może być pewien problem, ale jak cię tylko zobaczyłem, to od razu rzuciło mi się w oczy, że jesteś identyczna jak na fotkach. To mnie dodatkowo ujęło. Cenię sobie szczerość.

— Przyznam ci się, że nawet nie mam pojęcia, jak się takie retusze robi. Nie mam w kompie żadnego Foto Shopu ani nic podobnego. Ale masz rację, nie chcę się sztucznie upiększać. To i tak prędzej czy później wyjdzie na jaw.

— Zapraszam cię — powiedział Arek, wskazując szarmanckim gestem otwarte drzwiczki srebrzystego auta, na widok którego Marcie oczy omal nie wyszły z orbit. Nie znała się na markach samochodów, ale natychmiast zdała sobie sprawę, że takich cacek w tej dzielnicy raczej się nie widuje, a na pewno przerasta o kilka klas to, czym jeździł jej tato.

— Tto… ttwwoje… auto? — wymamrotała, nie umiejąc ukryć oszołomienia. — Jaka to marka?

— To Lexus RZ.— Arek wypowiedział tę nazwę z takim lekceważeniem, jakby poruszanie się tego typu pojazdami było czymś na porządku dziennym. — Właściwie należy do mojego starego. Ale pozwoliłem sobie pożyczyć na ten krótki czas. W końcu nowo zawartą znajomość trzeba jakoś uczcić. Co, nie?

— A ty masz w ogóle prawo jazdy? Przecież mówiłeś…

— Kto by się tam jakimiś papierami przejmował! — Arek machnął ręką lekceważąco. — Psy rzadko się tu zapuszczają, zwłaszcza drogówka. A tam, gdzie mieszkam, to już zupełnie się ich nie widuje.

— Twój tata wie o tym, że…

— Nie musi o wszystkim wiedzieć. Jak jest frajer i zostawia kluczyki w otwartej szufladzie biurka, to niech się nie dziwi, że ja z tego korzystam. Ja nie jestem frajer. Wsiadaj, rozgość się.

— Domyślam się, że twoich starych nie ma w domu, skoro mogłeś tak bez problemu wziąć kluczyki. To dlaczego ten samochód nie jest tam, gdzie oni? — zapytała Marta, gdy wygodnie umościła się na fotelu obok kierowcy. Plecak wrzuciła sobie pod nogi.

— Ten akurat służy ojcu do bardziej oficjalnych wizyt u ważnych klientów, kluczowych, jak ich nazywa. Rozumiesz, to taka reprezentacyjna bryka do robienia dobrego wrażenia. Na co dzień jeździ mniej rzucającym się w oczy Saabem, a starsza ma małolitrażową wersję Suzuki. Też nią kiedyś jechałem, bo, podobnie jak staruszek, nie pilnuje kluczyków, ale tobie chciałem się pokazać w czymś ekstra, dlatego właśnie wybrałem się pod twoją szkołę dziś, bo wiedziałem, że ten lexus będzie w moim zasięgu.

Jechali przez część miasta, której Marta nie znała. W ogóle rzadko wystawiała nos poza swoje osiedle. Czuła lekki niepokój z powodu faktu, że podróżuje po nieznanych ulicach z nieznanym chłopakiem, w dodatku takim, który za nic ma przepisy prawa i zasady dobrego wychowania. Jednak fascynacja zupełnie nieoczekiwaną wolnością od nudnej, szkolno-domowej mitręgi skutecznie tłumiła wszelkie sygnały ostrzegawcze płynące z płata czołowego jej mózgu.

Arek nie popisywał się za kierownicą. Jechał ostrożnie, z dozwoloną w mieście prędkością, pokornie stał na czerwonych światłach, nawet jeśli prostopadłą drogą nic nie jechało. A więc jednak nie jest tak do końca szalony, jak mogło się wydawać na początku, pomyślała Marta i jej zaufanie do nowego znajomego znacznie wzrosło.

Wreszcie, po około piętnastu minutach, zatrzymali się przed okazałą rezydencją otoczoną wysokim na przeszło dwa metry parkanem z jasnego piaskowca, zza którego wyłaniał się gęsty szpaler tui. Arek ustawił samochód na wprost kutej żelaznej bramy ozdobionej licznymi motywami roślinnymi i uruchomił pilotem jej otwieranie. Po chwili wjechali na teren rozległego ogrodu urządzonego w stylu francuskiego baroku z licznymi fontannami, stiukowymi rzeźbami i klombami pełnymi kwiatów posadzonych tak, żeby tworzyły dopasowane kolorystycznie mozaiki. W głębi tego ogrodu stał dom, a właściwie miniaturowy pałac z kopulastym miedzianym dachem i czterema strzelistymi wieżyczkami na narożnikach. Ktoś z choćby tylko amatorskim rozeznaniem plastycznym uznałby to za przejaw wyjątkowo ordynarnego kiczu boleśnie kłującego w oczy. Ale Marta nie miała takiego rozeznania. Ona odniosła wrażenie, że znalazła się nagle w przedsionku raju, a nawet nie w przedsionku, w samym jego środku. Poczuła się jak Kopciuszek przeniesiony cudownym sposobem przez dobrą wróżkę do pałacu księcia.

— O kurde! — zawołała z przejęciem. — Ty tu mieszkasz? Na serio?

— Od urodzenia — odpowiedział Arek z uśmiechem. — Tutaj to jeszcze pikuś. W środku dopiero ci oko zbieleje.

Otworzył pilotem bramę garażową i ostrożnie wprowadził lexusa do jednego z trzech pustych boksów wyposażonych w kanały naprawcze i regały z różnymi akcesoriami. W garażu był jeszcze czwarty boks, najszerszy. Stał w nim kremowy kamper z przyczepioną od tyłu łodzią motorową umocowaną na specjalnym wózku z kołami jak przy samochodzie. Kiedy wysiedli, zaprowadził Martę do windy umieszczonej obok boksów. Miała lśniące, chromowane drzwi. Gdy otworzyła się o jedną kondygnację wyżej, oczom Marty ukazał się obszerny hol z marmurową posadzką, dużą ścienną garderobą z mahoniowego drewna z pięciorgiem rozsuwanych drzwi. Troje z nich było wyposażone w lustra od podłogi do sufitu. Po obu stronach ozdobnego wejścia stały donice z egzotycznymi roślinami. Z sufitu zwisał kryształowy żyrandol z taką ilością żarówek, że trudno było się ich wszystkich doliczyć.

— No, napatrzyłaś się? — Zapytał Arek z protekcjonalną wyższością w głosie i, nie czekając na odpowiedź zaprosił ją gestem ręki ponownie do windy.

Pokój Arka mieścił się na poziomie plus jeden. Nie epatował takim luksusem jak oglądany przed chwilą hol, ale widać było na pierwszy rzut oka, że jego mieszkaniec do biednych raczej nie należy. Ściany zdobiły liczne plakaty drużyn futbolu amerykańskiego. oraz zespołów muzycznych, których nazwy nic Marcie nie mówiły. Jej uwagę zwróciło przede wszystkim szerokie łóżko stojące pod ścianą po lewej stronie, zbyt szerokie, jej zdaniem, jak na jedną osobę. Ona sypiała na tapczanie nieco tylko szerszym od kozetki w gabinecie lekarskim. Przewrócenie się z boku na bok było dla niej nie lada wyzwaniem. W jej pokoiku nic większego by się nie zmieściło, a już na pewno nie coś tak wielkiego jak to tutaj. „Na co mu takie łoże?”, pomyślała ze zdziwieniem, ale nic nie powiedziała. W ogóle patrzenie na te wszystkie cuda odebrało jej mowę.

— Siadaj, czuj się jak u siebie w domu. — Arek wskazał jej okrągłą pufę obszytą popielatym filcem. — Napijesz się czegoś?

— Może herbaty — powiedziała nieśmiałym szeptem, jakby bojąc się własnego głosu.

— A przypadkiem nie mleka z butelki ze smoczkiem? — Arek zaśmiał się szyderczo. — Dziewczyno, nie jesteś już w przedszkolu. Zacznij się czuć jak naprawdę dorosła. Poczekaj, dam ci coś, co na pewno ci zasmakuje.

Podszedł do niskiej szafki zamykanej na kluczyk stojącej obok jego biurka, na którym nie widać było żadnych śladów nauki szkolnej, i wyciągnął z niej butelkę wypełnioną bursztynowym płynem oraz dwa średniej wielkości kieliszki.

Marta wzdrygnęła się na widok alkoholu, który w jej domu był zupełnie zakazany, dla niej oczywiście. Nawet, kiedy rodziców odwiedzali znajomi albo krewni, wypraszano ją do jej pokoju, zanim na stole pojawiły się napoje zawierające procenty. Ojciec trzymał piwo, którym delektował się podczas oglądania telewizji, zwłaszcza transmisji sportowych, w barku zamykanym na klucz, który zawsze nosił przy sobie. Ona, rzecz jasna, wiedziała dlaczego musi wychodzić z pokoju stołowego po głównej części rodzinnego czy towarzyskiego obiadu, ale akceptowała to. Zresztą nigdy przeciw niczemu się nie buntowała. Dorośli po prostu mieli rację i już. Sport jej nie interesował, dlatego nie czuła dyskomfortu z tego powodu, że nie może towarzyszyć tacie w oglądaniu meczu piłkarskiego czy innych zawodów. Teraz widok stojącego przed nią kieliszka wypełnionego czymś, czego sam zapach przyprawiał o zawrót głowy, był dla niej oszałamiający. Nie chciała jednak wyjść na gówniarę. Arek po prostu imponował jej swoim swobodnym stylem bycia, zależało jej na utrzymaniu jego zainteresowania nią jak najdłużej, więc zebrała całą swoją odwagę, wzięła głęboki wdech i wychyliła zawartość kieliszka, tak jak zwykle piła sok pomarańczowy albo pepsi. Poczuła jakby do gardła ktoś włożył jej zapaloną pochodnię. Oczy wyszły jej z orbit, a w płucach zabrakło powietrza. Przez chwilę myślała, że się udusi, że nadszedł właśnie kres jej krótkiego życia i że to piękny koniec w tak luksusowym pomieszczeniu i w tak fascynującym towarzystwie.

Na szczęście Arek wiedział jak zareagować. Podszedł od tyłu i uniósł obie jej ręce do góry, jednocześnie nachylając głowę. Po chwili oddech wrócił jej do normy, ale po policzkach wciąż spływały łzy, bynajmniej nie ze wzruszenia.

— Widać, że jesteś nieprzyzwyczajona. — Tym razem w jego głosie nie było szyderstwa, raczej troska. — Mam nadzieję, że to cię nie zniechęciło. To jest naprawdę super, zwłaszcza później, jak już zacznie szumieć w głowie. Napij się jeszcze trochę. Tylko nie wlewaj tak w siebie jednym haustem. Delektuj się. Zobaczysz, jak bosko się poczujesz za jakieś pół godziny. — Ponownie napełnił oba kieliszki.

Marta miała serdecznie dość swojego pierwszego doświadczenia z napojem zwanym potocznie wyskokowym, ale jak tu odmówić komuś, kto się tak czarująco uśmiecha, no i mieszka w tak odlotowej willi, i jeździ takim super samochodem. Oczyma wyobraźni widziała siebie jako stałą bywalczynię tej rezydencji i gotowa była zrobić teraz wszystko, żeby zasłużyć sobie na ten zaszczyt.

Przyłożyła sobie kieliszek do ust i tym razem pociągnęła tylko mały łyk. Przeszedł przez gardło bez problemu. Potem następny i jeszcze jeden. Zaczęła rzeczywiście delektować się smakiem oryginalnego francuskiego koniaku i poczuła, że we wnętrznościach robi jej się coraz przyjemniej.

— Można jeszcze trochę? — zapytała, gdy kieliszek już opustoszał.

— Oczywiście. — Arek cały promieniał z radości. — No, to masz za sobą prawdziwy chrzest dorosłej osoby — powiedział, kiedy wspólnie opróżnili całą butelkę. — Teraz może spróbujesz czegoś z innej działki. Założę się, że tego też nigdy nie próbowałaś.

Podszedł do tej samej szafki, z której wcześniej wyjął butelkę koniaku, i tym razem wyciągnął srebrną papierośnicę wypełnioną najprawdziwszymi cygarami. Marta aż zamrugała oczami z wrażenia. Dla niej to było kolejne tabu. Owszem, od ojca czasami można było wyczuć zapach niedawno wypalonego papierosa, ale nigdy nie robił tego przy niej. Poza tym to, co palił tata, to była jakaś dolna półka cenowa. Cygara widziała kiedyś na jakimś filmie. W życiu – nigdy.

— Częstuj się. — Arek zachęcająco podsunął jej papierośnicę pod nos. — Tylko nie zaciągaj się zbyt mocno za pierwszym razem. Delektuj się, tak jak koniakiem. Jak się oswoisz, będziesz mogła pozwolić sobie na głębsze wdechy.

Marta była już tak rozluźniona, że nie zastanawiała się ani chwili przed sięgnięciem do srebrnego pudełka. Włożyła sobie cygaro do ust, a Arek szarmancko podał jej ogień. Atak kaszlu, jaki dopadł ją sekundę później, świadczył o tym, że nie do końca wzięła sobie do serca dobrą radę otrzymaną wcześniej. Może zresztą wzięła, tylko mimo wszystko dym był dla niej zbyt mocny. W każdym razie nie poddała się. Wypaliła cygaro do końca, dławiąc się dymem jeszcze kilkakrotnie, ale za każdym razem coraz słabiej.

— Zuch dziewczyna! — pochwalił ją Arek. — Chcesz jeszcze jedno?

Nie odmówiła. Zaciągając się kolejnym tytoniowym kabanosem, poczuła, że sprawia jej to coraz większą frajdę. Już się nie krztusiła, a kolejne hausty dymu przyjemnie rozgrzewały od środka. Było jej tak dobrze, jak nigdy dotąd. Nikt jej nie strofował. Nic nie musiała. Zero zasad, zero kontroli. Doszła do wniosku, że tego jej właśnie brakowało przez całe dotychczasowe życie. Była wdzięczna Arkowi, że pokazał jej taki świat i była gotowa zrobić dla niego wszystko, czego zażąda, żeby tę wdzięczność wyrazić.

Tymczasem on powoli zaczął przechodzić do kolejnego punktu programu, który, jak można było łatwo zauważyć, starannie wcześniej zaplanował. Marta jednak żadnego planu nie dostrzegała. Upojona koniakiem, kubańskim tytoniem i nie zaznaną nigdy wcześniej wolnością, podążała za chłopakiem jak wierna suczka za swoim panem.

Przenieśli się z puf na szerokie łóżko. Arek objął ją ramieniem i mocno przytulił do siebie. Zaczął głaskać czule po ramieniu i plecach. Szeptał przy tym miłe słówka. Zapewniał, że jest wspaniała, cudowna, wyjątkowa, że nigdy takiej jak ona nie spotkał. Nachylił się i delikatnie pocałował ją w usta. Próbował przy tym rozchylić językiem jej wargi. Zaskoczyło ją to. Widziała kilka razy na filmach całujących się ludzi, ale nie miała pojęcia, jak to wygląda w praktyce.

— Nie bądź taka spięta. Rozluźnij się. — Arek pogładził ją po policzku i ponownie przywarł ustami do jej warg.

Tym razem sama je rozchyliła. Chłopak spokojnie, powoli oswajał ją z doznaniami, jakie były jej dotąd zupełnie obce. Całowali się przez kilka minut, a on w tym czasie zataczał coraz szersze kręgi dłońmi na jej ciele. Wreszcie poczuła, jak w dolnej części brzucha robi jej się dziwnie ciepło, a bielizna pod spódniczką wilgotnieje chociaż nie jest to pot ani siku, ani krew, która ostatni raz przestała jej płynąć zaledwie tydzień temu. Ta wilgoć była niesamowicie przyjemna. Tymczasem Arek przestał krążyć rękoma po jej ciele. Położył swoją lewą rękę na jej prawym kolanie i zaczął delikatnie wsuwać pod spódnicę. Nie oponowała. Było jej tak cudownie lekko, że nic nie mogło zmącić tego dobrego nastroju. Nawet, kiedy jego palce zaczęły masować jej łechtaczkę, jęknęła tylko z narastającego podniecenia. Bez najmniejszego oporu pozwoliła pozbawić się całej garderoby i pomogła Arkowi pozbyć się jego. Krzyknęła na moment z bólu, kiedy jego nabrzmiały penis rozdarł jej błonę dziewiczą, ale wkrótce później pozwoliła się ponieść fali rozkoszy. Bawili się swoimi ciałami na różne sposoby. Chłopak uczył ją rozmaitych technik i pozycji, a jego męskość po każdorazowym spełnieniu błyskawicznie wracała do stanu pełnej gotowości.

Nie potrafiłaby powiedzieć, jak długo to trwało. W każdym razie za oknem zaczęło się już ściemniać, kiedy Arek podniósł się i spojrzał na wyświetlacz telefonu.

— Moi starzy mogą niedługo wrócić — powiedział zaniepokojony. — Powinnaś stąd zniknąć. Ja niestety cię nie odwiozę. Nie zdążyłbym przed powrotem ojca. Poza tym oboje mamy nieźle w czubie. To mogłoby się źle skończyć. Ubieraj się prędko. Pokażę ci, gdzie jest przystanek autobusu. Dojedziesz do Rynku. Stamtąd już powinnaś sobie poradzić.

Marta wstała. Zaczęła zakładać na siebie poszczególne części ubrania. Czuła się przy tym, jakby stała na pokładzie okrętu rozkołysanego silnym sztormem. W głowie jej szumiało. Obraz przed oczyma nie był klarowny tak jak zwykle. Nogi jakoś dziwnie się plątały i tylko z największym trudem udawało jej się utrzymywać równowagę.

Chłodne, wieczorne powietrze otrzeźwiło ją nieco, ale i tak nie miała głowy, żeby podziwiać stylowe latarnie oświetlające dziedziniec rezydencji Arka. Nie była też w stanie zapamiętać żadnych szczegółów otoczenia, w którym się znajdowała. Drogę do przystanku pokonała na wpół świadomie, opierając się na ramieniu świeżo poznanego księcia z bajki.

Na szczęście w autobusie znalazła siedzące miejsce przy oknie. Wtuliła twarz w szybę i poczuła, jak ogarnia ją niespotykana wcześniej senność. Powieki stały się tak ciężkie, że próba utrzymania ich w rozwartej pozycji musiała spełznąć na niczym. Przed oczami, zamiast nocnego krajobrazu miasta, przesuwały jej się sceny z dzisiejszego popołudnia. W ustach znów czuła smak koniaku, dymu z cygar i arkowego nasienia, którego też miała okazję popróbować.

Z tych rozkosznych wspomnień wyrwało ją mocne szarpnięcie za ramię.

— Obudź się, dziewczyno! — krzyczał jakiś obcy, kobiecy głos, który docierał do niej jakby z innego świata.

Z trudem rozchyliła powieki. Stało nad nią dwoje umundurowanych policjantów, którzy potrząsaniem próbowali przywrócić ją do rzeczywistości.

— Gdzieś się tak spiła!?

— Co robisz o tej porze na mieście!?

— Jak się nazywasz!?

— Gdzie mieszkasz!?

Zadawali pytania na przemian, nie czekając na odpowiedzi, których ona w tej chwili i tak nie była zdolna z siebie wykrztusić. Ogarnęło ją przerażenie. Nagle uświadomiła sobie, że nie wróciła na noc do domu. Nie ma przy sobie tornistra. Został pewnie w samochodzie Arka. Nie zawracali sobie głowy takim drobiazgiem, kiedy z garażu wprowadzał ją do swojego pałacu, a później, przy wychodzeniu, w ogóle już o niczym nie myśleli. Jedno, czego była teraz pewna, to to, że za wszelką cenę nie może dopuścić, do konfrontacji z rodzicami. Ta dwójka „psów”, jak by ich nazwał Arek, z pewnością miała zamiar odstawić ją w cuglach do domu. Ona nie miała na to najmniejszej ochoty. Przynajmniej nie w tej chwili. Postanowiła bronić się przez atak.

— Nic was nie obchodzi, gdzie mieszkam ani jak się nazywam! Zostawcie mnie! Zajmijcie się łapaniem prawdziwych bandytów! — wykrzyczała jednym tchem. Zerwała się z miejsca i próbowała przecisnąć się między stróżami porządku. Została jednak natychmiast powstrzymana.

— Spokojnie, mała. Nie awanturuj się.— powiedziała opanowanym, stanowczym głosem policjantka. —  Jeździsz autobusem tam i z powrotem w środku nocy, jesteś pijana i wygląda na to, że za młoda na takie przygody. Mów, gdzie mieszkasz. Mama i tata na pewno się o ciebie martwią.

— Gówno się martwią! Poza tym, skąd wiesz, ile ja mam lat, ty suko!? Może tylko młodo wyglądam!?

— Masz dowód? Od razu byśmy sprawdzili twój wiek.

— Nie muszę mieć! Żyję w wolnym kraju i nie mam obowiązku nosić przy sobie dokumentów. — Marta sama była zaskoczona swoim tupetem, ale czuła, że czas spędzony z Arkiem coś w niej radykalnie zmienił. Nigdy już nie będzie tą wystraszoną dziewczynką wypłakującą swoje smutki w pluszowe futerko.

— No to masz problem. Zabieramy cię na komendę. Tam ustalimy twoją tożsamość.

— Zostawcie mnie! — Marta zaczęła się szarpać, gdy policjanci podnieśli ją z siedzenia w autobusie z zamiarem wyprowadzenia na zewnątrz. Nic to jednak nie dało. W parę sekund na jej rękach zatrzasnęły się kajdanki i chwycona pod pachy przez dwoje znacznie od niej silniejszych i sprawniejszych, a przede wszystkim trzeźwych ludzi znalazła się na peronie pętli autobusowej w okolicy, której zupełnie nie znała. Chwilę później wepchnięto ją do radiowozu, mimo że nie miała zamiaru w ogóle tam wsiadać, i zaczęła swoją kolejną w tym dniu przygodę, tym razem o wiele mniej przyjemną.

Najpierw zawieziono ją na SOR najbliższego szpitala. Nie wyrywała się już. Nie protestowała, kiedy pobierano jej krew. Wynik – półtora promila nic jej nie mówił, za to eskortująca ją policjantka złapała się za głowę.

— Gdzieś ty się, dziecko, tak schlała? — zapytała z troską w głosie. Może ktoś ci jakąś krzywdę zrobił? Powiedz, możemy ci pomóc.

— Błagam panią! — Marta zmieniła o sto osiemdziesiąt stopni swoje podejście. — Nie mówcie nic rodzicom. Ja sama wrócę do domu. Nigdy więcej nie będę jeździła pijana autobusem. Przysięgam.

— Teraz to już chyba za późno. Pojedziemy na komisariat. Prześpisz się w izbie zatrzymań dla nieletnich, wytrzeźwiejesz, a rano zawiadomimy rodziców. Radzę ci nie ukrywać swojego adresu. I tak się wszystkiego dowiemy, a im bardziej będziesz skłonna z nami współpracować, tym lepiej dla ciebie.

— Nieee! — wrzasnęła dziewczyna. — Tylko nie to! Błagam! Proszę! Starzy mnie chyba zabiją, jak się dowiedzą!

— Nie zabiją cię. Spokojna głowa. Oni sprawują opiekę nad tobą i mają prawo wiedzieć, gdzie ich córka przebywa i co porabia. Jeszcze raz ci radzę. Powiedz wszystko szczerze. Wtedy może unikniesz wielu kłopotów.

— Nic nie powiem — zaperzyła się Marta. — Nienawidzę pani, moich starych i wszystkich dorosłych, zwłaszcza tego gnoja, kierowcy autobusu! To on was wezwał, prawda?

— Zaniepokoił się, że nie wysiadasz na pętli. A nie wyglądasz na pełnoletnią. W dodatku, kiedy do ciebie podszedł, wyczuł alkohol. Nie miał innego wyjścia. Musiał do nas zadzwonić.

— Gówno musiał! Od dziś po południu jestem już sto razy bardziej pełnoletnia niż wy wszyscy. Cały czas trzymacie się jakichś pieprzonych przepisów, a ja poznałam fantastycznego faceta, który naprawdę wie, co to wolność. Było mi z nim cudownie, zarąbiście! Wyście wszystko zepsuli!

Marta nagle rozpłakała się, a jej płacz zmienił się prędko w spazmatyczny szloch.

— Opowiesz mi coś o tym fantastycznym facecie? — spytała policjantka.

Marta pokręciła przecząco głową.

— Nie sypnę go — wychlipała, z trudem powstrzymując łkanie — za nic na świecie. Chociaż byście mnie przypiekali na patelni!

W tym momencie uświadomiła sobie, że w sumie niewiele miałaby do powiedzenia, nawet, gdyby nie chciała go kryć. Nie zna jego nazwiska ani adresu. Nie potrafiłaby też trafić do jego domu na pamięć. Nie wymienili się numerami telefonów ani mailami. Ogarnęła ją panika. Zdała sobie sprawę, że jedynym sposobem na kolejne spotkanie może być jego ponowne pojawienie się na drodze między szkołą a jej domem. Czy może na to liczyć? Teraz chciała mocno wierzyć, że tak.

— Nikt nie będzie cię przypiekał — zapewniła pani aspirant. — Mam jednak nadzieję, że jeszcze sobie porozmawiamy. Tylko najpierw musisz wytrzeźwieć.

Gdy radiowóz podjechał przed budynek komisariatu, Marta odniosła wrażenie, że była już kiedyś w tej okolicy, ale nie mogła sobie dokładnie przypomnieć, gdzie to jest. Przeklinała w duchu swój dotychczasowy brak zainteresowania topografią miasta.

Zaprowadzono ją do celi mieszczącej się w podziemnej kondygnacji budynku. Za metalowymi drzwiami z okrągłym wizjerem pośrodku znajdowały się wyłącznie dwie prycze obite blachą do samej podłogi. Widocznie po to, żeby nie można było schować się pod nimi. Każda wyposażona była w dwa koce, jeden służący za prześcieradło, drugi za kołdrę oraz mały jasiek. Pod sufitem świeciła się słaba, osłonięta drucianą siatką żarówka, a na ścianie przeciwległej do drzwi mieściło się na wysokości niedostępnej dla jej rąk niewielkie zakratowane okienko.

— Czy można się tu gdzieś wysiurać? — zapytała opryskliwie. — Z pełnym pęcherzem nie zasnę.

Policjantka zaprowadziła ją do mieszczącej się na końcu korytarza toalety. Przed samymi drzwiami rozkuła jej ręce i wpuściła do środka.

— Tylko nie próbuj żadnych sztuczek! — ostrzegła. Zamknęła drzwi z zewnątrz i stanęła tuż przy nich,

Marta wyszła po mniej więcej dwóch minutach. Została odprowadzona na miejsce mające być tej nocy jej apartamentem hotelowym. Gdy zatrzasnęły się za nią żelazne drzwi, padła na pryczę, wtuliła głowę w mizerną poduszkę, zaczęła głośno płakać, uderzać pięściami w koc przesycony wonią dymu z papierosów, czymś, co nawet nie umywało się do zapachu cygar, jakimi częstował ją Arek. Wreszcie zmęczona własną bezsilną złością zasnęła. Śniło jej się, że ucieka przez gęsty las przed własnym ojcem, który goni ją ze skórzanym pasem w dłoni, a gdy wydawało się, że nie ma już żadnej szansy na ratunek, nagle z korony wielkiego dębu spłynął ku niej Arek i wyrwał z opresji, unosząc wysoko, ponad gałęzie drzew.

— Pobudka! — rozległ się szorstki, męski głos, który wyrwał ją z sennych majaków.

W otwartych drzwiach celi stał wysoki, barczysty policjant mniej więcej w wieku jej ojca. Miał ciemne włosy zaczesane na lewy bok, oczy chyba piwne albo jakieś podobne. Z tej odległości nie mogła dobrze zobaczyć. Był starannie ogolony, a jego mundur robił wrażenie świeżo wyjętego z szafy. Spoglądał na nią surowo.

— Jak tam, nie masz kaca po wczorajszej libacji? — zapytał ze złośliwym uśmiechem na twarzy, uważnie lustrując ją przy tym wzrokiem.

Marta słyszała wcześniej co nieco o kacu w rozmowach starszych kolegów albo znajomych jej rodziców, ale nie miała pojęcia, jak się on objawia i czy ona teraz go ma, czy jednak nie.

— A jak to jest, jak się ma kaca? — zapytała naiwnie policjanta. Ten roześmiał się szyderczo.

— Mniejsza z tym — powiedział, powoli poważniejąc. — Sama się zorientujesz, jak przyjdzie czas. Najważniejsze, że już wszystko się wyjaśniło. Nazywasz się Marta Zygadło i mieszkasz przy Szerokiej 10/5. Rodzice zgłosili dziś rano twoje zaginięcie. Wstawaj! Czekają na ciebie przy portierni.

Do Marty błyskawicznie dotarł sens jego słów. Za moment spotka się z osobami, od których jest całkowicie zależna pod każdym względem, a którzy z pewnością są teraz na nią wściekli i nie omieszkają dać upustu swojej złości, kiedy tylko znajdą się sam na sam w czterech ścianach mieszkania. Nigdy dotąd nie przeżyła podobnej sytuacji, ale wyobrażała sobie w tej chwili wszystko, co najgorsze. Arka, przy którym wczoraj czuła się tak pewnie i tak beztrosko wtedy przy niej nie będzie.

— Nieeee! — wrzasnęła na całe gardło. — Błagam, tylko nie to! Nie chcę wracać do rodziców! Wolałabym już tu spędzić resztę życia, chociaż to parszywe miejsce! Nie oddawajcie mnie moim starym! Please!!!

— Przykro mi, ale nie ma takiej opcji. Oni bardzo się o ciebie martwią.

— Gówno się martwią! Chyba tylko o to, czy nie dostałam jakiejś pały w szkole! Resztę mają w dupie! Nie chcę ich widzieć, przynajmniej od wczoraj! — Marta rozpłakała się na dobre. Ponownie opadła na pryczę i wtuliła głowę w jasiek, głośno pochlipując.

— A co wydarzyło się wczoraj, że tak nagle straciłaś chęć do bycia z rodzicami? — Policjant starał się nadać swojemu głosowi jak najbardziej przyjazny dla dziewczyny ton.

— Nie powiem! — Marta ponownie uniosła głowę znad poduszki.

— Jeśli mielibyśmy ci pomóc…

— Nie musicie mi pomagać! Poradzę sobie! W ogóle nikogo nie potrzebuję! Jak spotkam kiedyś tego faceta, co was na mnie nasłał, to skuję mu pysk! Byłoby tak cudownie, jakby się w to nie wpieprzył!

— Czy mogłabyś się trochę liczyć ze słowami? Rozmawiasz w końcu ze starszym od ciebie człowiekiem.

— I co z tego!? Jestem już dorosła! Będę mówiła, jak mi się podoba! — W tym momencie Marta wyrzuciła z siebie wiązankę najbardziej rynsztokowych wulgaryzmów, jakich nie powstydziłby się żaden stary pijak w przypływie złości. Nie łączyła ich w zdania. Nie starała się nadać temu potokowi słów żadnego sensu. Strzelała nimi jak z karabinu, starając się wywrzeć jak największe wrażenie na stojącym obok funkcjonariuszu.

— Skoro tylko tyle masz do powiedzenia, to nie pozostaje mi nic innego, jak zaprowadzić cię do rodziców. — Mundurowy znów przybrał oficjalny, surowy ton. — Może wyobrażasz sobie, że  jesteś dorosła, ale według prawa nie jesteś. Rodzice są odpowiedzialni za ciebie i musisz wrócić pod ich opiekę. Czy ci się to podoba, czy nie. Chyba, że wniesiesz jakąś skargę przeciwko nim. Wtedy będziemy mogli porozmawiać o różnych scenariuszach.

— No dobrze, to wniosę skargę. Jak się to robi? — Marta powoli podniosła się z pryczy.

— W takim razie pójdziemy do biura. Trzeba będzie sporządzić formalny protokół. Chodź.

Przeszli wąskim korytarzem obok szeregu cel podobnych do tej, w której Marta spędziła ostatnią noc i dotarli do klatki schodowej na końcu. Weszli po schodach na pierwsze piętro, omijając parter. Policjant wprowadził Martę do ciasnego pomieszczenia, w którym stało biurko oświetlone lampą przymocowaną do blatu na długim wysięgniku wyposażonym w kilka zawiasów umożliwiających obracanie go na różne strony, dwa krzesła na metalowych nóżkach oraz cztery regały zastawione segregatorami. Na biurku stał otwarty laptop, na którego ekranie przesuwały się w górę i w dół różnokolorowe punkciki. W ślad za nimi poszła jeszcze jedna policjantka niższa rangą od rozmawiającego z Martą mężczyzny. Ona także weszła do biura i stanęła przy drzwiach.

— Siadaj. — Policjant wskazał Marcie krzesło, sam zajmując drugie, przed laptopem. Poruszył palcem po touchpadzie. Kolorowe punkty zniknęły z ekranu, a ich miejsce zajęło prostokątne okienko na czarnym tle. Wpisał hasło i pojawił się pulpit, podobny do wielu innych, jakie Marta widziała już w swoim niezbyt długim życiu. Kliknął na jakąś ikonę i wyświetlił się urzędowy formularz, w którego nagłówku Marta zdołała przeczytać słowa: „Protokół przesłuchania”. Dalej było coś jeszcze, ale policjant odwrócił ekran i nie udało jej się nic więcej przeczytać.

— Imię i nazwisko? — Zapytał służbowo.

— Przecież pan wie. Sam mi je pan podał tam na dole.

— Jeśli chcesz, żebym poważnie potraktował twoją skargę, to nie mędrkuj, tylko odpowiadaj na pytania. Chyba, że zmieniłaś zdanie i chcesz po prostu wrócić do domu.

— Marta Zygadło — odpowiedziała dziewczyna z rezygnacją.

— Data urodzenia?

Marta wyrecytowała wszystkie swoje dane zgodnie z życzeniem funkcjonariusza. Zawahała się, gdy przeszedł do meritum i zapytał, o co oskarża swoich rodziców.

— O to, że mnie olewają — odrzekła po dłuższej chwili. — Interesują się tylko moimi stopniami, klasówkami i zadaniami domowymi. Wszystko inne mają w dupie, już to zresztą powiedziałam.

— Czy tata albo mama uderzyli cię kiedyś?

— Nie, co to, to nie. Może kiedyś, dawno temu, jak byłam gówniarą. Ale ostatnio nie.

— Krzyczą na ciebie?

— Właściwie trudno to tak nazwać, ale jak dostanę jakąś pałę, to ojciec wygłasza mi kazanie takim głosem, że to gorsze od krzyku. Chce mi się wtedy wyć.

— I co wtedy mówi? Grozi ci czymś?

— Daje szlaban na Tik Toka i na telewizję, czasami na wyjścia do koleżanek też. Potem sprawdza mi codziennie zeszyty.

— Ale to chyba normalne? Tata troszczy się, żebyś nie miała w szkole problemów.

— Dla mnie to nie jest normalne! — Marta podniosła swój głos o kilka tonów. — Ja tego nie cierpię! Zawsze próbuję łamać te szlabany, ale starzy pilnują mnie, jak jacyś strażnicy więzienni.

— Módl się, żebyś kiedyś w życiu nie miała okazji spotkać prawdziwych strażników więziennych. Wtedy dostrzegłabyś różnicę między twoimi rodzicami a nimi.

Policjant zamknął otwarty dokument na komputerze, nie zapisując go. Następnie zwrócił się do Marty.

— Z tego, co mówisz, nie wynika nic, co uzasadniałoby przyjęcie skargi na twoich rodziców i zapewnienie ci ochrony przed nimi. Nie traćmy czasu. Oni się naprawdę niepokoją. Czekają na ciebie już ponad pół godziny.

Ujął ją pod łokieć i próbował nakłonić do wstania z krzesła.

— Nieee! — wrzasnęła dziewczyna i szarpnęła się z całej siły, omal nie przewracając krzesła. — Zostaw mnie, gnoju! Nigdzie nie pójdę!

Funkcjonariuszka stojąca do tej pory przy drzwiach przyszła koledze z pomocą. Oboje postawili Martę w pozycji pionowej i wyprowadzili z biura. Chwilę później znalazła się w poczekalni przed portiernią, gdzie stanęła oko ze swoimi rodzicami.

— Och, Martusiu, nareszcie! — zawołała uradowana mama, wyciągając obie ręce w kierunku córki. — Tak bardzo się cieszymy, że widzimy cię całą i zdrową!

Marta wyprostowała się. Popatrzyła matce prosto w oczy. Oparła obie dłonie na biodrach. Pożałowała, że nie ma na sobie spodni z kieszeniami. Włożenie w nie rąk o wiele lepiej oddałoby to, co chciała w tej chwili wyrazić swoją postawą.

— To się głupio składa — odpowiedziała, starając się nadać swojemu głosowi jak najbardziej lekceważący ton — bo ja wcale się nie cieszę na wasz widok.

— Dziecko, co ty mówisz!? — Matka załamała ręce.

— Nie mów do mnie „dziecko”. Wydoroślałam przez ten jeden dzień. Przeżyłam super przygodę. Arek jest naprawdę cudowny. Nauczył mnie…

— Kto to jest Arek? — przerwał jej ojciec.

— Chcielibyście wiedzieć. Figa! Nie powiem wam! Ani wam, ani nikomu innemu! To moja i jego słodka tajemnica. Ale nie zabronicie mi się z nim spotykać. Choć byście stanęli na głowie! On mi pokazał, jak być dorosłą kobietą.

— Marta, czyżbyś ty… — matka urwała zdanie w połowie i popatrzyła z przerażeniem na córkę.

— Co czyżbym ja!? Wyduś to z siebie! Pieprzyłam się!? Tak! Nawet kilka razy i było naprawdę cudownie. Och, jaki on jest boski! — Marta skierowała wzrok na sufit, przybierając wyraz twarzy pełen tęsknoty i rozmarzenia.

— Chyba będziemy musieli złożyć zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa — ojciec zwrócił się do policjanta. — Ona ma dopiero czternaście lat, nawet jeszcze nie skończone. Nikomu nie wolno jej…

— I co wam z tego przyjdzie!? I tak go nie znajdziecie! Ja go na pewno nie sypnę! Zresztą… — Marta nagle posmutniała i spuściła wzrok. — Zresztą i tak nie znam jego nazwiska ani adresu. Ale on na pewno po mnie przyjdzie! Wszystko zaplanuje tak, żeby nikt nas nie wytropił! On jest genialny!

— Dość tego! — przerwał jej ojciec. — O reszcie pogadamy w domu. Zbieraj się! Gdzie masz swój szkolny plecak?

Marta rozejrzała się bezradnie dookoła. W tej chwili nie była w stanie sobie przypomnieć, gdzie miała go ostatni raz. Czy w autobusie, z którego zgarnęła ją policja? Czy tutaj, na komisariacie, zanim zamknęli ją na dołku. Nie, tu raczej już nie. Psy zadbałyby, żeby wrócił do domu razem z nią.

— Chyba zostawiłam go u Arka — odpowiedziała lekceważąco. — To nic. Przynajmniej będzie miał powód, żeby mnie jeszcze raz odwiedzić. Chociaż bez tego na pewno też by przyszedł. On jest fantastyczny, mówię wam.

— Z czym jutro pójdziesz do szkoły? — zapytał ojciec.

— Nieważne. Jakoś sobie poradzę. Szkoła wcale nie jest najważniejsza. To tylko wam się tak wydaje. Ja właściwie wcale mogłabym nie chodzić do szkoły. Tam jest nudno.

— O tym porozmawiamy w domu. Chodź. Czy musimy jeszcze coś podpisać? — To pytanie było skierowane do funkcjonariusza, który przyprowadził Martę.

— Protokół odebrania dziecka z posterunku. Jest przygotowany na portierni.

— Jakiego znów dziecka!? — zaprotestowała Marta. — Ludzie, ogarnijcie się! Ja już jestem dorosła! Wiek nic nie znaczy!

— Za dużo pyskujesz — zgromił ją ojciec. — To ten Arek cię tego nauczył? Do tej pory taka nie byłaś. Ja i mama nie poznajemy cię.

Podpisał stosowny dokument. Nie zwracał uwagi na odpowiedź Marty w kółko zapewniającej o swojej dorosłości. Ujął córkę za rękę, pomimo jej sprzeciwów, i we trójkę udali się do zaparkowanego przed komisariatem Fiata punto. W porównaniu z Lexusem Arka ten samochód wydał się Marcie strasznie ciasny, przestarzały i pospolity. Nie omieszkała wyrazić tego głośno, nazywając go gratem. Oboje rodzice zignorowali to. Atmosfera w aucie była napięta. Ojciec najwyraźniej nie chciał stracić panowania nad sobą, gdy trzymał kierownicę w rękach, a matka była tak zszokowana zmianą, jaka w ciągu zaledwie jednej doby dokonała się w jej córce, że nie potrafiła wydobyć z siebie głosu.

Zapowiadana przez ojca długa rozmowa na temat tego, co się wydarzyło, nie doszła do skutku. Marta po wejściu do domu natychmiast zamknęła się w swoim pokoju i nie reagowała na żadne żądania ani prośby ze strony rodziców. Pierwsze, co rzuciło jej się w oczy, to miś leżący na łóżku tak, jak go zostawiła wczoraj rano, wychodząc do szkoły. Otworzyła szeroko okno, chwyciła pluszaka za ucho i wyrzuciła na podwórko.

— Nie będziesz mi już potrzebny! — zawołała ze złością. — Od wczoraj mam lepsze towarzystwo do zwierzeń.

Zaczęła rozglądać się za swoim smartfonem. No tak, miała go w plecaku. Nic nie szkodzi. Na pewno jest w dobrych, to znaczy w Arka rękach. Kto wie, może jeszcze dziś uda się jej wymknąć z tej klatki i spotkać z nim. Wtedy nie tylko odzyska swoją własność, ale przeżyje kolejne cudowne chwile. Na samą myśl o tym poczuła, jak robi jej się wilgotno między nogami. Podjęła kilka prób wymknięcia się niepostrzeżenie z domu. Rodzice byli jednak czujni. Zdesperowana ponownie otworzyła okno. Zauważyła, że misia nie ma już na trawniku przed blokiem. Pal go licho. Pewnie jakiś gówniarz się nim teraz bawi. Najgorsze, że od okna do tego trawnika jest tak daleko. Cholerne czwarte piętro! Czy starzy nie mogli poszukać mieszkania gdzieś niżej!? Nie była na tyle odważna, żeby zaryzykować skok z tej wysokości.

Po kilku godzinach zrezygnowała z zamiaru wydostania się z mieszkania. Zrobiło się późno. Arek już na pewno na nią nie czeka. Szkoda, że nie ma jak go powiadomić, że dziś nie da rady dotrzeć. Żeby nie siedzieć bezczynnie, wyciągnęła z szafy wszystkie pary spodni, jakie miała. Wyjęła z szuflady biurka nożyczki i powycinała okazałe dziury na kolanach. Koniec z tą ugrzecznioną odzieżą. Wiele jej koleżanek nosi takie już od dawna. Teraz ona też dołączy do tej awangardy nowego stylu.

Nazajutrz mama wręczyła jej reklamówkę, w której było kilka zeszytów, długopis i dwie kanapki na drugie śniadanie. Właściwie, to miało być pierwsze, bo w domu Marta niczego nie tknęła. Rodzice przeliczyli się, sądząc, że głód skłoni ich córkę do podjęcia rzeczowej rozmowy.

— Masz przynajmniej tyle, żebyś miała na czym pisać na lekcjach. — powiedziała, siląc się na spokój. Zignorowała wygląd dżinsów Marty. Uznała, że w porównaniu z tym, co wydarzyło się wczoraj, dziury na kolanach to najmniejszy problem. — Acha, — dodała przed wyprawieniem jej do szkoły. — Włożyłam ci też kartkę z usprawiedliwieniem wczorajszej nieobecności. Pokaż ją wychowawczyni, najlepiej jeszcze przed pierwszą lekcją.

Marta, nic nie odpowiedziawszy, wyszła z domu. Na ulicy zajrzała do reklamówki. Wyjęła kartkę zapisaną starannym maminym pismem. Podarła ją, nie czytając, i wrzuciła strzępy papieru do najbliższego kosza.

Po przyjściu do szkoły pierwsze kroki skierowała do pokoju nauczycielskiego, gdzie, zgodnie z oczekiwaniem, zastała swoją wychowawczynię, panią Brzozowską, polonistkę.

— Proszę pani — zaczęła tonem pewnym siebie i pozbawionym wszelkiej skruchy — wczoraj nie było mnie w szkole, dlatego że przedwczoraj upiłam się za mocno i musiałam wyleczyć kaca. W dodatku nie mam dziś żadnych podręczników, bo po pijanemu zgubiłam gdzieś plecak ze wszystkimi szkolnymi rzeczami. Ale to nie problem. I tak nie zamierzam od tej pory przejmować się nauką. To zajęcie dla frajerów. Ja od dziś zamierzam…

— Marta! Co ty wygadujesz!? — przerwała jej nauczycielka. Zlustrowała wzrokiem uczennicę od góry do dołu. Nieuczesane włosy, spodnie z dziurami na kolanach, wyzywające, wręcz agresywne spojrzenie. To zupełnie nie pasowało do tej skromnej dotychczas, nieco wycofanej dziewczyny, która może nie uczyła się najlepiej, ale nie sprawiała żadnych kłopotów wychowawczych. — Mam wrażenie, jakbyś właśnie teraz była pijana i plotła od rzeczy. Co się z tobą dzieje?

— A co? Wolałaby pani jakieś grzeczne kłamstwo w stylu „bolał mnie brzuch”, albo coś podobnego? Stara napisała mi nawet jakieś usprawiedliwienie, ale wywaliłam je. Podobno zawsze trzeba mówić prawdę. Tak nas uczycie, co nie?

W tym momencie rozległ się dzwonek na pierwszą lekcję.

— Będę musiała porozmawiać o tym z twoją mamą — zakończyła rozmowę wychowawczyni. Teraz idź na lekcję. W czasie przerwy wybierz się do pani psycholog. Wydaje mi się, że potrzebujesz jej pomocy.

— E tam, będzie mi truła jakieś dyrdymały. Żadnej pomocy nie potrzebuję. Wydoroślałam przez ten jeden dzień, i zmądrzałam.

Marta odwróciła się na pięcie i pobiegła w kierunku sali lekcyjnej, w której jej klasa zaczynała właśnie zajęcia z matematyki.

Do szkolnej psycholożki oczywiście nie poszła. Przesiedziała sześć godzin lekcyjnych jak na szpilkach. Niczego nie zapisywała. W ogóle nie wyjęła z torby żadnego z zeszytów spakowanych jej przez mamę. Na pytania nauczycieli odpowiadała z rozbrajającą szczerością, mówiąc to samo, co wychowawczyni przed lekcjami i wprawiając tym zacnych pedagogów w skrajne osłupienie.

Po ostatniej lekcji wypadła ze szkoły jak pocisk wystrzelony z wyrzutni rakietowej. Biegła tak długo, aż w końcu dostała zadyszki. Na skrzyżowaniu Parkowej i Szerokiej nikt na nią nie czekał. Zatrzymała się, pokręciła trochę niepewnie po okolicy. Wreszcie udała się w stronę parkingu, z którego przedwczoraj wyruszyła na swoją największą przygodę w życiu. Nie było tam srebrzystego Lexusa ani Saaba, ani nawet małolitrażowego Suzuki. Pokręciła się przez chwilę. Wróciła na skrzyżowanie. Nic. Może przyjechał na inny parking, pomyślała. Zaczęła się intensywnie zastanawiać, gdzie w najbliższej okolicy znajdują się miejsca wyznaczone do dłuższego postoju samochodów. Były chyba jeszcze dwa. Odwiedziła je, ale tam również nie zastała Arka ani jego luksusowego wozu. Wreszcie przynaglona ssaniem w żołądku i ogólnym zmęczeniem powlokła się w stronę domu.

— Dlaczego nie dałaś wychowawczyni usprawiedliwienia, które ci napisałam? — przywitała ją mama surowym pytaniem. — Dzwoniła do mnie i skarżyła się, że naopowiadałaś jej strasznych bzdur. Dlaczego to robisz?

— Podobno nie wolno kłamać. Tak mnie zawsze uczyliście. A jak raz w końcu powiedziałam prawdę, to się okazuje, że to straszne bzdury. To jak? Mówić prawdę czy nie? Zdecydujcie się.

— Dlaczego na własne życzenie pchasz się w takie kłopoty? Co się z tobą dzieje? Wczoraj nie chciałaś z nami rozmawiać. Może dzisiaj wreszcie coś mi albo tacie wytłumaczysz?

— Nie zamierzam niczego tłumaczyć. Mówiłam już. Stałam się dorosła przez ten jeden dzień. Spotkałam fantastycznego chłopaka i on przekonał mnie, żeby wreszcie przestać godzić się na bycie zabawką w rękach zgredów i belfrów, i zacząć być sobą. I tak właśnie zamierzam. Dlatego powycinałam sobie spodnie. To jest teraz na topie. Chodzenie do szkoły w spódniczkach jest dobre dla dzidzi.

— Spodnie jeszcze mogę przeboleć, chociaż nie ukrywam, że szkoda mi, że tak je potraktowałaś. Ale powiedz mi jedno. Czy twoim zdaniem upicie się i przespanie z chłopakiem to są oznaki dorosłości? Jeśli tak uważasz, to od razu ci mówię, że grubo się mylisz.

— A co niby jest oznaką dorosłości? Przecież wyganialiście mnie zawsze z dużego pokoju, jak tata stawiał wódkę jakimś gościom, bo dziecko nie powinno widzieć. Dorośli mogą, a dziecko nie. Z seksem jest tak samo. Wy robicie to codziennie. Przecież nie zaprzeczysz. Inaczej mnie nie byłoby na świecie. A ja mam cioty już od półtora roku, więc też mi wolno. Właśnie wczoraj przekonałam się, jakie to fantastyczne.

— Marta, dorosłość to przede wszystkim odpowiedzialność, zdolność do przewidywania konsekwencji swoich czynów. Czy przedwczoraj, pijąc wódkę i idąc do łóżka z tym chłopakiem, pomyślałaś chociaż przez chwilę o konsekwencjach?

— O odpowiedzialności nasłuchałam się już mnóstwo razy, zawsze było to związane ze szkołą i stopniami. A mówiliście wtedy do mnie „dziecko”. Czyli ta odpowiedzialność to wcale nie jest cecha dorosłych. A wódka i seks są. Dlatego ja wolę być dorosła naprawdę, a nie tylko w gadce.

— Wiesz, że według prawa w twoim wieku nie wolno ci uprawiać seksu ani pić alkoholu. Ten chłopak popełnił przestępstwo i zapewniam cię, że zrobimy z tatą wszystko, żeby spotkała go za to zasłużona kara.

— Dlatego nic wam o nim nie powiem. Ja też zrobię wszystko, żebyście nigdy się nie dowiedzieli, jak się nazywa ani gdzie mieszka. A teraz daj mi spokój. Jestem głodna i mam już dość tego próżnego gadania. Wy wiecie swoje, a ja swoje. Możecie mnie wyrzucić z domu, jak wam coś nie pasi. Arek ma tak duży dom, że na pewno się tam zmieszczę.

— Czy Arek jest właścicielem tego dużego domu? Czy to on decyduje, kto w nim mieszka? Ile on właściwie ma lat?

— Za dużo byś chciała wiedzieć. Nie powiem nic więcej o Arku. Ale on da sobie radę ze swoimi starymi. On ich sobie wychował.

— Nie gadaj głupot. Żaden dorosły nie zgodzi się na przebywanie w jego domu obcej osoby, w dodatku nieletniej. Ten cały Arek musiałby cię trzymać chyba w szafie albo w piwnicy. Poza tym, nikt cię nie zamierza stąd wyrzucać, ale zapamiętaj sobie: dopóki jesteś pod naszą opieką, to obowiązują cię nasze zasady.

— Właśnie zamierzam je olać. I co mi zrobicie, jak nie macie zamiaru mnie wyrzucić? Zmusicie siłą do ich przestrzegania? Chcecie dorobić się niebieskiej karty?

— Idź już lepiej do siebie. — Mama z rezygnacją machnęła ręką. — Za chwilę zawołam cię na obiad. Acha — dodała, gdy Marta otwierała już drzwi swojego pokoju. — twój plecak się znalazł. Ktoś podrzucił go w bramie przy skrzynce na listy. Sąsiadka spod piątki go przyniosła.

— Kiedy? — zaciekawiła się Marta, zatrzymując się przy wpół otwartych drzwiach.

— Jakieś dwie godziny temu. A dlaczego pytasz?

— Nieważne. — Marta zniknęła za drzwiami.

W pokoju padła na łóżko i zaniosła się płaczem. A więc Arek tu był. Znał dokładnie jej adres. Dlaczego nie zaczekał? Dlaczego nie zabrał jej ponownie w cudowną podróż do szczytów nieba? Tylko podrzucił tornister, jak jakiś tchórz i uciekł. Tego się po nim nie spodziewała. Może mu się bardzo śpieszyło? Może jego ojciec miał wrócić dziś znacznie szybciej i musiał na czas odstawić Lexusa do garażu? Z drugiej strony, skoro to wszystko, co mówił wczoraj tata na komendzie o popełnionym przez niego przestępstwie, a mama przed chwilą to potwierdziła, to normalne, że wolał się nie ujawniać.

Jednej myśli absolutnie nie chciała do siebie dopuścić, chociaż czaiła się gdzieś na dnie mózgu i próbowała wśliznąć się niepostrzeżenie do jej świadomości: że Arek ją wystawił. Pozbył się tego, co należało do niej i więcej się nie pojawi. To nie mogło być prawdą. Przecież był taki cudowny. Tak wspaniale się razem bawili. Nie, na pewno jeszcze po nią przyjdzie. Znów będą razem i zaszaleją jak prawdziwi dorośli. Tak bardzo chciała w to wierzyć.

Następnego dnia Arek znów nie pojawił się ani w okolicach szkoły, ani jej domu, ani na wiadomym parkingu. Najgorsze dla Marty było to, że nie miała żadnej możliwości skontaktować się z nim. Kiedy się rozstawali, byli oboje zbyt pijani, żeby zadbać o taki drobiazg jak wymiana numerów telefonów czy adresów mailowych. Przeskrolowała wszystkie wpisy na Tik Toku z nadzieją, że natrafi gdzieś na jego zdjęcie. Nie znalazła. Postanowiła sama zamieścić wpis z apelem do niego, żeby się odezwał. Zapewniła, że za nim tęskni. Postawiła przy każdym zdaniu dziesięć wykrzykników. Cały wpis ozdobiła kilkunastoma serduszkami.

Godzinę później sprawdziła, czy nie ma jakiejś odpowiedzi. Pusto. Po dwóch godzinach. Pusto. Po trzech. Ktoś opatrzył jej wpis wulgarnym komentarzem. To na pewno nie był on. Tuż przed pójściem spać zajrzała jeszcze raz. Nic. Następnego dnia z rana. Zero reakcji. Po lekcjach znów czekała przez godzinę na skrzyżowaniu Parkowej i Szerokiej. Sprawdziła też trzy okoliczne parkingi. Bez rezultatu. Kilkakrotnie zaglądała na swój wpis na Tik Toku. Kilka kolejnych komentarzy, żeby olać gościa i wybić klina klinem. Niektórzy bez żenady oferowali samych siebie w charakterze owego klina. Od Arka żadnej odpowiedzi. Ponowiła swój wpis. Z coraz większą częstotliwością sprawdzała jego status. Żadnej reakcji ze strony Arka. Gdyby wiedziała, jakim nickiem się posługuje!

Kolejny dzień to była sobota. Wtedy postanowiła poszukać go w jego własnej okolicy. Wyszła z domu zaraz po śniadaniu. Rodzicom niczego już nie tłumaczyła. Od początku przyjęła taktykę, że nie będzie usprawiedliwiała swoich późnych powrotów ze szkoły ani w ogóle rozmawiała na jakikolwiek temat. Niech ją karmią i zapewniają jej miejsce do spania. To ich psi obowiązek. Jak nie zechcą, to niech ją skierują do jakiejkolwiek placówki. Jej jest wszystko jedno. Byle tylko Arek się w końcu odezwał.

Przestudiowała na Google Maps wszystkie te rejony swojego miasta, w których mogły mieścić się luksusowe wille, takie jak ta, w której pamiętnego dnia spędziła tak urocze popołudnie. Wybrała wersję satelitarną z nadzieją, że rozpozna gdzieś posesję Arka. Obrazki były jednak zbyt małe. Nic nie udało jej się z nich wyczytać.

Poszła najpierw na parking, z którego wtedy odjechali Lexusem. Próbowała sobie przypomnieć przebytą wtedy trasę. Najpierw jechali prosto Szeroką. Później skręcili w lewo. Tylko w którą przecznicę? Pierwszą? Drugą? A może trzecią? Pożałowała, że tak słabo zna swoje miasto. No cóż. Była do tej pory posłuszną córeczką, nie oddalającą się zbytnio od domu. Jeśli, to w towarzystwie rodziców, a wtedy oni troszczyli się o to, żeby dotrzeć we właściwe miejsce.

Po trzech godzinach błądzenia bez celu zwróciła na nią uwagę grupka chłopaków siedzących na ławce na skwerku, który właśnie mijała. Była już tak daleko od domu, tyle razy skręcała w prawo i lewo, że w tej chwili nie bardzo potrafiłaby samodzielnie wrócić.

Byli mniej więcej w wieku Arka, ale nie prezentowali tej klasy, co on. Ubrani w tanie ciuchy, z nieumytymi włosami siedzieli w czwórkę na krawędzi oparcia ławki, a nogi trzymali na siedzisku. Palili zwykłe papierosy. Dookoła ławki walało się kilka pustych puszek po piwie, a oprócz tego każdy z nich trzymał w ręku jedną jeszcze nie opróżnioną.

— Hej młoda! — zawołał jeden z nich, wysoki brunet w koszulce z logo miejscowego klubu piłkarskiego i mocno wytartych dżinsach. — Co tak chodzisz tam i z powrotem z miną, jakby ci starzy wykorkowali? Chodź, zabawisz się z nami.

Już miała odpowiedzieć tak, żeby poszło im w pięty, gdy nagle oświeciła ją myśl, którą do tej pory starała się ze wszystkich sił odpychać. Arek nie dał znaku życia przez cały tydzień. Najprawdopodobniej o niej zapomniał. Podrzucenie plecaka było tylko takim przejawem resztek uczciwości z jego strony. Może więc nie powinna szukać go na złamanie karku? Może te komentarze o klinie, które przedwczoraj ze złością usuwała ze swojego wpisu na Tik Toku, nie były wcale takie głupie?

Podeszła do grupki blokersów. Wyprostowała się i starannie usunęła ze swojej twarzy resztki smutku.

— Cześć, chłopaki. Jestem Marta — zawołała z szerokim uśmiechem, wyciągając rękę w kierunku bruneta, który pierwszy się do niej odezwał. — Wcale nie jestem struta. Trochę tylko zła na siebie, bo wybrałam się na spacer i zabłądziłam, a komóra mi padła i nie mogę sobie GPS-u włączyć. Ale właściwie, to nie śpieszy mi się na chatę. Dacie się napić?

Nieco przygruby blondyn siedzący obok bruneta w kibolskiej koszulce, sam ubrany w popielatą bluzę dresową i czarne spodnie do skatingu, sięgnął po stojącą przy jego nodze nienapoczętą jeszcze puszkę „tyskiego” i podał Marcie. Upiła spory łyk.

— Dobre — pochwaliła, chociaż grymas na jej twarzy mówił coś wręcz przeciwnego. Przemogła się jednak i ponownie przyłożyła puszkę do ust.

— Jak nie możesz trafić do chaty, to chodź do mnie — zaproponował trzeci z towarzystwa, niski wzrostem, ale solidnie umięśniony. Z wyraźnie widocznego kilkudniowego zarostu na jego twarzy można było wywnioskować, że jest najstarszy w tej grupie. Pozostali mieli nieśmiałe zaczątki wąsów pod nosami. — Doładujesz sobie fona, napijesz się czegoś, posłuchamy muzy. Do domu zawsze zdążysz wrócić. Dzień długi.

Marta nie zastanawiała się zbytnio. Zaproszenie skierowane do niej przez tego obcego chłopaka pachniało kolejną przygodą.

— Okej — odpowiedziała ochoczo. — Daleko mieszkasz?

— O tu — atletyczny właściciel niechlujnego zarostu odwrócił się i wskazał ręką blok za swoimi plecami — na trzecim piętrze. To okno na wprost ciebie to właśnie mój pokój. To co, chłopaki, idziemy całą paczką? — zwrócił się do pozostałych kolegów. — Pora się zabawić.

Marta nie zwróciła uwagi, że żaden z czwórki nowych znajomych nie przedstawił się jej z imienia, mimo że ona zrobiła to na samym początku. Podniecenie, jakie stało się jej udziałem na myśl o nowej przygodzie, przyćmiło zupełnie resztki rozwagi, jeśli takowe w ogóle tkwiły jeszcze w jej upojonej dorosłością głowie.

Mieszkanie atlety (tak nazwała w myślach chłopaka, który ją zaprosił) było zdecydowanie mniejsze niż jej rodziców. Typowa kawalerka z lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku. Jeden pokój o przyzwoitych wymiarach, drugi zupełnie mały, do tego ciasny przedpokój z osobnymi wejściami do łazienki i toalety, no i kuchnia, po której trudno było się poruszać.

Atleta zaprosił wszystkich do większego pokoju, w którym stała wersalka pamiętająca zapewne czasy, kiedy ten blok oddawano do użytku, oraz równie stary prostokątny stół z czterema krzesłami. Prostopadle do wersalki pod ścianą ustawiono oszkloną szafkę z półkami na książki i drugą całkowicie zakrytą, zapewne na ubrania. Naprzeciw wersalki wisiał na ścianie duży plazmowy telewizor, a pod nim, na małej komódce stał laptop, do którego podłączone były dwa głośniki. Kontrast w porównaniu z apartamentem, do którego na początku tygodnia wprowadził ją Arek, był uderzający. Nie zniechęciło jej to jednak do udziału w zapowiadającej się świetnie imprezie. Jest w tym świecie nowa. Nie może grymasić. Każde doświadczenie będzie niezwykle cenne. Im więcej i w krótszym czasie ich zbierze, tym lepiej.

— Rozgośćcie się. Starych nie będzie do późnego wieczora — rzucił niedbale atleta do całej czwórki. — Młoda daj tą swoją komórę, podładuję ci — zwrócił się do Marty.

Gdy telefon został podłączony do ładowarki, chłopak pełniący tu rolę gospodarza wyciągnął z najniższej półki szafki na książki butelkę taniej wódki i pięć kieliszków. Później podszedł do laptopa, pojeździł chwilę palcem po touchpadzie i z głośników popłynął ostry hip-hop z tekstami, od których uszy zwiędłyby nawet mało wymagającemu słuchaczowi.

Marta chłonęła te słowa jak gąbkę. Dla niej nie były to po prostu wulgaryzmy. To coś, co tchnęło świeżo nabytą wolnością. Odcinało ją od skostniałego, jej zdaniem, świata rodziców, nauczycieli i wszystkich dorosłych, z jakimi się do tej pory spotykała. Bez wahania pozwoliła nalać sobie wódki i wypiła pierwszy kieliszek jednym haustem. Niepomna na finał pierwszego swojego doświadczenia z alkoholem poprosiła o jeszcze. Nawet na tych wytrawnych, starych wygach, którzy z niejednego pieca chleb jedli, zrobiło to silne wrażenie.

„…że właśnie dziś straciłaś swe dzieciństwo”, ryczał na cały regulator głos nieznanego Marcie piosenkarza, a ona czuła, że te słowa kierowane są do niej, tyle że rozumiała je na wskroś pozytywnie. Niczego nie straciła. Pozbyła się dzieciństwa, a zyskała dorosłość. O to jej przecież cały czas chodziło. Tęsknotę za tym, nie za czym innym, szeptała wieczorami do ucha pluszowemu misiowi, nie zdając sobie sprawy, że kiedy to robi, utwierdza się w owym dzieciństwie tak bardzo znienawidzonym. Na szczęście z tym już koniec.

Później wszystko potoczyło się tak błyskawicznie, że Marta nie zdołała nawet zdać sobie sprawy, jak i kiedy znalazła się na rozłożonej wersalce, zupełnie pozbawiona odzieży, a chłopak nazywany przez nią atletą nachylał się nad nią, ciężko sapiąc. Nie było delikatnego gładzenia po różnych częściach ciała, tego subtelnego dotyku, który wtedy, u Arka, napawał ją taką rozkoszą. Nie było pocałunków, niczego z tej misternej gry wstępnej, przy pomocy której zaledwie przed pięcioma dniami jej pierwszy partner wprowadzał ją w arkana sztuki kochania.

Próbowała odepchnąć go, ale inny uczestnik tej biesiady przytrzymał jej ręce. Poczuła rozdzierający ból w kroczu. Szarpała się, wyrywała, nie jednak nie była w stanie zrobić. Później podchodzili do niej kolejno. Jeden zawsze trzymał za ręce, a inny gwałcił. Kiedy wreszcie wszyscy zaspokoili swoje pożądanie, nie miała w ogóle siły się ruszyć. Obróciła się tylko na bok, jęcząc przy tym z bólu. Tamta czwórka usiadła ponownie przy stole, a gospodarz otworzył kolejną butelkę wódki. Martę zupełnie zignorowali.

Podniosła się po kilkunastu minutach. Poszukała wzrokiem swojej odzieży i powoli, pokonując ból zaczęła się ubierać. Dopiero, gdy była już gotowa do wyjścia, atleta wstał od stołu, chwycił ją za ramiona i przyparł do ściany w przedpokoju.

— Tylko spróbuj pisnąć choć słówko o tym, co tu się działo! — wysyczał jej prosto do ucha. — Nigdy tu nie byłaś! Zapamiętaj sobie! Teraz spadaj! Jakby przyszło ci do głowy donieść komuś na nas, nie pożyjesz długo. Jest nas więcej niż tylko czterech. Dopadniemy cię. Będziesz wąchała kwiatki od spodu! To nie żarty!

Marta wybiegła na klatkę schodową i pchana przemożną siłą strachu popędziła w dół. Dopiero na ulicy zwolniła kroku. Niczego nie pragnęła w tej chwili bardziej, niż natychmiastowego znalezienia się we własnym domu. Ale w którą stronę iść? Jeszcze przed spotkaniem czterech bandziorów pogubiły jej się kierunki. Stanęła bezradnie na skrzyżowaniu dwóch ulic, nie mogąc wypatrzeć nigdzie tabliczek z ich nazwami.

— Co za pieprzone miasto! — zaklęła głośno, aż jakiś człowiek o siwych włosach krótko ostrzyżonych, nienagannie ubrany, obejrzał się na nią z niesmakiem.

Zaczęła szukać telefonu, żeby przy pomocy GPS-u znaleźć drogę do domu. Nie wymacała go w żadnej kieszeni. Został u tych zbirów. Za nic w świecie tam nie wróci. Lepiej już stracić wartą ponad tysiąc złotych komórę, niż ponownie spojrzeć w oczy potworom, którzy zgotowali jej taki koszmar.

Zdesperowana podeszła do kobiety w wieku jej babci i zapytała, jak dojść na ulicę Szeroką. Żadnego mężczyzny nie chciała pytać. Czuła teraz przemożny wstręt do wszystkiego, co nosi spodnie i ma zarost. Starsza pani pociągnęła nosem i przyjrzała się Marcie z dezaprobatą.

— Dziecko, jesteś pijana! — odezwała się szorstko. — Kto to słyszał!? W twoim wieku!? Gdzie są twoi rodzice!?

Na dźwięk słowa „dziecko” w Marcie zagotowały się wnętrzności. Nie mogła jednak pozwolić sobie na wybuch, jaki zapewne jeszcze parę godzin wcześniej ochoczo by zademonstrowała.

— Właśnie chcę do nich iść. Do swojego domu — powiedziała z płaczem — ale zgubiłam drogę. Proszę mi pomóc!

— Nic dziwnego, że zabłądziłaś. W tym stanie to zupełnie normalne — kobieta grymasem na twarzy ponownie dała wyraz temu, co myśli o pijanych nieletnich. — Idź tą ulicą prosto — wskazała ręką kierunek. — przy trzeciej przecznicy skręć w lewo. Szeroka będzie drugą przecznicą po prawej. Mam nadzieję, że nie zapomniałaś adresu i trafisz do swojego domu. W zasadzie, to powinnam odprowadzić cię na komisariat. Tam już by wiedzieli, jak bezpiecznie dostarczyć cię do domu. Ale śpieszę się, a poza tym nie mam zamiaru użerać się z pijanymi gówniarami. — Wzruszyła znacząco ramionami i poszła w swoją stronę.

Marta przez chwilę patrzyła za nią, zaciskając pięści z wściekłości. Co za wredna jędza! Kto dał jej prawo tak oceniać ją od pierwszego spojrzenia!? Ona jest teraz ofiarą! Została ciężko skrzywdzona! Potrzebuje pomocy, a nie osądu! Nie odezwała się jednak. Ruszyła w stronę wskazaną przez kobietę.

Po przeszło pół godzinie znalazła się przed bramą swojej kamienicy. Do mieszkania wśliznęła się niepostrzeżenie. Rodzice, którzy po wydarzeniach minionego tygodnia stracili zupełnie nadzieję na normalny kontakt ze swoją córką, przestali kontrolować jej wyjścia i powroty. Od czwartku nie zostawiali też dla niej gotowych posiłków.

— Jak jesteś taka dorosła, to sama zadbaj o swoje wyżywienie. — powiedziała jej w tym dniu mama, kiedy po powrocie ze szkoły opóźnionym o wędrówkę po okolicznych parkingach w poszukiwaniu Arka, zapytała o obiad. — Lodówka jest otwarta. Głodem cię nikt nie umorzy, ale obsługiwać kogoś, kto nie chce z nami rozmawiać też ja ani tata nie zamierzamy.

W tej chwili Marta, choć nie jadła nic od rana, nawet nie spojrzała na kuchnię. Weszła prosto do swojego pokoju i padła bezsilnie na łóżko. Miała przemożną ochotę wypłakać się w futro swojego niedawnego przyjaciela. Misia jednak na poduszce nie było. Może i lepiej. On i tak w niczym by jej teraz nie pomógł. Głupi, milczący pluszak! Poczuła się straszliwie samotna. Na ramieniu żadnego z rodziców też się nie wypłacze. Niedoczekanie ich! Otworzyła okno i postawiła jedną nogę na parapecie. Popatrzyła w dół. Ciekawe, jak długo spada się z czwartego piętra? Czy takie zderzenie z trawnikiem mocno boli, zanim zrobi się zupełnie ciemno? Czy to wystarczająco wysoko, żeby od razu było po wszystkim? A może się tylko połamie? Wtedy wszystko zrobiłoby się jeszcze bardziej porąbane. Spróbowała odbić się od podłogi i postawić drugą nogę obok pierwszej. Zachwiała się. Alkohol, którym częstowali ją blokersi, nie do końca się z niej ulotnił. Jeszcze raz popatrzyła w dół. Wyobraziła sobie siebie leżącą z rozrzuconymi rękoma i nogami na trawniku i wielką, purpurową kałużą wokół głowy. Zrobiło jej się niedobrze. Wróciła na łóżko i zaczęła ze złością uderzać pięściami o poduszkę. „Cholerny tchórz ze mnie”, pomyślała i z uczuciem odrazy splunęła na podłogę. Jak bardzo przydałby jej się teraz Arek. On na pewno wiedziałby, co należy zrobić. Był przecież taki pewny siebie, taki wyzwolony, taki dorosły. Nie ma go jednak przy niej. Wystawił ją i właśnie w tej chwili zdała sobie sprawę, że nieodwołalnie musi się z tym pogodzić, chociaż ta świadomość bolała o wiele bardziej niż brutalnie potraktowane przeszło godzinę wcześniej krocze. Pierwszy raz od spotkania z nim pomyślała, że go nienawidzi. Co by zrobiła, gdyby nagle, niespodziewanie pojawił się tu, obok niej? Naplułaby mu w twarz, czy przytuliła do niego całą sobą, szukając schronienia w jego ramionach? Obie te rzeczy wydały jej się jednakowo realne.

Długo toczyła wewnętrzną walkę z samą sobą. Duma i poczucie świeżo nabytej wolności zmagały się w jej umyśle i całej jej istocie, z przemożną potrzebą czyjejkolwiek bliskości i poczucia, że jest bezpieczna, tak bezpieczna jak przed tygodniem, zanim poznała Arka. Jeszcze dziś rano wyśmiałaby każdego, kto powiedziałby jej, ze zatęskni za tamtym życiem: nudnym, monotonnym, naznaczonym wyłącznie troską o stopnie w szkole. Zrobiło się zupełnie ciemno, kiedy wreszcie wstała z łóżka, wyszła ze swojego pokoju i drżącą ręką zapukała do drzwi, zza których dochodził odgłos grającego telewizora.

wtorek, 7 października 2025

Czarna owca II nagroda w konkursie WCS

 

Czarna owca

 

Mirek przewrócił się na drugi bok i przymknął powieki. Nie chciało mu się wstawać, mimo że słońce stało wysoko na niebie, a wiszący na przeciwległej ścianie zegar wskazywał godzinę, o której przyzwoici ludzie zwykle już zarabiają na chleb, oddają się życiowym pasjom albo pełnią zaszczytną służbę dla dobra innych. On miał opinię czarnej owcy w rodzinie, lenia i lekkoducha. Nie znosił natrętnych pytań zadawanych niezmiennie przy każdym spotkaniu przez szacowne grono rodowych seniorów, ingerujących, bezprawnie jego zdaniem, w jego świętą prywatność. Czy już gdzieś pracujesz? Kiedy się ożenisz? Co robiłeś wczoraj przez cały dzień? Itd., itp. Co ich to, do cholery jasnej, obchodzi!? Moje życie, moja sprawa. Ja ich o żadne duperele nie wypytuję.

Dzisiejsza niechęć do podniesienia się z posłania miała swoje źródło właśnie w tych powikłanych relacjach ze starszym pokoleniem. W tym dniu wypadała pięćdziesiąta rocznica ślubu jego babci i dziadka. Na imprezę organizowaną z tego tytułu zaproszono wszystkich krewnych, nawet różne dziesiąte wody po kisielu, które on, Mirek, będzie miał okazję pierwszy raz w życiu ujrzeć na oczy. Najchętniej wykręciłby się od udziału w tym rodzinnym spędzie, ale zdawał sobie sprawę, jakie to pociągnęłoby za sobą komentarze. Pewnie przez następnych parę lat wypominano by mu to karygodne zlekceważenie pary protoplastów rodu na każdym kroku.

Mógłby wprawdzie mieć w nosie, co o nim mówią, jednak tryb życia, jaki sobie obrał, wymagał stałego dopływu gotówki, niekoniecznie należnej i prawnie gwarantowanej. Dzisiejsi szacowni jubilaci, rodzice jego mamy, byli owej gotówki całkiem pokaźnym źródłem. Chociaż przy każdym spotkaniu nie szczędzili krytycznych uwag na temat jego sposobu prowadzenia się, to jednak wzruszeni jego narzekaniami na ciężki los zawsze wysupływali ze swoich portfeli a to pięćdziesiąt złotych, a to sto, czasem nawet dwieście. Lepiej nie ryzykować, że się obrażą.

Nie było to oczywiście jedyne źródło jego dochodów. Kilka lat temu ponarzekał trochę na bóle w różnych częściach ciała młodemu, niedoświadczonemu lekarzowi i dostał zaświadczenie o bardzo złym stanie zdrowia, a że bezrobocie było wtedy wysokie, wiec w ZUS-ie bez głębszych dociekań przyznano mu w oparciu o owe zaświadczenie dożywotnią rentę. Niską wprawdzie, bo staż składkowy miał prawdziwie mikroskopijny, ale jakaś podstawa zawsze była. W rodzinie, chociaż ogólnie nie lubiano Mirka, nikomu jakoś nie przeszkadzał ten sposób pozyskania stałych dochodów. Owszem, chwalono go nieraz za spryt i zaradność.

Uroczystość została zaplanowana na trzynastą. Najpierw obiad z deserem, później czas na tańce i śpiewy biesiadne. Mirek spojrzał na ścienny zegar. Zostało trzy i pół godziny. Trzeba się jakoś ogarnąć. Przecież nie zjawi się między gośćmi jak jakiś lump. Chociaż część rodziny uważa go właśnie za kogoś takiego, to on udowodni im, że jak trzeba, to potrafi się pokazać.

Ociężale zwlókł się z łóżka, poczłapał do łazienki, popatrzył w lustro. Obraz nędzy i rozpaczy – przetłuszczone włosy, pięciodniowy zarost, sińce pod oczami. Zaklął pod nosem, zrzucił z siebie piżamę i wszedł pod prysznic.

Pół godziny później, porządnie odświeżony zaczął przeglądać ubrania w szafie. Nie było tego zbyt wiele, a już nadających się na tak doniosłą uroczystość, to właściwie nie było wcale. Znalazł jedną koszulę jako tako spełniającą kryteria lokalnej elegancji. Wprawdzie wymagała gruntownego prasowania, ale to nie problem. Żelazko przecież ma. Za to na jedynych porządnych spodniach widniała wyraźna, dawno zaschnięta plama po czymś kolorowym. Szlag by trafił. Jeszcze raz spojrzał na zegar w sypialni. Czy zdąży kupić gdzieś nowe? Zajrzał do portfela. Na szczęście jeszcze nie rozeszło się wszystko, co  w zeszłym tygodniu dał mu zarobić jeden z kumpli. Trzy stówy powinny wystarczyć. Jak się dobrze pogłówkuje, to nawet ćwierć tego wystarczy. Ubrał się pośpiesznie w cokolwiek i poszedł do najbliższego lumpeksu.

Miał szczęście, akurat była nowa dostawa. Znalazł przyzwoicie wyglądające spodnie garniturowe, zapłacił trzydzieści złotych i w pełni zadowolony wrócił do domu.

Kwadrans przed pierwszą po południu stanął z zaproszeniem w jednej ręce i bukietem kwiatów w drugiej przed drzwiami restauracji, w której miała się odbyć jubileuszowa uroczystość. Ku jego zdumieniu lokal był zupełnie pusty. Czyżby coś mu się pomyliło? Zaczął starannie oglądać zaproszenie. Wszystko się zgadza: godzina, nazwa lokalu, adres. Co, u licha, się stało!? Niepewnie pchnął drzwi i wszedł do środka.

— Pan na przyjęcie państwa Markowskich? — zapytał siedzący przy bufecie kelner. — Zostało odwołane. Niemal w ostatniej chwili. Jakiś wypadek się zdarzył, czy coś takiego. Nikt pana nie zawiadomił? Dla nas to był wielki kłopot. Wszystko już było…

Mirek nie słuchał dalej. Wybiegł z restauracji. Na ulicy sięgnął po telefon. No tak, wczoraj przed pójściem spać wyciszył aparat, żeby nikt mu nie przeszkadzał. Dziś rano zapomniał włączyć dzwonek. Dziesięć nieodebranych połączeń, wszystkie od rodziców. Dzwonili na zmianę. Bez zastanowienia oddzwanił do ojca.

— Nareszcie dajesz jakiś znak życia — odezwał się w słuchawce poirytowany głos. — Dziadek miał z rana wylew, leży na OIOM-ie. Babcia tak to przeżyła, że przed godziną ją też zabrało pogotowie. Stan jest podobno ciężki. Lekarz powiedział…

— W którym szpitalu leżą!? — przerwał ojcu Mirek.

— W tej chwili nie masz po co przyjeżdżać. Tylko byś przeszkadzał. Z babcią i dziadkiem i tak nie ma kontaktu. Ciocia Basia z wujkiem Antkiem i ja z mamą siedzimy na miejscu od trzech godzin. Czekamy na jakieś konkrety. Zadzwonię jak będziemy coś wiedzieli.

— Dlaczego nie chcesz, żebym do was dołączył!? — Mirek poczuł, że wzbiera w nim złość.

— Nie wydaje mi się wskazane, żeby robić tu zbiegowisko. Nasza czwórka, to i tak bardzo dużo. Zaczekaj…

— Chcę tam być! — Mirek krzyknął do słuchawki. — Gadaj, do cholery, który to szpital!?

— Nie bądź taki w gorącej wodzie kąpany. Jak chcieliśmy cię o wszystkim zawiadomić, to cię nie było. Teraz nagle poczułeś się kochającym wnuczkiem. Czy przynajmniej jesteś trzeźwy? Pijanych na oddział nie wpuszczają.

— Miałem wyłączony dzwonek w telefonie. A co do trzeźwości to tak, nie wypiłem dziś ani kropli. Ale teraz mam ochotę urżnąć się w trupa, jak mi nie powiesz, gdzie oni leżą. Tato, proszę cię. Chcę być przy nich tak samo jak ty i ciocia.

Gdy w końcu usłyszał nazwę szpitala i oddziału, natychmiast wsiadł w pierwszy tramwaj jadący w tamtym kierunku i po kilkunastu minutach dotarł na miejsce. Dołączył do rodziców i wujostwa akurat w momencie, kiedy lekarz dyżurny z SOR-u wyłonił się zza dużych oszklonych drzwi i grobowym głosem oznajmił oczekującym ponurą nowinę. Babcia zmarła na zawał. Lekarze uczynili wszystko, co w ich mocy, ale nie byli w stanie jej pomóc. Dziadek ma duże szanse na przeżycie, ale będzie w znacznym stopniu sparaliżowany. Będzie wymagał stałej opieki. Przez całą dobę ktoś powinien przy nim czuwać. W szpitalu poleży jeszcze trzy dni, a potem zostanie wypisany. Czy rodzina jest gotowa na podjęcie się pieczy nad nim?

Ojciec i ciotka Basia spojrzeli po sobie. Oboje pracowali. Mieli rozmaite zobowiązania. Nie bardzo potrafili sobie wyobrazić nagłą zmianę trybu swojego życia.

— Ja zaopiekuje się dziadkiem — Mirek powiedział to tonem tak stanowczym i pewnym siebie, że wszyscy na moment zaniemówili z zaskoczenia.

— A dasz sobie radę? — wyraził powątpiewanie ojciec. — Wiesz chociaż, jak się pielęgnuje człowieka sparaliżowanego?

— Nauczę się. Ja… ja po prostu jestem mu to winien. — Głos się Mirkowi załamał, a w jego oczach pojawiły się łzy. Prędko otarł je rękawem i wyprostował się, opanowując wzruszenie. — Nie ma co gadać. We wtorek zabieram dziadka ze szpitala, wprowadzam się do niego i będę przy nim czuwał, w dzień i w nocy. Jak będę czegoś potrzebował to poproszę.

— A nie będziesz przypadkiem czasami sam potrzebował większej opieki niż dziadek? Wiesz, co mam na myśli — Zapytała z drwiącym uśmieszkiem ciotka Basia.

— Ciociu, daruj sobie. Wiem, że nie jestem święty, ale jak mówię, że się zaopiekuję dziadkiem, to mówię.

 

Minęło dziesięć lat. W tym czasie Mirek nie wziął do ust nawet jednej kropli piwa. Wyszkolił się w sztuce pielęgnacji lepiej od niejednego zawodowego pracownika służby zdrowia. Często zdarzały mu się chwile załamania, jednak wystarczyło jedno spojrzenie na wykrzywioną grymasem paraliżu twarz dziadka, a odzyskiwał siły. Rodzinie nie skarżył się nigdy. Na pytania, czy nie jest mu zbyt ciężko, odpowiadał, że sobie radzi. O pomoc prosił tylko wtedy, gdy było to rzeczywiście niezbędne, ze względu na dziadka, nie na niego.

Dziadek zmarł na kilka dni przed dziesiątą rocznicą swojego wylewu, w nocy, niepostrzeżenie, bezgłośnie. Mirek zastał jego sztywne ciało, gdy wstał, żeby przygotować mu śniadanie. Płakał przez dobrą godzinę, zanim się pozbierał i zawiadomił lekarza, żeby oficjalnie stwierdził zgon.

Na pogrzebie ciotka Basia podeszła do niego i objęła czule ramieniem.

— Dziękuję ci za te wszystkie lata opieki nad moim ojcem — powiedziała, smutno się uśmiechając. — Bez ciebie nie wiem, jak byśmy sobie poradzili. Wykazałeś się naprawdę wielkim samozaparciem. Wszyscy cię podziwiamy.

Mirek uwolnił się z jej objęcia.

— Eh, tam — machnął niedbale ręką. — Nie opiekowałem się cioci ojcem, tylko swoim dziadkiem. I… i to nie było żadne zaparcie. To… to była po prostu miłość.

Odwrócił się i szybkim krokiem oddalił z cmentarza. Nie chciał brać udziału w stypie. Nie teraz.

sobota, 14 grudnia 2024

Pasja odnaleziona

 

Pasja odnaleziona

 

Nie jest łatwo pogodzić się z odejściem w odstawkę, gdy ma się czterdzieści siedem lat. Dla wielu to najlepszy wiek na robienie kariery. Dyrektorskie i prezesowskie posady, fotele ministrów, szlify generalskie i inne atrybuty splendoru stoją otworem przed ludźmi w tym wieku. Inni, mniej władczo usposobieni, cieszą się wtedy szacunkiem wynikającym z doświadczenia, mają opinię ekspertów, ich zdanie jest poważnie brane pod uwagę przez młodszych kolegów.

Tymczasem, jeśli komuś akurat w takim momencie życia przytrafia się uszczerbek na zdrowiu, który czyni niemożliwym dalsze funkcjonowanie w dotychczasowym układzie, staje się podobny do świstka papieru przypadkowo zdmuchniętego z blatu biurka: raz spadł, to więcej nie wróci. Trafi do kosza na odpadki, stamtąd do kontenera, a później na wysypisko. Po sześćdziesiątce taki los jawi się jako w miarę normalny, chociaż też przez niektórych ciężko przeżywany. Ale czterdzieści siedem lat!?

Mnie właśnie to się przytrafiło i to dość nieoczekiwanie, chociaż z drugiej strony wiele już wcześniej wskazywało na to, że prędzej czy później mogłem się tego spodziewać.

Wzrok zawsze miałem kiepski i od dzieciństwa wiele rzeczy sprawiających radość moim rówieśnikom, jak na przykład jazda na rowerze, było dla mnie niedostępnych. Mimo tych kłopotów nauka szła mi dobrze, więc skończyłem studia i podjąłem pracę za biurkiem, sądząc, że bez żadnych przeszkód dane mi będzie doczekać tam wieku emerytalnego.

Życie miało jednak dla mnie inny scenariusz. Po czterdziestce wzrok stopniowo pogarszał się w sposób prawie niezauważalny, aż w końcu przestałem dawać sobie radę z dokumentami drukowanymi na sprzęcie z lat dziewięćdziesiątych, ustawianym zawsze z myślą o maksymalnej oszczędności atramentu.

Przejście na rentę inwalidzką było dla mnie szokiem. Nagle zaczęło brakować pieniędzy na dobra, które dotychczas znajdowały się w moim zasięgu i korzystanie z nich wydawało mi się absolutną oczywistością. Na przykład wychodzenie raz w miesiącu do kina lub teatru, wyjazdy na dwutygodniowe wakacje itp. Teraz trzeba było starannie oglądać każdy artykuł w sklepie i obliczać w myślach, czy po jego zakupie będzie za co żyć na krótko przed następną wypłatą świadczenia.

Pierwsze, co w takiej sytuacji przychodzi człowiekowi do głowy, to poszukać dodatkowego zajęcia i dorobić ten tysiąc albo dwa niezbędne do wyrównania dawnego poziomu życia. Szukałem długo. Podejmowałem próby przekwalifikowania się. Od czasu do czasu trafiały się dorywcze umowy zlecenia, prace zdalne na ćwierć etatu. Finansowo trochę to pomagało, jednak cały czas czułem w sobie jakiś niedosyt. Miałem wrażenie, że życie gdzieś mi ucieka i jak tak dalej pójdzie, w pewnym momencie będzie już za późno, żeby je dogonić.

Polski Związek Niewidomych, do którego wstąpienie zasugerował mi urzędnik z MOPS-u, wręczając orzeczenie o niepełnosprawności, miał dla mnie w ofercie różne szkolenia dedykowane osobom tracącym wzrok, dostarczył wiele szczegółowych informacji o ulgach i uprawnieniach przysługujących ludziom takim jak ja, ale pustki ogarniającej mnie od wewnątrz po wypadnięciu ze zwykłej aktywności zawodowej nie zdołał wypełnić.

Do czasu.

Po pięciu latach przynależności do Związku za pośrednictwem tej organizacji trafiło do moich rąk zawiadomienie, że Krajowe Centrum Kultury Niewidomych organizuje warsztaty twórcze w kategorii muzyki, plastyki i literatury. Do muzyki zawsze miałem „drewniane ucho”, z plastyki w szkolnych czasach też nigdy nie wychodziłem poza naciąganą tróję. Natomiast do pisania ciągnęło mnie od dawna. Przynajmniej w tym momencie, kiedy trzymałem w dłoni zawiadomienie o warsztatach, uświadomiłem sobie swoje liczne młodzieńcze próby wypowiadania się w tej formie kończące się niezmiennie rzucaniem w kąt rozpoczętych zapisków. Brakowało mi wiary, że ja – syn murarza – mogę zaistnieć jako pisarz. Jak śmiałbym stawiać siebie na równi z Sienkiewiczem, Prusem czy na przykład Hłaską!?

Gdy zaczęło się tak zwane „dorosłe życie”, porzuciłem wszelkie myślenie o literaturze. Nawet zapomniałem, że niegdyś chodziły mi po głowie takie pomysły. Teraz, gdy niespodziewanie pojawiła się szansa realizacji młodzieńczych marzeń, a ja nie miałem nic konkretnego do roboty, uznałem, że warto spróbować odnowić dawno zapomnianą pasję. Otworzyłem internetowy formularz zapisów na warsztaty i wypełniłem go.

Tak zaczęła się największa przygoda mojego życia – przygoda z literaturą. Zachęcony pierwszym sukcesem, jakim było wyróżnienie w konkursie, do udziału w którym zachęcił mnie prowadzący warsztaty, zacząłem pisać intensywnie i z zapałem. Tematy same cisnęły się do głowy. Trzeba było tylko przenieść je stamtąd na dysk komputera.

Po niespełna roku miałem już w ręku pierwszy zbiór opowiadań wydany w dwustu pięćdziesięciu egzemplarzach nakładem wydawnictwa prowadzonego przez dyrektora KCKN.

Dziś, po dwunastu latach od tamtych warsztatów, mam na swoim koncie pięć tomików zawierających łącznie blisko sto trzydzieści opowiadań i innych miniatur prozatorskich oraz dwie powieści, trzynaście nagród i wyróżnień w różnych konkursach. Wziąłem udział w kilkunastu spotkaniach autorskich na terenie całego kraju. Wszędzie byłem życzliwie przyjmowany przez grono czytelników.

Ta przygoda trwa cały czas. Wciąż przychodzą mi do głowy nowe pomysły. Kiedy siadam do komputera i otwieram nowy dokument w edytorze tekstu, wiem, że wkrótce powstanie coś, co prędzej czy później zaprowadzi czytelniczki i czytelników do baśniowej krainy niecodzienności, na spotkanie z innymi światami, które ja specjalnie dla nich stworzę.

Moim marzeniem jest, aby ta przygoda trwała do końca moich ziemskich dni. Nie wiem, ile jeszcze magicznych historii wyczaruje mój starzejący się mózg, ale mam nadzieję, że będzie ich co najmniej tyle, ile powstało do tej pory.

Nie martwię się już o wypełnienie pustki pozostałej po pracy zawodowej. Ona jest wypełniona w nadmiarze. A środki finansowe? No cóż, literatura więcej ich pochłania niż przynosi. Nauczyłem się żyć oszczędnie, a okoliczności tak się układają, że tego, co niezbędne, mi nie brakuje. Najważniejsze, że mam pasję, która nadaje sens przedwcześnie rozpoczętej jesieni mojego życia.