czwartek, 28 listopada 2019


 

Patchwork


Dziesięcioletni Wiktor wrócił ze szkoły w złym humorze. Nie przywitał się z mamą, nie zapytał o obiad, tylko wszedł do swojego pokoju, cisnął tornister pod biurko i położył się na łóżku, przyciskając twarz do poduszki i dyskretnie pociągając nosem. Mamę zaniepokoiło to niecodzienne zachowanie syna. Wiktor był raczej chłopcem wesołym, skłonnym bardziej do zabawy niż do płaczu. Weszła po cichu do jego pokoju i stanęła przy łóżku. Nie podniósł się. Leżał z twarzą wtuloną w poduszkę i pochlipywał.
— Wiktorku, co ci jest, skarbie? – szepnęła, nachylając się i czule głaszcząc go po policzku. – Może jesteś chory? Czy coś cię boli?
Wiktor pokręcił głową. Najwyraźniej nie miał ochoty rozmawiać.
— Czy w szkole przydarzyło ci się coś przykrego? – Mama nie dawała za wygraną.
— Nie, wszystko w porządku – odpowiedział cicho chłopiec i jeszcze mocniej wtulił głowę w poduszkę.
— To dlaczego płaczesz? Coś jednak musiało się wydarzyć. Czy mogłabym ci jakoś pomóc?
— Nie wiem. – Wiktor pierwszy raz w czasie tej rozmowy uniósł głowę i popatrzył na mamę. – Ja… ja czuję się w szkole jakoś tak dziwnie.
— Dziwnie? Dlaczego? Czy koledzy ci z jakiegoś powodu dokuczają?
— Nie, nikt mi nie dokucza, ale jest mi między nimi jakoś nieswojo.
—  Z jakiego powodu? Powiedz, może znajdziemy razem jakieś rozwiązanie.
Wiktor przez chwilę milczał, jakby zastanawiał się, czy rzeczywiście powinien wyjawić mamie, co go gryzie. Wreszcie przełknął ślinę, usiadł na łóżku i posunął się nieco, robiąc mamie miejsce. Mama przysiadła obok niego i objęła go czule ramieniem. Syn przytulił się do niej, popatrzył w oczy i, westchnąwszy głęboko, jakby przełamywał ogromny wewnętrzny opór, zaczął mówić.
— Bo… bo… widzisz… wszyscy w mojej klasie mają już po dwóch albo nawet trzech tatusiów, a ja mam ciągle tego samego. To jakoś tak głupio. Dzisiaj Kuba przyszedł cały zadowolony i pochwalił się, że wczoraj poznał swojego trzeciego tatę i że on jest super. Wszyscy mu gratulowali. Wtedy pomyślałem sobie, kiedy ja będę się mógł pochwalić, że zmieniłem tatusia i zrobiło mi się strasznie smutno.
— Twój tatuś nie jest super? – przerwała mu mama.
— Jest w porządku, ale ciągle ten sam. W całej klasie tylko ja jeden tak mam. Chciałbym być taki jak inni.
— Czyli chcesz, żebyśmy ja i tata się rozstali i żebym przyprowadziła ci innego tatusia. Czy dobrze cię zrozumiałam.
Wiktor pokiwał głową.
— Byłoby fajnie – powiedział cicho, unikając wzroku matki.
— Ale mnie i tatusiowi jest ze sobą dobrze. Dlaczego mielibyśmy się rozstawać? Czy tylko dlatego, że rodzicom twoich kolegów coś się nie poukładało?
— Akurat! Wszystkim się nie poukładało? To po prostu jest teraz normalne, tylko ty i tata jesteście jacyś staroświeccy. A to naprawdę jest ekstra mieć dwóch tatusiów! Jeden zabierze do kina, drugi na basen. Jeden kupi czekoladę, drugi lody. Aśka to ma nawet brata, który jest synem jej drugiego tatusia i jego pierwszej żony, i jeszcze siostrę, którą jej pierwszy tatuś ma ze swoją drugą żoną. To się chyba nazywa „rodzina potworkowa”, czy jakoś tak.
— Patchworkowa – poprawiła go mama – to znaczy dosłownie „pozszywana z kawałków”. Naprawdę chciałbyś mieć taką „pozszywaną” rodzinę.? Trudno mi w to uwierzyć.
— Aśka jakoś nie narzeka. Lubi swojego przyszywanego brata i swoją przyszywaną siostrę. Całkiem fajnie się razem bawią.
Mama zamyśliła się. Nie brała w ogóle pod uwagę demontowania swojego udanego związku tylko dlatego, że dzieciakowi zachciało się mieć drugiego tatusia. Szukała intensywnie argumentów, które przekonałyby jej syna, że będzie najlepiej dla niego, jeśli ona i mąż pozostaną cały czas razem. Od młodości słyszała, że nie ma dla dziecka większej tragedii niż rozstanie rodziców. To, czego teraz dowiadywała się od swojej dziesięcioletniej latorośli, po prostu nie mieściło jej się w głowie. Zaczęła w myślach przyglądać się związkom wszystkich swoich znajomych: ze szkoły, ze studiów, z pracy, z sąsiedztwa. Który z nich trwał co najmniej tak długo jak jej i Artura? Po chwili uświadomiła sobie, że żaden. Najdłużej, bo już szósty rok, są ze sobą Danka i Michał, ale u nich coś już zaczyna trzeszczeć. Pewnie nie doczekają razem jedenastej rocznicy, którą ona z mężem świętowali przed dwoma miesiącami. Czyżby ten brzdąc miał rację, mówiąc, że są staroświeccy i że teraz na topie jest mieć kilku tatusiów i trochę przyszywanego rodzeństwa?
— Pomyśl tylko – powiedziała, starając się maksymalnie zapanować nad swoim głosem – zanim rodzice się rozejdą, zwykle najpierw się ze sobą kłócą. W domu robi się napięta atmosfera. Czy chciałbyś, żebym ja i tata…?
— Kuba mówił, że jego rodzice wcale się nie kłócili – przerwał jej Wiktor – nawet teraz ten pierwszy tata, kiedy go odwiedza, wita się z jego mamą jak dobry kumpel, ten drugi zresztą też. A ty z tatą też się czasem kłócisz. To co? Będę miał kiedyś drugiego tatusia?
Mamie opadły ręce. Czy jest jeszcze jakiś sposób, żeby przekonać syna, że jego życzenie jest bez sensu? Co zrobić, jeśli dłużej będzie się upierał przy swoim pomyśle?
— Porozmawiamy o tym później – powiedziała w końcu. – Teraz przestań płakać, odpocznij trochę i zabierz się do lekcji. To ci na pewno bardziej się przyda.
Pocałowała Wiktora w czoło i wyszła z jego pokoju.
Mąż wrócił z pracy nieco wcześniej niż zwykle. Był w doskonałym humorze. Szef obiecał mu pokaźną premię za uwieńczoną sukcesem realizację ostatniego projektu, a na dodatek znalazł w jednym z biur podróży okazyjną ofertę bardzo tanich wczasów na Balearach dla całej rodziny. Chciał jak najprędzej przekazać te dwie radosne nowiny swoim domownikom. Zdziwiła go nienaturalna rezerwa, z jaką został przywitany przez żonę.
— Czy coś się stało? – zapytał zaniepokojony.
— Chyba będziemy musieli porozmawiać – odpowiedziała poważnie żona. – i to w trójkę. Wiktor ma ci coś do powiedzenia.

poniedziałek, 18 czerwca 2018

Wznieśmy ten toast


Wznieśmy ten toast


Przetarł oczy, przeciągnął się kilka razy i z wysokości tapczanu rozejrzał się po pokoju. Było jeszcze niemal zupełnie ciemno. Za oknem ledwie majaczyły pierwsze, nieśmiałe oznaki budzącego się dnia. O tej porze roku oznaczało to, że jest najwyżej parę minut po szóstej. Za wcześnie, żeby wstawać.
Tak jakoś niesprawiedliwie działa ta nieszczęsna natura. Dawniej o tej właśnie godzinie budzik wyrywał go ze snu i kazał pośpiesznie szykować się do pracy. Wtedy czuł się niewyspany. Chętnie poleżałby jeszcze, poprzewracał z boku na bok, przysnął choć na chwilę i poczekał aż tykający w jego wnętrzu zegar biologiczny sam wskaże odpowiedni moment do zmiany pozycji z horyzontalnej na wertykalną i przynagli do rozpoczęcia życia na nowo. Wiedział jednak, że nie może sobie na to pozwolić. Lista obecności zniknie z portierni punktualnie o siódmej i pojawienie się przy bramie zakładu choćby parę minut później będzie oznaczało nieprzyjemną konieczność tłumaczenia się w dziale personalnym, utratę premii, a gdyby zdarzało się to częściej, mogło grozić nawet zastosowaniem złowrogiego artykułu 52. Takiego wstydu wolał nie doświadczać. Zwlekał siłą woli oporne ciało z łóżka, zmywał w łazience resztki snu z twarzy zimną wodą i w pośpiechu szykował się do pracy.
Tak to wyglądało przez przeszło trzydzieści lat. Trudnych lat, których wtedy miał szczerze dość. Zdarzało się, że nawet przeklinał w duchu takie parszywe życie. Dopiero od niedawna wspomina tamten czas z nostalgią. Był wtedy silny, sprawczy, wiele mógł i miał poczucie, że zawsze tak będzie. Teraz, kiedy nigdzie nie musi się śpieszyć, nie czekają go żadne obowiązki ani zadania, organizm sam domaga się wczesnego wstawania na nogi. Leżenie, które niegdyś było szczytem przyjemności, powoduje obecnie przykre uczucie bólu w kościach, drętwienie rąk, z którymi nie ma co zrobić. Każda pozycja staje się niewygodna, uwiera, przeszkadza.
Ktoś, kto napisał, że emerytura to najlepsza pora życia, bo pozwala dłużej sobie pospać, chyba nie miał pojęcia, o czym mówi. Dla niego ta pora życia nie była najlepsza. Uświadamiała mu, że wszystko, co miał do zrobienia jest już za nim, a w perspektywie jedynie nieuchronny kres egzystencji, którą to perspektywę starał się odsuwać jak najdalej od siebie. Tyle, że ona wciąż natrętnie dawała o sobie znać w każdym z trudem łapanym oddechu, każdym bolesnym ukłuciu w okolicach serca, każdym kroku, którego postawienie przynosiło nieznany wcześniej ból.
Podniósł się. Nasunął mocno zużyte filcowe kapcie na bose stopy i powoli, z właściwą swojemu wiekowi ociężałością zaczął iść w kierunku łazienki. Na tapczanie po drugiej stronie pokoju, leżała jego żona. Miarowy oddech wydobywający się z jej ust świadczył, że ciągle jeszcze jest pogrążona we śnie. Zwykle budziła się później od niego, jakby chciała nadrobić zaległości z czasu, kiedy zrywała się jeszcze przed dzwonkiem budzika, żeby przygotować mu kanapki na drugie śniadanie do pracy, a potem sama się szykowała do swojej. Pracowali w tym samym zakładzie, ale w biurowcu dzień roboczy zaczynał się pół godziny później niż na hali, więc zdążała wyprawić męża i zająć się sobą. To jednak były dawne dzieje. Obecnie to on przeważnie budził ją na śniadanie. Odwdzięczał się w ten sposób za to, że przez tyle lat z nim wytrzymała, chociaż nie był łatwy w pożyciu. Jak większość facetów z hali. Wypić lubił, awanturę o byle co potrafił zrobić, bywało, że i do rękoczynów się przymierzał. Ale krzywdy swojej Jadźce nigdy nie wyrządził. Kochał ją i do dziś to się nie zmieniło, mimo że od ładnych paru lat nie dzielili już małżeńskiego łoża. Żar dawnych namiętności wygasł, a im obojgu potrzebna była przede wszystkim wygoda, dużo przestrzeni pod kołdrą, bez narażania się na szturchanie i potrącenia, bez obawy, że jedno drugie obudzi, gdy zaistnieje potrzeba wstania w środku nocy.
W łazience z nostalgią popatrzył na mizerny obecnie i bezwładnie zwisający atrybut swojej męskości, który od jakiegoś czasu służył mu już wyłącznie do oddawania moczu. Były czasy, że tym niepozornym narządem, pracował równie intensywnie jak rękoma. Zaliczał nieraz nawet po dwie dziewczyny w jedną noc. Co tam mówić o nocy. Każda pora była dobra. W zawodówce, a potem w technikum miał opinię największego amanta, przed którym każda spódnica prędzej czy później opadnie. Dziś może sobie tylko to powspominać. Ustatkował się, kiedy poznał Jadźkę. Wprawdzie i wtedy nierzadko pęczniało mu w rozporku na widok zgrabnych nóg, ponętnych pośladków i kształtnych piersi, ale czuł, że byłoby to nie w porządku, gdyby bałamucił inne, wiedząc już, z kim zamierza związać się na stałe. Chociaż aniołkiem nie był, to swoje zasady miał.
„Cholera, dlaczego ta pogoda dziś taka fatalna?” Pochmurno, mokro i na dodatek wiatr dmucha, aż go słychać w szybie wentylacyjnym. W taką pogodę zwykle czuje się szczególnie kiepsko. Serce daje się wtedy mocno we znaki. Zaraz będzie musiał wziąć tabletkę.
Prawda, początek wiosny. W marcu taka aura to coś normalnego, Ale dlaczego akurat dzisiaj? Przecież dzisiaj powinien czuć się możliwie najlepiej. Na dwunastą w południe zostało zamówione uroczyste przyjęcie w restauracji przy Rynku z okazji ukończenia przez niego osiemdziesiątego roku życia. Długo oszczędzał pieniądze na tą okoliczność. Od trzydziestu lat nie świętował swoich urodzin. Po pięćdziesiątce wstyd było przyznać, że jest się już tak starym. Ale osiemdziesiąt lat to co innego. To już powód do dumy. Nie każdemu dane jest dożyć tylu krzyżyków.
Z trzydziestu zaproszonych gości połowa potwierdziła swoją obecność. Wśród nich zabrakło syna z synową i córki z zięciem. Obie latorośle wyjechały szukać szczęścia za granicą. Dawniej nawet kilka razy w roku przyjeżdżali do kraju i odwiedzali rodziców. Teraz nawet na święta nie zawsze się zjawiają. Niby powinni mieć więcej czasu. Swoje dzieci odchowali, w pracy mają ugruntowaną pozycję, łatwiej wtedy poprosić o parę dni wolnego. Widocznie jednak zasiedzieli się w swoich nowych gniazdach i ciężko im się z nich wyrwać.
Ciekawe, ilu gości przyjdzie naprawdę? Kiedy urządzał urodziny albo imieniny przed pięćdziesiątką, było ich zawsze pełno. Dawniej nie wynajmowało się restauracji na każdą okazję, dlatego takie przyjęcia dzieliło się na dwie, a nawet trzy tury, bo razem wszyscy by się w domu nie pomieścili. Większość tych dawnych stałych bywalców albo już nie żyje, albo jest tak schorowana, że z domu nie wychodzi. Z tej piętnastki, co zapowiedziała swoje przyjście, też każdy może nawet w ostatniej chwili źle się poczuć, zwłaszcza przy takiej pogodzie. Oby przyszło przynajmniej z dziesięciu.
Ubrał się bez zbędnego pośpiechu, żeby nie prowokować serca do nadmiernego wysiłku. W kuchni nastawił wodę na herbatę i zabrał się do przyrządzania śniadania dla siebie i Jadźki. Powinna się obudzić do czasu, kiedy wszystko będzie gotowe. Jeśli nie, to on podejdzie do jej tapczanu, pogłaszcze ją delikatnie po głowie, a gdy zobaczy, że otworzyła oczy, powie czule: „wstawaj skarbie, śniadanko czeka”. Zawsze mówił do niej „skarbie”, odkąd postanowili, że będą razem. Po imieniu zwracał się tylko wtedy, kiedy miał zły humor i zamierzał robić żonie wymówki z powodu jakiegoś uchybienia, prawdziwego albo wyimaginowanego.
Niecałą godzinę później siedzieli obok siebie przy niewielkim, kwadratowym stole w narożniku kuchni zajadając w milczeniu kromki chleba posmarowane cienko margaryną i obłożone liśćmi świeżej sałaty. Popijali to niesłodzoną herbatą. Nader skromne to było śniadanie. Wykosztowali się przecież na dzisiejszą uroczystość, ale i bez tego ich wspólne posiłki dalekie były od luksusu. Jadźka utrzymywała, że tak jest po prostu zdrowiej i można w ten sposób zapewnić sobie życie dłuższe i wolne od zawracania głowy lekarzom. Prawda była jednak taka, że ich emerytury nie przyprawiały o zawrót głowy. Na czymś trzeba było oszczędzać, a na jedzeniu jakoś przychodziło najłatwiej.
Mówić za wiele nie potrzebowali. Po tylu latach spędzonych razem wszystko staje się oczywiste bez zbędnych słów. Między jednym a drugim kęsem chleba wpatrywali się po prostu jedno drugiemu w oczy z czułością i samym tylko spojrzeniem dziękowali sobie nawzajem za te wszystkie lata, często burzliwe, w ciągu których nauczyli się każdą radość i smutek dzielić na dwa, nie liczyć przeprosin i wybaczeń, wychodzić sobie naprzeciw i w lot odgadywać swoje myśli.
On jednak dziś sięgał pamięcią dużo dalej, poza czas spędzony z żoną. Te osiemdziesiąt lat minęło, jakby się ledwie obejrzał. Świat był zupełnie inny, kiedy stawiał na nim swoje pierwsze kroki. To, co mógł teraz wydobyć z najgłębszych zakamarków mózgu to wspomnienie niewielkiego miasteczka gdzieś na Wschodzie. Jego nazwę wielokrotnie wpisywał w różnych dokumentach jako miejsce urodzenia, ale dla niego niewiele ona znaczyła. Nie był tam od czasu, gdy jako dziewięcioletni chłopak wyjechał razem z matką na ziemie zwane wtedy „Odzyskanymi”. Nazwa tej miejscowości nie brzmiała w jego uszach inaczej niż każda inna nazwa geograficzna umieszczona na mapie. Liczyły się tylko zachowane w pamięci obrazy. Niskie domy, częściowo murowane, częściowo drewniane, wąskie ulice wybrukowane kocimi łbami, po których przesuwały się furmanki zaprzężone w konie i od czasu do czasu jakiś motocykl albo czarny samochód, zazwyczaj z umundurowanymi też na czarno ludźmi w środku. Tacy ludzie w mundurach pojawiali się też nieraz pieszo na ulicach. Przeważnie parami. Mieli hełmy, broń na plecach i budzili powszechny strach.
Wtedy nie wiedział jeszcze, co to znaczy, że trwa wojna, chociaż słowo to bardzo często pojawiało się w rozmowach dorosłych, których strzępy mimowolnie do niego docierały. Przed zapadnięciem zmierzchu matka zaganiała go do domu tłumacząc, że zaraz będzie godzina policyjna. Nie rozumiał tego pojęcia, ale budziło ono w nim lęk taki sam, jak u wszystkich, którzy te dwa słowa wypowiadali, dlatego bez ociągania biegł w objęcia matki, gdzie czuł się zawsze bezpiecznie i dobrze.
Ojca nie poznał. Wyszedł na ową wojnę, o której tyle się wtedy mówiło, gdy on miał zaledwie roczek. Nigdy z niej nie wrócił. Aż do ich wyjazdu na Zachód matka codziennie wychodziła na stację przed każdym mającym przyjechać pociągiem w nadziei, że może jej mąż wysiądzie z któregoś wagonu, zobaczy ją, uściska na przywitanie i odtąd zawsze już będą razem. Wracała potem z zaczerwienionymi od płaczu oczyma i przez dłuższy czas nic nie mówiła. Nigdy nie dowiedziała się, kiedy i gdzie zginął, czy ma jakiś grób, czy ktoś kładzie na nim kwiaty. Gdy wiele lat później we Wrocławiu na Oporowie urządzono Cmentarz Żołnierzy Polskich, przyjeżdżała tam co roku na Wszystkich Świętych, w dniu urodzin i imienin ojca. Zatrzymywała się wtedy przed każdą płytą opatrzoną literami N. N., licząc na to, że pod jedną z nich spoczywają szczątki człowieka, którego kochała całym sercem i z którego utratą nigdy się nie pogodziła.
Towarzyszył jej w tych wyprawach, dopóki żyła. Później przyjeżdżał sam. Od paru lat jednak stwierdził, że nawet ta niecała godzina podróży do Wrocławia stanowi dla niego zbyt wielkie wyzwanie i zaniechał odwiedzania wojskowego cmentarza. Miał o to żal do siebie. Sądził, że ojcu musi być przykro, że nikt już o nim nie pamięta. Ale co zrobić? Starość nie radość. Na wiele rzeczy nie starcza sił i trzeba z tym jakoś żyć.
Życzliwi ludzie, zwłaszcza zaraz po wojnie, doradzali matce, żeby ponownie wyszła za mąż. Była przecież jeszcze dość młoda, ładna, należało się jej coś od życia. Do tego miała chłopaka na wychowaniu. „Będzie potrzebował męskiej ręki”, mówiono. Ona jednak nie słuchała tych rad. Nikt oficjalnie nie poinformował jej o śmierci męża, więc była mu wierna wbrew wszelkim zdroworozsądkowym argumentom. Syn cenił ją za to i był jej wdzięczny, że nie sprowadziła do domu kogoś, kogo musiałby nazywać „tatusiem”.
Na Ziemie Zachodnie przyjechali dwa lata po wojnie. Tu zaczął chodzić do szkoły. Nauka nie była jego pasją. Trudno mu było spamiętać, kiedy pisze się „u” otwarte, a kiedy zamknięte. Przy tablicy często czerwienił się ze wstydu, ale szkołę lubił. Koledzy tu byli. Pogadać się dało o tym i owym. Mieli swoje wspólne sprawy. Życie zaczynało nabierać innych barw. Żeby się spotkać, trzeba było koniecznie wyjść z domu, wytłumaczyć jakoś matce powód tego wyjścia i określić termin powrotu. Jego niedotrzymanie groziło konsekwencjami w postaci siniaków na tyłku.
Żadnej sprawy nie dało się załatwić na odległość. Telefonów w mieście było zaledwie kilka. Jeden ogólnodostępny znajdował się na poczcie. Zawsze ustawiała się do niego długa kolejka chętnych, mających pilną potrzebę poinformowania o niezmiernie ważnych sprawach kogoś mieszkającego w odległej miejscowości. Nie to, co dzisiaj. Każdy szczeniak ma komórkę w kieszeni i może z niej nie tylko dzwonić, ale też pisać, robić zdjęcia, sprawdzać rozkład jazdy, w ogóle wszystko z wyjątkiem obierania ziemniaków i płodzenia dzieci. Może zresztą tego też kiedyś się te aparaty nauczą. Pomyślał, że wolałby nie dożyć takich czasów. Już lepsze były tamte. Przynajmniej ludzie byli sobie bliscy, lgnęli do siebie, potrzebowali jedni drugich.
W szkole dowiedział się, że wszystko, cokolwiek dobrego zdarzyło się w jego życiu, zawdzięcza władzy ludowej i winien jest jej dozgonną wdzięczność. A ponieważ nie miał powodów wątpić w prawdomówność nauczycieli, więc pokochał tę władzę dobrodziejkę całą mocą swego dziecięcego serca. Wstąpił do drużyny walterowskiej. Znalazł tam przyjaciół, którzy pomogli mu w kłopotach z nauką, wspierali w trudnych chwilach, uchronili przed wysoce prawdopodobną karierą ulicznika i bywalca poprawczaków. Miał za bezcen zapewnione wyjazdy na wakacyjne obozy, które zawsze pachniały przygodą, leśnym igliwiem i poczuciem, że wspólnie z innymi robi się rzeczy ważne i wzniosłe.
To właśnie na tych obozach rozpoczął serię swoich miłosnych podbojów, kiedy jego organizm zaczął jednoznacznie dawać do zrozumienia, że z chłopca przekształca się w mężczyznę. Pamięta nawet do dziś swoją pierwszą dziewczynę. Kaśka miała na imię. Musieli się kryć z tym, co zrobili, bo ją jeszcze chronił wtedy prokurator. Gdyby sprawa wyszła na jaw, groziło mu wyrzucenie z organizacji i, prawdopodobnie, poprawczak z powodu zdemoralizowania. Najboleśniej odczułby jednak tę pierwszą konsekwencję. Organizacja była dla niego wszystkim. Obecność w niej nadawała sens całemu jego życiu. Wierzył w jej ideały i pragnął wiernie im służyć, tak jak przyrzekał z podniesioną do góry prawą dłonią w dniu uroczystego przyjęcia w poczet członków.
W marcu pięćdziesiątego trzeciego szczerze opłakiwał zgon przywódcy całej postępowej ludzkości, a w październiku pięćdziesiątego szóstego wyrażał swoje pełne zaufanie dla towarzysza Wiesława. Był już wtedy pełnoletni i bez najmniejszego wahania zapisał się do partii.
Ta wielka polityczna miłość zgasła nagle i przerodziła się w swoje zaprzeczenie czternaście lat później, kiedy usłyszał o trupach na ulicach Trójmiasta i Szczecina. Uznał, że nie można tego wybaczyć ani usprawiedliwić, nie dał się nabrać na piękne słówka o „drogich rodakach” i „rośnięciu w siłę”, rzucił legitymację. Kosztowało go to utratę stanowiska majstra w fabryce, ale swojej decyzji nie zmienił. Po następnych dziesięciu latach jako jeden z pierwszych zgłosił się do „Solidarności”.
Kolejny zakręt przeżył w dziewięćdziesiątym pierwszym, kiedy jego fabryka, jego drugi dom, w którym spędził prawie połowę życia, została uznana za nierentowną, a jego długoletnią, solidną pracę podsumowano w ten sposób, że lepiej byłoby dla kraju, gdyby się zdrowo opieprzał. Odciął się wtedy zupełnie od polityki. Wyłączał telewizor, gdy zaczynały się „Wiadomości”. Przestał czytać gazety. Nie chodził na żadne wybory. „To wszystko jedna wielka banda złodziei”, kwitował, jak ktoś próbował zagadywać go na tematy polityczne.
Jadźkę poznał wkrótce po tym, jak został majstrem. To było w połowie lat sześćdziesiątych. Miał wtedy sporo okazji do składania wizyt w biurowcu. Jadźka była tam maszynistką. Zawsze, gdy przechodził obok otwartego pokoju, zwanego dumnie halą maszyn (śmieszyła go ta nazwa. Pokój miał najwyżej dwadzieścia metrów kwadratowych i stały tam trzy biurka. Jego hala miała powierzchnię może nawet sto razy większą i stało tam mnóstwo naprawdę wielkich maszyn), widział ją, jak zawzięcie uderza dziesięcioma palcami w klawisze. Podobała mu się. Miała długie, ciemne włosy związane w koński ogon, dobrze kontrastujące z jasną cerą. Była szczupła i zgrabna. Któregoś razu wszedł, niby przypadkowo do jej „hali” i zaczął flirtować. Był w tym wybitnie doświadczony. Niewiele było wówczas dziewczyn w tym niespełna dwudziestotysięcznym mieście, które nie przeszłyby przez jego łóżko. Pracownica jedynej miejscowej fabryki nie mogła o tym nie wiedzieć, dlatego pierwszą jej reakcją było ofuknięcie go, żeby nie przeszkadzał w pracy. Gdy jednak, nie zrażony tym, podjął kolejną próbę i jeszcze jedną, w końcu uległa i pozwoliła się zaprosić w sobotnie popołudnie na kawę.
Zaimponowało mu, że nie zgodziła się zakończyć tej randki w jego mieszkaniu. „Szanuje się”, pomyślał. „Nie jest taka jak inne”. Miał już wtedy dwadzieścia siedem lat i czuł potrzebę ustabilizowania swojego życia osobistego. Przelotne romanse, „zaliczanie” kolejnych panienek, wszystko, co jeszcze do niedawna było jego chlubą, zaczynało go nużyć. Zatęsknił za założeniem rodziny.
Jadźka, dziewczyna pracowita, skromna i trzymająca facetów na dystans, nadawała się do tego idealnie. Oświadczył się jej po dwóch miesiącach randkowania. Ślub wzięli w następnym roku. A jakże, kościelny. Wprawdzie był wtedy aktywnym działaczem partii i szczerze wyznawał materialistyczny światopogląd, ale wiedział, że nawet wyżej od niego stojący w partyjnej hierarchii mówili swoim piękniejszym połowom „tak” przed ołtarzem, a potem chrzcili swoje dzieci. Taki już był ten marksizm po polsku.
Na co dzień jednak do kościoła raczej nie chodził. Jadźka owszem, zawłaszcza po przejściu na emeryturę. Nawet zapisała się wtedy do kółka różańcowego. Trochę sobie pokpiwał czasem z jej pobożności. „Jeśli Bóg istnieje, to pewnie niedobrze Mu się robi od tych waszych śpiewanych zapewnień, że Go czcicie, uwielbiacie i padacie przed Nim na twarze. Mnie, w każdym razie, zemdliłoby już dawno”, mawiał w takich chwilach. „Nie bluźnij”, strofowała go wtedy żona. „Stary już jesteś. Najwyższy czas pomyśleć o tamtym świecie. Co ty sobie wyobrażasz, że wiecznie będziesz włóczył się po tej ziemi?” „Poczekajmy do końca świata. Wtedy się okaże, kto, tak naprawdę, bluźni”, odpowiadał niewzruszony.
Nigdy jej jednak nie zabraniał ani nie przeszkadzał w tych praktykach, tak samo, jak w posyłaniu dzieci na religię, w tamtych czasach nauczaną jeszcze przy parafii. Pomny na pobożność własnej matki nie ośmielił się w sprawach wiary stawiać jakichkolwiek barier, nawet jeśli na ogół nie był zbyt ugodowy.
Najtrudniejsze chwile przeżywali oboje wtedy, kiedy stracił posadę majstra. Niby to był jego świadomy wybór. Gdyby nie rzucił legitymacji partyjnej z hukiem na biurko sekretarza KZ, nikt by mu tego stanowiska nie odebrał. Decydując się na taki krok, wiedział, co go czeka i był gotów ponieść takie konsekwencje. Jednak wcześniej miał nad kimś władzę, mógł wydawać polecenia, a inni mieli obowiązek słuchać. Potem mu tego brakowało. Ciężko było pogodzić się z utratą tej namiastki ważności, jaka wiąże się z pełnieniem funkcji choćby trochę wyższej od stania w szeregu. Pozostała mu tylko władza nad żoną i dziećmi. Tej nikt nie mógł go pozbawić, więc egzekwował ją z całą bezwzględnością, zwłaszcza, kiedy wypił. Zwykle później przychodziła refleksja. Żałował, przepraszał. Dlatego teraz, kiedy te wszystkie burze mieli już za sobą, miał dla Jadzi tak wiele wdzięczności, że tyle razy mu wybaczała.
Na kwadrans przed dwunastą oboje z żoną odświętnie ubrani zjawili się przed wejściem do restauracji. Zostawili w szatni swoje płaszcze i przywitani przez kelnera zajęli miejsca na końcu długiego, podwójnego stołu nakrytego białym obrusem oraz piętnastoma zestawami naczyń i sztućców przygotowanych na uroczyste przyjęcie.
Gdy brakowało już tylko paru minut do planowanego rozpoczęcia uczty, a żaden z zaproszonych gości się nie pojawiał, zaczął się niepokoić. Miał ochotę wyciągnąć komórkę i podzwonić do osób, które wcześniej potwierdziły swój udział, ale zrezygnował z tego. Wyglądałoby to tak, jakby żebrał o wyświadczenie mu przysługi. A przecież to jego święto. On uznał tych ludzi za godnych obchodzenia go razem z nim i wierzył, że zapraszając ich, sprawi im radość. Widocznie się pomylił. Postanowił poczekać jeszcze kwadrans. Może po prostu mają jakieś problemy z dotarciem. Przecież pogoda dziś taka nieciekawa. Dziwne tylko, że akurat wszyscy naraz.
Punktualnie piętnaście po dwunastej miejsca przy zarezerwowanym dla nich stole nadal były puste. Uznał, że nie będzie dłużej czekał. Poprosił kelnera o otwarcie butelki z szampanem i napełnienie dwóch kieliszków.
— Trudno – powiedział – we dwójkę z żoną uczcimy moje urodziny. Czekałem osiemdziesiąt lat na ten toast i nie zrezygnuję z niego tylko dlatego, że towarzystwo nie dopisało.
Oboje wstali, podnieśli napełnione przez kelnera kieliszki, solenizant zaczął wypowiadać słowa przygotowanej na tę okazję przemowy. Nagle poczuł ostry, rozdzierający ból w piersiach. Kieliszek wypadł mu z ręki i jego zawartość wylała się na nieskazitelny, jasny garnitur. Stół, jego nakrycie i wszystko dokoła zniknęło za gęstą, szarą mgłą. Miał wrażenie, że pędzi przez tę mgłę gdzieś przed siebie, nie wiadomo, dokąd. Nie czuł już bólu. Tylko taką niezwykłą lekkość, jakby znalazł się niespodziewanie w stanie nieważkości.
Z mgły zaczęły wyłaniać się sylwetki bliskich mu osób. Matka, ojciec, którego nigdy nie widział, ale teraz był pewien, że ten człowiek w żołnierskim płaszczu to właśnie on, koledzy ze szkoły, z wojska, z pierwszych lat pracy. Wielu z nich osobiście odprowadzał na cmentarz, o innych tylko słyszał, że odeszli. „Moi kochani, przyszli na moje urodziny, nie zawiedli mnie. Tylko gdzie jest szampan? Gdzie kieliszki? Przynieście tu zaraz szampana! Musimy przecież wznieść mój jubileuszowy toast!”

poniedziałek, 11 grudnia 2017

Uzdrowienie


Miasteczko Zet nie wyróżniało się niczym szczególnym spośród setek podobnych miejscowości w całym kraju. Próżno by szukać jego nazwy w ogólnopolskich serwisach informacyjnych telewizji czy radia albo na stronach mających szerszy, niż lokalny zasięg gazet. Zresztą w prasie lokalnej też gościło rzadko. Przeważnie z okazji jakiegoś wypadku drogowego albo innego nieszczęścia. Nie ściągały do niego rzesze turystów, bo nie było tu ani wyjątkowo ciekawych zabytków, ani specjalnie atrakcyjnych warunków do wypoczynku. Po prostu wiało nudą. Od czasu, gdy dziesięć lat temu zamknięto Fabrykę Pił Tarczowych, jedyną żywicielkę większości spośród niespełna dziesięciu tysięcy mieszkańców Zet, życie miasteczka powoli, ale nieustannie zamierało. Wraz z fabryką zniknął miejscowy klub piłkarski, niegdyś chluba mieszkańców, gdy wygrywał kolejne mecze w klasie A. Bywały też sezony, że awansował nawet do ligi okręgowej. Teraz ławki na miejskim stadionie były przeważnie połamane przez poszukiwaczy darmowego opału, a boisko porastały chwasty. Wkrótce po klubie piłkarskim zamknięto też jedyne w mieście kino, bo bezrobotnych w większości Zetowian nie stać było na oglądanie filmów.
 Niebawem jedyną rozrywką stały się tu pogrzeby, których z każdym rokiem było coraz więcej.  Miasto starzało się w zastraszającym tempie. Młodzi ludzie, nie widząc dla siebie żadnych perspektyw, wyjeżdżali do większych miast albo za granicę. Ci, którzy zostawali, nie kwapili się do wydawania na świat potomstwa. Najlepiej widać to było w kościelnych statystykach odczytywanych co roku z ambony podczas mszy w sylwestrowy wieczór. Ślubów było według tych statystyk w ciągu całego roku zaledwie kilka, chrztów jeszcze mniej, a pogrzebów – ponad sto. Nic zatem dziwnego, że to, co wydarzyło się tamtej kwietniowej niedzieli, stało się sensacją, która zelektryzowała mieszkańców Zet bardziej, niż gdyby tu wylądowali przybysze z Księżyca.
 Pana Matysiaka znali tu wszyscy. Każdego dnia przemierzał ulice miasteczka na swoim wózku inwalidzkim, zmierzając to do pobliskiego sklepu, to do kościoła, innym znowu razem do przychodni lekarskiej albo na pocztę. Blisko piętnaście lat temu uległ poważnemu wypadkowi podczas pracy w „tarczówce”, jak skrótowo nazywano tutejszy zakład. Od tamtego czasu wózek był jego jedynym środkiem lokomocji. Codziennie wyjeżdżał nim na miasto. Pozdrawiał życzliwie spotykanych po drodze ludzi, a oni odwzajemniali mu się podobną życzliwością. Często ten, czy ów przechodzień pomagał mu pokonywać uliczne krawężniki lub schodki prowadzące do tego czy innego budynku. Wszyscy przyzwyczaili się do widoku jego i jego wózka i nie wyobrażali sobie, żeby mogła w tym względzie nastąpić jakakolwiek zmiana.
Jakież więc było zdumienie wszystkich udających się na poranną mszę w następną niedzielę po Wielkanocy, zwaną białą albo przewodnią, gdy ujrzeli pana Matysiaka wchodzącego do kościoła o własnych siłach, bez wózka, ale też bez żadnej kuli czy laski. Natychmiast otoczyło go grono ciekawskich i zaczęło wypytywać, co takiego się stało, że znów chodzi o własnych siłach. Matysiak – człowiek z natury skromny i powściągliwy – czuł się mocno zakłopotany tym nagłym wzrostem zainteresowania jego osobą. Odpowiadał na pytania niechętnie i wymijająco, dając do zrozumienia, że wolałby już wejść do kościoła i się pomodlić, niż tworzyć na zewnątrz zbiegowisko. Jednak ludzka ciekawość nie dawała za wygraną i w końcu dowiedziano się, że sprawcą tej niezwykłej przemiany był niejaki Pawelec, emerytowany ślusarz z „tarczówki”. Wywołało to konsternację nie mniejszą niż sam fakt cudownego uzdrowienia Matysiaka.
Pawelec nie cieszył się w miasteczku najlepszą opinią. Od czasu przejścia na emeryturę, najczęściej widywano go na ławeczce obok sklepu z napojami wyskokowymi w towarzystwie zazwyczaj kilku opróżnionych już butelek po piwie, a nieraz także czymś mocniejszym. A że emerytura nie zawsze wystarczała mu na zaspokojenie wszystkich jego alkoholowych potrzeb, często próbował pożyczać pieniądze od dawnych kolegów z pracy i sąsiadów. Z tego powodu ludzie unikali go i nie darzyli sympatią. On się im odwzajemniał. Był opryskliwy i gburowaty. Nawet własne dzieci wstydziły się takiego ojca i nie utrzymywały z nim bliższych kontaktów. Miały zresztą do niego słuszny żal. Ich dzieciństwo, za sprawą jego zamiłowania do procentów w płynie, nie należało do łatwych. W kościele Pawelec bywał raczej rzadko.  Za dużo, jego zdaniem, mówiło się tam źle o pijakach i nawoływało do trzeźwości. On odnosił te słowa do siebie i wolał nie narażać się na taki dyskomfort. Przychodził zwykle tylko na msze żałobne, gdy chowano któregoś z jego dawnych kolegów.
Tym razem jednak Pawelec był na niedzielnym nabożeństwie. Zauważono go i po mszy to właśnie jego, podobnie, jak wcześniej Matysiaka, otoczyła gromadka ludzi.
— Władek, podobno uzdrowiłeś Matysiaka. Jak to się stało?
— No, tak jakoś wyszło. Nawet nie przypuszczałem, że mi się uda.
— Ale co konkretnie zrobiłeś? Czary jakieś nad nim odprawiłeś czy co?
— A gdzie tam zaraz czary! – Obruszył się Pawelec – zwyczajnie podeszłem do niego, podałem mu rękę, powiedziałem, żeby wstał, a on naprawdę wstał i zaczął chodzić. To wszystko.
— Ale co ci przyszło do głowy, żeby to zrobić? Przecież tyle razy widziałeś Matysiaka…
— To było tak. W środę po południu zabrakło mi pieniędzy na piwo. Poszłem, wtedy do Stasi Pelczarowej, bo ona najczęściej mi pożycza. Ma kobieta dobre serce. Ale nie było jej w domu. Pomyślałem: dochodzi szósta, pewnie jest w kościele. Pójdę jej tam poszukać. Weszłem do kościoła, a tam ksiądz akurat czytał o tym, jak święty Piotr uzdrowił inwalidę przy bramie kościoła. Pomyślałem sobie: mógł święty Piotr, może mogę i ja. Trzeba spróbować. Wczoraj spotkałem na ulicy Matysiaka na wózku. No to spróbowałem.
W tym momencie sprawa przyjęła nieoczekiwany obrót. Na czoło grupy wypytującej Pawelca wystąpiła pani Basia – zelatorka piątej róży parafialnego kółka różańcowego. Stanęła na wprost przepytywanego, popatrzyła mu prosto w oczy groźnym, oskarżycielskim spojrzeniem i przemówiła surowym tonem:
— Jak ty, stary pijaku, śmiesz porównywać się do Świętego Piotra!? Toż to diabelska pycha! Ludzie! – Krzyknęła do zebranych na dziedzińcu kościoła. – To nie boską, tylko diabelską mocą dokonany cud! Diabeł za tym człowiekiem stoi! Odsuńcie się od niego, bo jeszcze was opęta!
— A co ty będziesz wyrokować, czy to Bóg, czy diabeł? –Wtrąciła się pani Krysia, zelatorka róży siódmej. – Diabeł nic dobrego by nie zrobił, a przecież uzdrowienie człowieka to dobra rzecz. Lepiej uklęknij i podziękuj Bogu, że to na naszą parafię taka łaska spłynęła
— Słyszał kto kiedy, żeby przez pijaka Bóg cuda czynił? – Odparowała niespodziewany atak pani Basia. – Toć on prawie do kościoła nie chodzi! To nagle jemu miałby Bóg taką siłę dać?
— Racja! – Krzyknął ktoś z zebranych. – Bóg pijakom nie błogosławi. To diabeł dokonał tego cudu.
— A ty to niby taka święta jesteś? – Odezwała się ponownie pani Krysia. – Myślisz, że ludzie nie pamiętają, jak w pośpiechu brałaś ślub z Tadkiem, bo twoje pierwsze było już w drodze?
—To był grzech młodości, który dawno odpokutowałam. Teraz żyję przyzwoicie i dzieci po bożemu wychowałam.
— Tak? Po bożemu? Włóczą się całymi dniami po mieście i nic nie robią. To ma być po bożemu?
— Ale przy domu są. I swojego pilnują. To nie ich wina, że teraz pracy dla nich nie ma. A twoje za granicę powyjeżdżały i tam się pewnie łajdaczą, jak nikt ich nie pilnuje.
— Ty stara jędzo! Ja ci dam „łajdaczą się”! Pracują uczciwie i pieniądze do domu przysyłają. Nie tak, jak twoje.
— Odczep się od moich dzieci. Ja już wiem, dlaczego ty tak Pawelca bronisz. Masz dużą chałupę z pustymi pokojami po dzieciach i myślisz, że jak zaczną się tu zjeżdżać pielgrzymki, to zarobisz na wynajmowaniu tych pokoi, ale ja wiem swoje: Bóg z pijakami nie trzyma, tylko z porządnymi ludźmi, co do kościoła co niedziela chodzą.
Rozmowa stawała się coraz gorętsza. Obie zacne niewiasty znalazły w gronie przysłuchujących się licznych zwolenników. Pawelec, korzystając z zamieszania, pospiesznie wycofał się i ukradkiem oddalił od kipiącego emocjami towarzystwa. Zrobiło mu się przykro. Chciał przecież dobrze. Było mu żal Matysiaka jeżdżącego na wózku, dlatego powiedział mu, żeby wstał i skoro tak się stało, to chyba dobrze. Prawda, że często zaglądał do kieliszka, a w kościele bywał gościem, ale żeby zaraz diabeł? On na pewno żadnego diabła nie wzywał. Myślał o św. Piotrze i o tym, co usłyszał w kościele. To chyba nie było przeciw Bogu. Zresztą, kto wie? Za trudne to wszystko na głowę zwykłego ślusarza z „tarczówki”. Udał się do swojego domu, położył na tapczanie i zasnął.
Następnego dnia miasteczko kipiało od teologicznych sporów. Bóg czy diabeł? Rację ma Krysia czy Basia? – Dyskutowano zawzięcie w sklepowych kolejkach, na przystanku autobusowym i we wszystkich innych miejscach, gdzie zeszło się więcej niż dwoje ludzi. Podobnie było w kolejnych dniach. Sam Pawelec wolał unikać pokazywania się na mieście. Bał się zwłaszcza spotkań ze zwolennikami frakcji pani Basi. Nie bez powodu przypuszczał, że bliski kontakt z ludźmi, którzy posądzają go o diabelskie powinowactwo, mógłby dla niego źle się skończyć.
Także cudownie uzdrowiony Matysiak nie czuł się teraz najlepiej. Nie wiedział, czy cieszyć się z odzyskanej sprawności, czy martwić o to, za czyją sprawą się to dokonało. Był człowiekiem pobożnym i z całego serca nie chciałby stać się uczestnikiem jakichś diabelskich knowań, ale z drugiej strony przecież chodzi, jest sprawny, po tylu latach spędzonych na wózku.
Wkrótce w jego życiu pojawiły się jednak zupełnie inne problemy. O całej sprawie dowiedział się powiatowy oddział ZUS. Wezwano go na ponowną komisję lekarską. Stwierdzono ustanie przyczyny, dla której przyznano mu niegdyś rentę i odebrano ją. A że w Zet nawet młodsi i zdrowsi od niego nie mieli szans na pracę, musiał zadowolić się zasiłkiem z opieki społecznej i, żeby choć odrobinę poprawić swoją sytuację bytową, zajął się zbieraniem puszek.
Poważny dylemat miał też miejscowy proboszcz. Początkowo ucieszył się na wieść o dokonanym w jego parafii cudzie i oczyma wyobraźni widział już, jak skromny kościółek będący w jego zarządzie przekształca się w lokalne, a może nawet ogólnokrajowe sanktuarium, do którego będą ściągać rzesze pielgrzymów. Gdy, jednak, dowiedział się o powstałych kontrowersjach wokół ostatecznego autorstwa tego cudu, zaniepokoił się. Parafia wyraźnie mu się dzieliła. Wzrastające napięcie groziło powstaniem lokalnej schizmy, a do tego przecież nie mógł dopuścić.
W następną niedzielę, podczas nabożeństwa, próbował coś w tej sprawie wyjaśnić, apelował o rozsądek i zachowanie spokoju, ale, gdy zorientował się, że to nie odnosi skutku, postanowił o całej sprawie zawiadomić biskupa. Wkrótce też przyjechał z kurii uczony teolog mający zbadać sprawę na miejscu. Ten przesłuchał dokładnie Matysiaka i Pawelca. Zapoznał się też z opiniami pani Basi i pani Krysi. Na koniec stwierdził, że jest jeszcze za wcześnie, aby Kościół zajął w tej sprawie jednoznaczne stanowisko i wyjechał.
Dalszy ciąg tej historii ułożył się już dużo mniej sensacyjnie. Matysiaka, od ciągłego schylania się po puszki, zaczął wkrótce znów boleć kręgosłup. Po kilku miesiącach okazało się, że musi z powrotem usiąść na wózku inwalidzkim. ZUS ponownie przyznał mu rentę i jego życie wróciło do wypracowanej przez ostatnie lata normy. Pawelec nie próbował już nikogo więcej uzdrawiać, pomny zamieszania, jakie jego poprzedni wyczyn wywołał w miasteczku. Zresztą, jeśli miałyby istnieć jakiekolwiek wątpliwości czy to Bóg czy diabeł, to lepiej nic nie robić. Z diabłem Pawelec nie chciał mieć nic wspólnego. Na tyle tylko zmienił swoje postępowanie, że teraz znacznie rzadziej spotkać go było można na ławeczce przed sklepem monopolowym, a częściej w ławce kościelnej. Jednak na nabożeństwa przychodził zawsze ostatni, siadał z tyłu tuż przy wyjściu i pierwszy wychodził. Nie chciał nikomu rzucać się w oczy.

Ludzie stopniowo zapominali o całej sprawie. Przytłoczeni ciężarem nowych, przyziemnych problemów nie mieli głowy do teologicznych dywagacji. Znów widzieli Matysiaka na wózku, więc cudu jakby nie było. Nie ma o czym mówić. Tylko pani Basia i pani Krysia nadal na swój widok przechodziły na różne strony ulicy, a w kościele zajmowały zawsze miejsca po przeciwnych stronach, żeby przypadkiem nie przekazać sobie znaku pokoju. Dla nich ciągle było ważne, czy cudownego uzdrowienia Matysiaka dokonał Bóg czy diabeł. Ale Główni Zainteresowani przez cały czas zgodnie na ten temat milczeli.

niedziela, 22 października 2017

Pamiętaj o mnie


Kobieca postać w białej sukni sięgającej kostek z przewyższającą jej wzrost kosą w prawej ręce, pojawiła się nad łóżkiem Człowieka wczesnym rankiem, gdy pierwsze promienie słońca wdarły się przez okno do jego pokoju i skłoniły do rozchylenia zaspanych powiek. Jej widok zdziwił go niezmiernie. Był w sile wieku i na nic nie chorował. Czyżby, mimo wszystko, to już był TEN moment? Na wszelki wypadek przetarł ręką oczy i uszczypnął się kilka razy w przegub dłoni, żeby się upewnić, czy to nie jakiś senny koszmar, ale biała postać przy jego łóżku nie znikała. Przyjrzał się jej dokładniej. Nie była szkieletem, nie miała pustych oczodołów ani wyszczerzonych, nieosłoniętych wargami zębów. Na jej ramiona opadały długie, jasne, lekko falujące włosy. Spoglądała na Człowieka ciepłym spojrzeniem dużych, niebieskich, głęboko osadzonych oczu. Tylko jej cera była nienaturalnie blada, jakby całe życie spędzała w zamkniętym pomieszczeniu.
Człowieka w pierwszej chwili ogarnęło przerażenie. Dlaczego właśnie dziś odwiedziła go ta zwiastunka najgorszej z możliwych nowin? Przecież niczego jeszcze nie zdążył w życiu zrobić, a planów miał mnóstwo. Czyżby miał nieodwołalnie pogodzić się z myślą, że wszystkie one razem z nim odejdą w niebyt? Odruchowo odsunął się od krawędzi łóżka i przylgnął do ściany, jakby miał nadzieję, że w ten sposób uniknie ciosu ostrego narzędzia trzymanego przez nieoczekiwanego gościa.
Postać w białej sukni uśmiechnęła się pobłażliwie. Najwyraźniej rozpaczliwa próba ratowania się, podjęta przez Człowieka rozbawiła ją wybornie.
— Nie bój się – powiedziała ciepłym, przyjaznym głosem, brzmiącym jednak trochę dziwnie, jakby dochodził gdzieś z oddali, a nie z odległości niecałego metra – dziś nie wykorzystam tego akcesorium, które zawsze noszę przy sobie. To tylko ostrzeżenie. Do tej pory zachowywałeś się tak, jakbyś myślał, że będziesz żył wiecznie. Wszystkie swoje plany i marzenia odkładałeś na później, uznając, że nic ci nie przeszkodzi ich spełnić. Przyszłam ci przypomnieć, że istnieję i prędzej czy później spotkasz się ze mną. Weź się do roboty, żebyś nie żałował zmarnowanego czasu, kiedy przyjdę ponownie i zrobię użytek z mojej kosy. Wtedy będę nieczuła na prośby o podarowanie choćby jednego dnia na dokończenie tej czy innej sprawy.
Człowiek stopniowo zaczął oswajać się z obecnością tej niezbyt mile widzianej przez kogokolwiek istoty. Ton jej głosu i wyraźnie pozytywne nastawienie do jego osoby ośmieliły go na tyle, że postanowił trochę się ze swoją rozmówczynią podroczyć.
— Czy nie jest przypadkiem tak, że medycyna wkrótce się z tobą rozprawi i przestaniesz w ogóle straszyć ludzi tym swoim żelastwem? – zapytał zaczepnie.
Kobieta w białej sukni roześmiała się głośno i szczerze, jakby usłyszała znakomity dowcip.
— Nie licz na to. Zawsze świetnie się bawię, kiedy słyszę te nadęte zapewnienia, że to tuż, tuż, że tylko jeden mały kroczek dzieli ich od zwycięstwa nade mną. Biedacy! Nie wiedzą z czym w ogóle się mierzą. Mogę im tylko współczuć, co nie oznacza, że kiedy złożę wizytę któremuś z tych tak zwanych „naukowców”, nie omieszkam pokpić sobie trochę z ich zarozumialstwa. Zapewniam cię, że wszyscy się ze mną spotkacie: i teraz, i za sto lat, i nawet za tysiąc, dopóki tylko będziecie istnieć. Zamiast snuć nierealne mrzonki o pozbyciu się mnie, lepiej dobrze wykorzystać czas, który jest wam dany. Ciebie dotyczy to w szczególności. Po to dziś cię odwiedziłam. Na ogół tego nie robię, ale wiem, jakie są twoje plany. Żal mi się zrobiło, że mogą pozostać niezrealizowane. Postanowiłam cię obudzić.
— No dobrze – Człowiek postanowił jeszcze potargować się trochę z wykonawczynią wyroków losu – przyjdziesz tu któregoś dnia i utniesz mi łeb, bo tak ma być. Czy można się dowiedzieć, kiedy dokładnie to się stanie? Ile właściwie mam tego czasu na realizację swoich marzeń?
Na twarzy białej postaci znów zagościł ten pobłażliwy, lekko ironiczny uśmiech, charakterystyczny dla osób mających poczucie wyższości nad swoim rozmówcą.
— Czy widziałeś, żeby ktoś z tych, którzy już zetknęli się ze mną, miał uciętą głowę? – odpowiedziała pytaniem – jeśli nawet miał to nie za moją sprawą. Ja nie pozbawiam ludzi głów. Rozcinam więzy łączące duszę z ciałem. Od razu cię uspokoję: to nie jest bolesny zabieg. Mówię to, bo wiem, że wy, ludzie, niczego nie boicie się bardziej niż bólu. Ja go nie zadaję. Przeciwnie, uwalniam od niego. Powinniście być mi za to wdzięczni. No cóż, przyzwyczaiłam się już, że nie jesteście. Co zaś tyczy się twojego pytania, to przykro mi, ale nie odpowiem na nie. Ta wiedza nie pomogłaby ci w zajęciu się tym, co dla ciebie najważniejsze. Z mojej strony to wszystko. Do rychłego zobaczenia. Aha, jeszcze tylko drobny upominek na pożegnanie.
Wyjęła z kieszeni ukrytej w fałdach białej szaty mały przedmiot i rzuciła go w kierunku Człowieka. Trochę niecelnie. Przedmiot ów upadł na kołdrę, ześliznął się z niej i potoczył pod łóżko. Ten nachylił się, żeby go podnieść, ale nie udało mu się niczego wymacać. Gdy uniósł głowę, w pokoju było pusto. Tylko budzik zaczął wygrywać wesołą, skoczną melodyjkę. Został uciszony niedbałym ruchem dłoni.
„Chyba, jednak, to był sen”, pomyślał Człowiek, powoli wstając z posłania. „Mimo wszystko, warto by sporządzić spis planów i celów do zrealizowania, ustalić hierarchię i powoli zabrać się za wprowadzanie ich w czyn. Sen, nie sen, ale coś z tym czasem jest na rzeczy. Zajmę się tym po powrocie z pracy.”
Po południu był jednak zbyt zmęczony, żeby zaprzątać sobie głowę jakimiś planami i marzeniami. Odłożył to na jutro. Następnego dnia było tak samo, kolejnego też. Zmęczenie, zgiełk bieżących zdarzeń oraz przyzwyczajenie do poruszania się wyłącznie znanymi, raz wytyczonymi koleinami – wszystko to sprawiało, że plany i marzenia czekały na lepsze czasy. Nieoczekiwana wizyta sprzed kilku dni stopniowo zacierała się w pamięci. Któż przejmowałby się snami?

W sobotę Człowiek miał zwyczaj robić w mieszkaniu generalne porządki. Kiedy zanurzył wilgotny mop pod łóżko, aby usunąć nagromadzony przez cały tydzień kurz, wymiótł stamtąd metalowy krążek wielkością przypominający monetę pięćdziesięciogroszową. Zdziwił się. Do tej pory nigdy nie zdarzało mu się znajdować pieniędzy w takim miejscu. Podniósł znalezisko i nagle poczuł, że nogi pod nim robią się wiotkie jak z waty, a na twarzy i karku pojawia się zimny pot. To nie była pięćdziesięciogroszówka. Na obu stronach srebrzystego medalika widniał wygrawerowany napis „MEMENTO MEI”, a pośrodku — postać kobiety w długiej sukni z kosą w ręku.

środa, 20 września 2017

W jednej sekundzie


Maciek nawet dziś, z perspektywy pięciu lat, nie potrafi wytłumaczyć, jak to właściwie się stało. Co sprawiło, że akurat tamtego popołudnia wstąpił w niego, czy może obudził się, bo był w nim zawsze, jakiś demon wściekłości i pchnął go do tego czynu, który jeszcze teraz śni mu się po nocach i wywołuje dreszcze obrzydzenia do samego siebie. Kiedy teraz, leżąc na więziennej pryczy i wsłuchując się w głośne chrapanie kolegów z celi, zadaje sobie po raz tysięczny pytanie, czy kiedykolwiek tego chciał, zawsze odpowiada, że nie. Nie chciał, nawet przez moment nie miał takiego zamiaru, do ostatniej chwili nie chciał. To stało się jakoś tak samo, nie wiadomo jak, nie wiadomo, kiedy. W ogóle nic nie wiadomo. Stało się i już. W jednym momencie przekreśliło całą przyszłość, zniweczyło wszelkie plany, nie jemu jednemu złamało życie.
Wtedy, pięć lat temu, pytany przez policjantów, prokuratora i wreszcie sędziego, dlaczego to zrobił, zapadał w milczenie, wbijał wzrok w podłogę i dopiero po dłuższym czasie wydobywał z siebie ciche, stłumione i pełne lęku „nie wiem”. Już przy pierwszym przesłuchaniu przyznał się do winy, chociaż nie byłoby czymś dalekim od prawdy, gdyby zaprzeczył. Przecież to nie on. To jakaś diabelska siła, która w tamtym momencie zawładnęła jego umysłem, pokierowała rękoma, zmusiła do czegoś, czego nigdy by się po sobie nie spodziewał.
A przecież miało być tak pięknie. Maciek przyszedł na świat w przykładnej i kochającej się rodzinie. Był dzieckiem mocno już dojrzałych rodziców. Jego mama musiała przejść długą i uciążliwą kurację, żeby mógł zaistnieć. Tym bardziej oboje przelali na niego cały ogrom swoich uczuć nagromadzonych przez lata oczekiwania. Zwłaszcza, że na drugiego potomka nie mieli już szans. Maciuś był ich oczkiem w głowie. Wszystkie swoje siły skoncentrowali na tym, żeby jego życie jak najmniej różniło się od tego, czego doświadczają mieszkańcy nieba. Gdy był maleńki, nosili go na rękach zawsze, ilekroć zapłakał i tak długo, jak tylko okazywał, że tego potrzebuje. Nie przesypiali nocy, nie szczędzili swoich kręgosłupów, byle tylko ich ukochany synek nie odczuł niedostatku miłości.
W miarę dorastania potrzeby Maćka zataczały coraz szersze kręgi. Gdy nauczył się już samodzielnie je wyrażać, słowo „chcę” stało się jednym z najczęściej używanych przezeń czasowników. Niemal nigdy nie zostawało bez pozytywnej odpowiedzi. Nie znaczy to, że rodzice nie mieli wobec niego żadnych wymagań. Owszem, kiedy uznali to za konieczne potrafili postawić synowi granice, ale czynili to zawsze niezwykle delikatnie, troszcząc się, żeby nie przeżył przy tej okazji jakiegoś wstrząsu, czy innego silnego wzruszenia. Był przecież taki wrażliwy.
W przedszkolu nie mógł zrozumieć, dlaczego musi dzielić się z innymi dziećmi wspólnymi zabawkami. Przecież w domu wszystko było wyłącznie do jego dyspozycji. Zawsze, w każdej chwili. Wynikające z tego tytułu scysje kończyły się zwykle zmianą placówki na mniejszą, gdzie, w przekonaniu rodziców, personel będzie miał więcej czasu na zajęcie się ich najdroższym skarbem. Ostatecznie edukację przedszkolną zakończył w trybie indywidualnym pod czujnym okiem specjalnie wybranej przez rodziców opiekunki.
Pierwsze lata w szkole pamięta jako prawdziwy koszmar. Prawie codziennie wracał do domu z płaczem, że został skrzywdzony przez któregoś z kolegów. Rodzice za każdym razem interweniowali: u wychowawczyni, u pedagoga szkolnego, u dyrektora. Domagali się zwrócenia na ich dziecko szczególnej uwagi. Grozili, że problemami Maćka zainteresują władze oświatowe wyższego szczebla. Nauczyciele i dyrekcja, bojąc się sprowadzenia im na kark inspektorów z kuratorium, wychodzili naprzeciw żądaniom kierowanym pod ich adresem. Karcili uczniów wchodzących w konflikty z Maćkiem, choć nieraz w głębi ducha przyznawali im rację.
Wszystkie te okoliczności umacniały chłopca w przekonaniu, że jest kimś absolutnie wyjątkowym i zasługuje na absolutnie wyjątkowe traktowanie. Świat wokół niego jawił mu się jako zły, nieprzyjazny. Nie czuł się rozumiany przez świat i sam go nie rozumiał. Nie chciał tego zmieniać. Nie szukał przyjaźni. Przecież ewentualni przyjaciele musieliby nieuchronnie należeć do tego z zupełnie innej gliny ulepionego świata. Wystarczyli mu rodzice i ich pełna akceptacja. Wyłącznie z nimi dzielił się tym, co czuje i myśli. Tylko im powierzał swoje tajemnice.
Uczył się dobrze. Tego jednego od niego wymagano i w tej dziedzinie nie mógł liczyć na żadne ustępstwa. Najukochańszy syn nie mógł przecież przynosić kiepskich ocen. Jak później takim świadectwem pochwalić się przed dalszą rodziną i znajomymi? Maciek to rozumiał i starał się tym oczekiwaniom sprostać. Sam przyznawał, że ktoś tak wyjątkowy jak on nie może paskudzić swojego wizerunku jedynkami, dwójami, a nawet trójami. Jeśli jakiś przedmiot sprawiał mu więcej trudności, rodziców zawsze stać było na korepetycje, tak że świadectwa potwierdzające ukończenie kolejnych lat nauki były niezmiennie udekorowane czerwonymi paskami.
Szkoła nie była jedynym miejscem jego kontaktów ze światem pozadomowym. Uczył się także gry w szachy, karate i rysowania. Musiał przecież rozwijać się wszechstronnie. Ponadto zorganizowane zajęcia, na które, pomimo upływu lat, zawsze był przyprowadzany i odprowadzany przez któregoś z rodziców, chroniły przed niepożądanymi kontaktami z niedopilnowanymi i źle wychowywanymi rówieśnikami. W żadnej z tych dziedzin nie osiągnął oszałamiających sukcesów, brakowało mu zapału, sumienności w wykonywaniu codziennych ćwiczeń albo zwyczajnie talentu. To nie było wcale istotne. Dla rodziców liczył się fakt, że miał zajęte popołudnia, dla niego – poczucie, że ktoś zawsze się nim interesuje i poświęca mu swój czas. To uświadamiało mu jego ważność, a ta świadomość z kolei pozwalała mu zachowywać dobry nastrój.
Wreszcie nadszedł czas, gdy jego ciało zaczęło wysyłać pierwsze sygnały, że nie istnieje wyłącznie dla siebie, że potrzebuje drugiej osoby, aby w pełni urzeczywistnić cały potencjał złożony w nim od pierwszej chwili zaistnienia. Czas przekształcania się chłopca w mężczyznę nie był dla Maćka łatwy. Nienawykły do kontaktów z rówieśnikami, tym bardziej nie umiał ich nawiązać z osobami płci odmiennej. Ilekroć próbował zagadać do jakiejś koleżanki, głos więzł mu w gardle, wszystkie przygotowane wcześniej słowa uciekały gdzieś z mózgu i nie potrafił przywołać ich z powrotem. Kolejne miesiące i lata mijały, a on wciąż pozostawał na aucie. Z zazdrością przysłuchiwał się rozmowom innych chłopaków, którzy chwalili się swoimi miłosnymi podbojami. Wyobrażał sobie siebie na ich miejscu i tęsknił.
Po raz pierwszy w życiu znalazł się w sytuacji, w której nie miał komu krzyknąć „ja chcę” i tym magicznym zaklęciem sprawić spełnienie swojego życzenia. Przez pewien czas zadowalał się potajemnym nabywaniem świerszczyków dla dorosłych i dyskretnym upajaniem się zamieszczonymi w nich widokami. Rodzice kilkakrotnie zauważyli obecność w domu takich pisemek nie zawsze dostatecznie starannie ukrywanych przed ich wzrokiem, ale postanowili przymknąć na to oko. Ostatecznie ma chłopak swoje lata. Lepiej, że wykazuje takie zainteresowania, niż gdyby miał pewnego dnia przyprowadzić kolegę i oznajmić, że są w sobie zakochani. To dopiero byłby wstyd przed całą rodziną i znajomymi.
Olka spadła mu jak z nieba. Byli wtedy oboje na drugim roku studiów. Zauważyła, że Maciek nieźle sobie radzi na ćwiczeniach ze statystyki i pewnego dnia zaraz po zajęciach podeszła do niego z prośbą, żeby pomógł jej w rozwiązywaniu zadań z tego przedmiotu. W rzeczywistości był to tylko pretekst. Od dłuższego czasu nie chodziła z żadnym chłopakiem. Ci, których miała okazję spotkać wcześniej, nie wydawali jej się odpowiednimi partnerami do nawiązywania trwałych i głębokich relacji. Szybko dawali do zrozumienia, że myślą tylko o jednym. Nie chcieli rozmawiać o przyszłości. Istniał dla nich wyłącznie dzień dzisiejszy. Wszystko traktowali wyłącznie w kategoriach zabawy i rozrywki. Ona szukała kogoś więcej niż kumpla do zabawy i partnera na bezsenne noce. Słowo „miłość” nie było dla niej wyświechtanym sloganem ani synonimem seksu. Chłopak stojący zwykle samotnie na uczelnianych korytarzach, zawsze zamyślony i trochę jakby smutny wydał jej się kimś, na kogo właśnie czekała. Pomyślała sobie, że wspólne zgłębianie tajemnic odchyleń standardowych i krzywej Gausa będzie dobrym punktem wyjścia do zawarcia obiecującej przyjaźni.
Maciek też od razu dostrzegł szansę na coś więcej niż tylko koleżeńską pomoc w nauce i nie tylko skwapliwie zgodził się służyć swoją wiedzą matematyczną, ale zaczął też obmyślać, w jaki jeszcze sposób zainteresować Olkę swoją osobą.
Po ostatnich zajęciach usiedli przy jednym ze stolików ustawionych pod oknami na uczelnianym korytarzu i rozłożyli podręczniki do statystyki oraz przybory do pisania. Po każdym wspólnie rozwiązanym zadaniu Maciek robił przerwę. Opowiadał wtedy o swoich marzeniach i wyobrażeniach na temat dalszego życia. Dawał też do zrozumienia, że chętnie poznałby plany na przyszłość swojej uczennicy. Mówił, że pragnie mieć szczęśliwą rodzinę z co najmniej dwójką dzieci, mieszkać w małym domku za miastem, gdzie będzie cisza i spokój. Chciałby trochę podróżować, ale nie musi zwiedzić całego świata. Nieźle byłoby też mieć zarobki na poziomie nieco powyżej średniej, jednak nie za wszelką cenę, a już na pewno nigdy nie stanie się jego celem dążenie do ustawicznego powiększania materialnego majątku.
Nie było to dalekie od prawdy. Rzeczywiście tak wyobrażał sobie swoją przyszłość. Inna sprawa, że nie bardzo wiedział ani nawet nie próbował dociec, co ze swojej strony powinien zrobić, żeby te plany wcielić w życie. Cała ta sielanka miała zostać mu w jakiś tajemniczy sposób podarowana, jak wszystko, co do tej pory było jego udziałem.
Olka uznała, że te marzenia są również bliskie jej sercu. Sama, odpowiadając na pytania Maćka, rozsnuwała przed nim wizje kochającej się rodzinki, żyjącej w dostatku, ale bez zbędnego luksusu, dla której najważniejsze będzie wzajemne zrozumienie między wszystkimi jej członkami. Ta daleko idąca zbieżność poglądów sprawiła, że postanowili tamten wieczór spędzić razem w kawiarni na Rynku.
Maciek z trudem mógł opanować podniecenie. Zaraz po przekroczeniu progu domu oznajmił radosnym głosem, że dziś wybiera się na pierwszą w swym życiu prawdziwą randkę. Usta nie zamykały mu się od opowiadań o dziewczynie, którą poznał i w której już teraz jest bezgranicznie zakochany. Rodzice szczerze pogratulowali mu rozpoczęcia nowego rozdziału w życiu. Życzyli powodzenia, choć nie omieszkali licznymi dobrymi radami przynajmniej trochę ostudzić jego entuzjazm. Na nic się to nie zdało. Ich syn płonął świeżym, gorącym uczuciem i nie miał zamiaru słuchać czyichkolwiek przestróg.
Przeczytał na jakiejś stronie internetowej, że na pierwszej randce absolutnie, pod żadnym pozorem, nie wolno proponować dziewczynie seksu. Trzeba zaczekać, przyglądać się uważnie rozwojowi znajomości i najlepiej samemu ocenić, kiedy partnerka będzie gotowa na zaakceptowanie takiej propozycji. Postanowił zastosować się do tej zasady, mimo że zdawał sobie sprawę, iż w jego przypadku nie będzie to łatwe. Za nim tyle lat wyczekiwania, tyle godzin spędzonych w łazience albo pod kołdrą ze świerszczykiem w jednej ręce, a atrybutem własnej męskości w drugiej, tyle wyobrażeń we śnie i na jawie, jak to będzie, kiedy jego ciało zetknie się z czyimś innym, że konieczność dalszej wstrzemięźliwości teraz, kiedy szczęście było dosłownie o włos, wydawała się katorgą trudną do zniesienia. Przecież do tej pory nie musiał na nic czekać. Był kimś absolutnie wyjątkowym i przyzwyczaił się, że spełnianie życzeń należy mu się niejako poza kolejnością. W dodatku, jak ma rozpoznać, kiedy Olka będzie gotowa? Czy ktoś go kiedykolwiek uczył takiej sztuki? Może warto spytać ojca, na pewno chodził kiedyś na randki z mamą, mógłby coś o tym powiedzieć. Uznał, że lepiej nie. To były zupełnie inne czasy i obowiązywały wtedy inne obyczaje. Ponadto rodzice są pod tym względem dość konserwatywni. Wielokrotnie dawali do zrozumienia, że, ich zdaniem, z tymi sprawami lepiej poczekać do ślubu. Maćka nie stać było na tak długą zwłokę. Kiedy najwcześniej taki ślub mógłby się odbyć? Czy w ogóle do niego dojdzie? Trawiła go namiętność domagająca się jak najszybszego zaspokojenia. Mimo to, gdy wieczorem siedzieli oboje z Olką przy kawiarnianym stoliku i zajadali ciastka z kremem, popijając słodkim winem, nie wspomniał ani jednym słowem o tym, co od paru godzin rozpalało jego wnętrzności. Po powrocie do domu czuł się jak prawdziwy bohater.
Każde następne spotkanie było taką samą torturą, próbą wytrzymałości, w której rosnące w siłę pragnienie musiało być poskramiane przez równie mocną obawę, że przedwczesne odkrycie kart zburzy tę świeżą, ledwie raczkującą relację i jego gwałtowne uczucie nie tylko nie znajdzie zaspokojenia, ale będzie musiało zostać odłożone na daleką, niedającą się przewidzieć przyszłość. Wreszcie nie wytrzymał. Przed czwartą randką postanowił zasugerować swojej dziewczynie, że nadszedł czas, aby połączyło ich coś więcej niż wizyty w kawiarni i wspólne lekcje statystyki.
Inna sprawa, że nie bardzo wiedział, jak taką propozycję złożyć. Co powiedzieć, żeby zostać właściwie zrozumianym, a jednocześnie, żeby nie zabrzmiało to wulgarnie? Kogo się o to zapytać? Nie miał innego wyjścia, jak znów skorzystać ze zbiorowej mądrości użytkowników sieci.
Spośród kilkunastu proponowanych zagajeń wybrał sobie jedno, wyuczył się go na pamięć i z duszą na ramieniu udał się na umówione spotkanie. Olka domyśliła się, o co mu chodzi zanim zdążył dokończyć swoją kwestię.
— Nie mógłbyś powiedzieć tego bardziej od siebie? – przerwała mu, śmiejąc się – słychać na kilometr, że lecisz jakimś wyuczonym tekstem i w dodatku boisz się, czy dobrze zapamiętałeś. Wyluzuj trochę.
Jego twarz przybrała barwę dojrzałego pomidora. Poczuł, że zrobiło mu się potwornie gorąco, a całe ciało pokryło się kropelkami potu. Najchętniej teraz znalazłby się gdzieś głęboko pod podłogą tego lokalu i nigdy stamtąd nie wyszedł. Wszystko zepsuł. Czy Olka w ogóle zechce się z nim jeszcze spotykać? Czy on sam potrafi wybaczyć jej upokorzenie, jakiego w tej chwili doznał? Miał ochotę rzucić teraz na kawiarniany stolik bukiet kwiatów przyniesiony na tę okazję i uciec stąd gdzieś daleko. Z drugiej strony zdążył już pochwalić się rodzicom, że ma dziewczynę. Czy ma się przyznać, że po zaledwie czterech spotkaniach wszystko się rozleciało? I to jeszcze w jakich okolicznościach? Czy po tym doświadczeniu odważy się kiedykolwiek umówić z inną dziewczyną? Czy ma sam siebie skazać na zaspokajanie swych męskich potrzeb w samotności z pisemkami pornograficznymi w ręku do końca życia?
Postanowił zawalczyć o tę znajomość. Tylko jak to zrobić? Stał nieruchomo obok swojego krzesła i cały czas nerwowo ściskając w dłoni bukiet, szukał odpowiednich słów.
— Przepraszam – powiedział w końcu tonem głosu ucznia przyłapanego na ściąganiu – głupio jakoś wyszło. Ale ja tak bardzo cię kocham. Tak bym chciał, żebyśmy razem… No wiesz…, żebyśmy byli jak inne pary, żeby się bardziej do ciebie zbliżyć.
Olka nie miała zamiaru przekreślać tej znajomości z tak błahego powodu. Zbyt długo czekała na kogoś u swojego boku. Potrafiła docenić to, że Maciek nie zaczął od łóżkowych propozycji. A że w ogóle taką propozycję złożył? To normalne. Są przecież dorośli. Ona też nie szuka wyłącznie platonicznego uczucia.
— Nie przejmuj się – powiedziała już bez kpiącego uśmiechu – wszystko robi się kiedyś w życiu pierwszy raz. – Sięgnęła po trzymany przez Maćka bukiet. – Te kwiaty są naprawdę piękne. Dziękuję ci. Wiem, o co ci chodziło. Dzisiaj nie mogę. Obiecałam być w domu w miarę wcześnie. Mam tam to i owo do zrobienia. Ale w weekend chętnie pozwolę zabrać się w jakieś urocze, ustronne miejsce. Będzie mi miło.
Zbliżyła się i pocałowała Maćka w policzek. Poczuł się, jakby z samego dna piekieł wzniósł się nagle do najwyższych sfer raju.
Na urocze, ustronne miejsce – cel weekendowego wypadu, wybrał niewielki pensjonat urządzony w dawnym dworku szlacheckim w miejscowości położonej zaledwie osiemnaście kilometrów od miasta. Żadne z nich nie miało swojego samochodu, a tam można było łatwo dojechać podmiejskim pociągiem. Pensjonat znajdował się blisko stacji, otaczał go spory, dobrze utrzymany park pełen starych drzew. Był właśnie środek wiosny, więc powietrze wokół było wypełnione zapachem bzów, jaśminów i berberysów. Idealne miejsce na romantyczną przygodę.
W czwartek po południu pojechał tam sam. Wszystko dokładnie obejrzał, zarezerwował dwuosobowy pokój na jedną noc, kupił w przedsprzedaży dwa studenckie bilety w jedną i drugą stronę i zaprosił Olkę na wspólny wyjazd. Uznała jego pomysł za doskonały. Postanowili wyjechać wczesnym popołudniem, żeby zacząć tę wyjątkową randkę od wspólnego obiadu.
Odtąd pensjonat w dworku za miastem stał się ich ulubioną przystanią, gdy oboje mieli ochotę na odrobinę intymności. Recepcjonistka wkrótce zaczęła ich rozpoznawać, gdy pojawiali się w sobotnie popołudnia z prośbą o klucz do zarezerwowanego wcześniej pokoju i z życzliwym uśmiechem pytała, co u nich słychać. Zawsze odpowiadali, że wszystko dobrze i była to najszczersza prawda. Było im rzeczywiście ze sobą coraz lepiej. W wielu sprawach rozumieli się bez słów. Maciek wyzbył się całkowicie wcześniejszej nieśmiałości, stał się rozmowny, a nawet dowcipny. Szczególnie zbliżyły ich wakacje, kiedy spędzili razem całe dwa tygodnie w jednej z mało uczęszczanych nadmorskich miejscowości. Oboje nie chcieli wybrać się do żadnego ze znanych kurortów, po pierwsze z powodu ceny, a po drugie dlatego, że nie lubili zgiełku i tłoku.
Wszystkie te wypady wakacyjne i weekendowe, a także liczne prezenty, jakimi Maciek hojnie obdarowywał swoją ukochaną, były finansowane przez jego rodziców. Zgodnie uważali oni, że na tym etapie życia jedyną powinnością ich dziecka jest dobrze się uczyć, a do nich należy zapewnienie mu materialnego komfortu na maksymalnie wysokim poziomie, żeby nie musiał tracić czasu na dorabianie w jakiejś pizzerii czy McDonaldzie.
Olka i Maciek znali się już ponad rok. Ich studia dobiegały końca. Oboje szlifowali swoje prace licencjackie i zastanawiali się, czy iść na magisterkę, czy zakończyć studiowanie, poszukać pracy i zacząć dorosłe życie we dwoje. Zarówno jej jak i jego rodzice doradzali to pierwsze. Młodzi jednak nie pałali chęcią kontynuowania nauki. Woleli jak najprędzej rozpocząć nowy rozdział swoich życiorysów, zwłaszcza że w ich przewidywaniach miał to być rozdział wyjątkowo piękny i długi.
Decyzję o ślubie podjęli zaraz po ostatnich w życiu wakacjach. Sami postanowili, że będą ostatnie, chociaż teoretycznie nic nie stało na przeszkodzie, żeby pogodzić rozpoczęcie nowej drogi życia z kontynuowaniem nauki. Oboje wywodzili się z zamożnych rodzin i mogli liczyć na wsparcie ze strony swoich najbliższych, ale palili się do samodzielności. Uznali, że wiedza, jaką nabyli do tej pory w zupełności im wystarczy, żeby odnaleźć się w życiu zawodowym, a uzyskanie poczucia pełnej dorosłości jest dla nich absolutnym priorytetem. Od września oboje podjęli pracę w tej samej, dobrze prosperującej firmie, ona w księgowości, on w dziale analiz finansowych. Zarobki, jakie zaproponowano im na starcie utwierdziły ich w przekonaniu o słuszności dokonanego wyboru.
Jedni i drudzy wstępni nie kryli rozczarowania, że ich pociechy zakończyły definitywnie edukację na tak wczesnym etapie, ale uszanowali wolę młodych i rozpoczęli przygotowania do zaplanowanych na okres między Świętami a Nowym Rokiem zaślubin.
Ważniejsze od wesela było zapewnienie przyszłej młodej parze samodzielnego lokum na początek nowej drogi życia. Na jego zakup złożyły się oszczędności obu rodzin oraz pokaźnej wysokości kredyt zaciągnięty na nazwisko Maćka. Nie był to wprawdzie wymarzony domek za miastem tylko niewiele ponad trzydzieści metrów kwadratowych na nowobudowanym osiedlu, ale przecież nie od razu Kraków zbudowali. Maciek stopniowo, choć niechętnie, przyjmował do wiadomości, że niektóre marzenia wymagają trochę czasu, zanim się spełnią.
Przez cały październik i listopad trwały prace wykończeniowe przyszłego wspólnego dachu nad głową, zaś w grudniu Olka i Maciek niemal wszystkie popołudnia po pracy spędzali na wizytach w salonach meblowych i sklepach ze sprzętem AGD, wybierając to, co będzie im potrzebne do wygodnego życia we własnym gnieździe.
Ślub odbył się na dwa dni przed Sylwestrem. Liczna rzesza gości składała młodym najszczersze i najserdeczniejsze życzenia wszelkiej pomyślności i wielu razem przeżytych lat, wypełnionych wyłącznie tym, co dobre i mieszczące się w najszerzej pojętej definicji szczęścia. Wraz z Nowym Rokiem zaczynał się dla nich nowy rozdział życia. Wkraczali w niego pełni optymizmu, zakochani i otoczeni ludzką życzliwością. Wypadałoby w tym miejscu zakończyć tę opowieść, wieńcząc ją baśniowym sformułowaniem: „A potem żyli długo i byli szczęśliwi”. Tylko, że baśnie zapisane na kartach książek nie znajdują swojego odzwierciedlenia w rzeczywistości.
Kamilek przyszedł na świat niemal dokładnie rok po ślubie. Śliczny i stuprocentowo zdrowy chłopczyk. Olka też czuła się dobrze i już po trzech dniach razem z maluchem wróciła do domu. Wszyscy odwiedzający świeżo upieczonych rodziców zapewniali, że pierworodny syn jest pod każdym względem podobny do ojca, a Maćkowi rosło serce i pękał z dumy, gdy słyszał te słowa. Właściwie to nie wyobrażał sobie, żeby mogło być inaczej. Był przecież kimś absolutnie wyjątkowym i taki prezent od losu po prostu mu się należał.
Na swoje nieszczęście Kamilek nic nie wiedział o tym, że ma absolutnie wyjątkowego ojca. Nie miał pojęcia, jak bardzo ceni on sobie ciszę i spokój i nie znosi, żeby mu się przeciwstawiano. Nie pytał o pozwolenie na płacz albo na zabrudzenie pieluchy. Nie przestrzegał też pór posiłków ustanowionych przez dorosłych. Maciek początkowo starał się to zaakceptować. Tłumaczył sobie, że to normalne, że mały prędzej czy później z tego wyrośnie. Jednak wraz z upływem czasu, czuł się coraz bardziej zmęczony. Stał się nerwowy. Zaczął pokrzykiwać na Olkę, żeby coś z tym zrobiła. On musi przecież odpocząć po pracy. Ma prawo do świętego spokoju. Domaga się go. Dlaczego nikt go nie słucha?
Olka nie miała ochoty na pełnienie roli kury domowej, której powołaniem jest niańczenie dziecka i nadskakiwanie mężowi. Oczekiwała partnerskiego podziału obowiązków. Skoro Maciek zapewniał wielokrotnie, jak bardzo kocha ją i Kamilka, to niech to jakoś okaże, włączy się w czynności pielęgnacyjne. Jej też należy się odpoczynek. Kłócili się coraz częściej z tego powodu. Oboje mieli poczucie, że idylliczna miłość, jaka łączyła ich przed pojawieniem się syna, bezpowrotnie zniknęła. Coś między nimi zaczęło pękać. W dodatku nie mieli pomysłu, jak to skleić. Słyszeli nieraz, że związki przeżywają kryzysy, ale dlaczego właśnie ich to spotyka i dlaczego tak wcześnie? Przecież są ze sobą niecałe półtora roku. No, może prawie trzy, jeśli doliczyć znajomość przed ślubem. Świadomość owego pęknięcia napawała ich bólem i dodatkowo wzmagała stan napięcia u utrudzonego pracą zawodową Maćka oraz znużonej domowymi obowiązkami Olki.
To było latem. Wakacyjnego wyjazdu w tym roku nie zaplanowali. Bali się, że nie poradzą sobie z pielęgnacją Kamilka w hotelowych warunkach, a nie mieli go z kim zostawić. Rodzice Maćka byli wprawdzie gotowi poświęcić własny urlop na zaopiekowanie się ukochanym wnusiem i przychylenie w ten sposób nieba swojemu najdroższemu synkowi, ale Olka nie chciała o tym słyszeć. Miała w swoim otoczeniu złe przykłady z dziećmi wychowywanymi przez dziadków i stanowczo stwierdziła, że nie dopuści do podobnej sytuacji we własnej rodzinie. Woli przesiedzieć dwa, a nawet trzy lata w domu bez wyjazdów niż mieć takie kłopoty, jakich zaznały jej dwie starsze kuzynki. To postanowienie stało się przyczyną kolejnej kłótni między małżonkami i znacznie ochłodziło ich wzajemne relacje.
Maciek miał w pracy szczególnie trudny dzień. Szykowała się kontrola z centrali firmy. Trzeba było przejrzeć wszystkie papiery, sprawdzić, czy nie brakuje czegoś, co może okazać się ważne. Praca to w ogóle było dla Maćka źródło dodatkowej frustracji. Tutaj nie mógł się czuć jak ktoś absolutnie wyjątkowy. Był najmłodszym pracownikiem w swoim dziale i zazwyczaj zlecano mu czynności, które, w jego przekonaniu, równie dobrze mógłby wykonać ktoś po maturze, niekoniecznie z dyplomem licencjata i to opatrzonym oceną bardzo dobrą. Poczucie niedocenienia i nadmiar mało pasjonującej roboty sprawiały, że zwykle wracał do domu zły i rozdrażniony.
Tego dnia tej żmudnej pracy było wyjątkowo dużo. Do tego na dworze panował piekielny, zwalający z nóg upał. Przy takiej pogodzie, po ciężkiej harówie człowiek marzy tylko o jednym: rozłożyć się na kanapie z puszką zimnego piwa w garści i zapomnieć o całym świecie.
Kamilek miał siedem miesięcy i właśnie zaczęły mu się wyrzynać górne jedynki, a także pierwsza dolna dwójka. Z tego powodu był szczególnie marudny Dodatkowo wysoka temperatura panująca w pozbawionym klimatyzacji mieszkaniu działała na niego podobnie jak na dorosłych, tyle, że dużo intensywniej. Olka też czuła się wykończona, więc postanowiła skorzystać z powrotu Maćka i wymknąć się na kilka godzin z domu. Chciała ochłonąć. Pospacerować trochę nad wodą w cieniu drzew. Zregenerować nadwerężone siły. Maciek miał jej to za złe. Przecież on wrócił z pracy, a ona cały dzień siedziała w domu. To jemu należy się odpoczynek. Jak ona śmie zostawiać go sam na sam z płaczącym dzieckiem.!? Jego gwałtowne protesty nie znalazły posłuchu. Olka nie zamierzała ustępować przed emocjonalnym szantażem. Rozstali się w fatalnych nastrojach.
Maciek na początek natarł dziąsła niemowlaka lidodentem, pokołysał chwilę na rękach, czekając aż uśnie, ułożył go w łóżeczku, nakrył kołderką i sam położył się na kanapie. Miał nadzieję na odrobinę relaksu. Nie spodziewał się, że zaśnie. Chciał tylko zaznać trochę spokoju, poleżeć w ciszy, uporządkować skołatane myśli, pozbierać się.
Tymczasem Kamilek już po kilku minutach zaczął głośno sygnalizować, że pilnie potrzebuje zmiany pieluchy. Trzeba było zwlec się z kanapy, przewinąć go, umyć i pokołysać przez chwilę. Skoro jednak maluch poczuł tylko, że ponownie trafia do łóżeczka, natychmiast zaczynał płakać. Dopiero kolejne kilkanaście minut spędzone na rękach ojca sprawiło, że  usnął na dobre i nie zauważył zmiany swojego położenia.
Maciek mógł ponownie lec na kanapie i w ciszy delektować się chłodnym, chmielowym trunkiem. Starał się odpędzić od siebie natrętne myśli cały czas mącące jego spokój. Kłopoty w pracy mieszały się w jego głowie z pretensjami wobec żony, która coraz mniej liczy się z jego potrzebami, troszcząc się głównie o zaspokojenie własnych. Nie tak to sobie wyobrażał, kiedy się pobierali
Lidodent najwyraźniej przestał działać, bo wyrzynające się ząbki znów zakłóciły Kamilkowi spokojny sen i skłoniły go do zmącenia ciszy i brutalnego przerwania relaksu jego ojcu. Wtedy właśnie w Maćka wstąpił ów straszliwy demon. Nie jeden, cały legion demonów, jak niegdyś w pewnego mieszkańca Gerazy. Podszedł do łóżeczka, chwycił Kamilka na ręce i… Nie! Nawet teraz, choć minęło już pięć lat, zawsze chwyta go jakiś dziwny skurcz za gardło, gdy pomyśli, co się stało potem.
Kiedy wszelki płacz ucichł w jednym momencie, jak nożem uciął, Maciek ukląkł przed leżącym na podłodze synem i zaczął błagać go, żeby się jeszcze raz odezwał, albo przynajmniej poruszył, dał jakikolwiek znak życia. Nie doczekał się. Malec leżał milczący i nieruchomy, tylko jego cera stawała się z każdą chwilą coraz bardziej sina.
Olka wróciła z miasta niecałą godzinę później. Zastała męża klęczącego nad nieruchomym synem i uderzającego w geście rozpaczy głową o podłogę. Kiedy usłyszał, że wchodzi, podniósł się, zwrócił w jej stronę i krzycząc na całe gardło, zasypał ją potokiem pretensji. To ona była winna temu, co się stało. Gdyby nie wyszła, nie zostawiła go samego… Ruszył w jej kierunku z zaciśniętymi pięściami. Odepchnęła go z całej siły, zanim zdążył cokolwiek zrobić. To go przyhamowało. Cofnął się, oparł o framugę drzwi między pokojem a przedpokojem i zaczął płakać.
Na Olce ten płacz nie zrobił wrażenia. Wszystkie pozytywne uczucia, jakie do tej pory żywiła dla swojego męża wyparowały z niej w jednej sekundzie
— Nie zbliżaj się do mnie, ty bydlaku – zawołała głośno, aż jej krzyk, dzięki otwartym na oścież oknom, dał się słyszeć na całej ulicy. Podbiegła do drzwi wyjściowych, oparła się o nie plecami, z torebki cały czas przewieszonej przez ramię wyciągnęła telefon i zadzwoniła na policję. Stała przy tych drzwiach aż do przybycia funkcjonariuszy. Niepotrzebnie, Maciek nie miał zamiaru uciekać. Był zbolały i oszołomiony.
Na procesie oskarżała go gwałtownie. Krzyczała i miotała obelgi. Aż sędzia musiał ją przywoływać do porządku. Zaraz po ogłoszeniu wyroku wystąpiła o rozwód. Od czasu osadzenia go w więzieniu nie pojawiła się ani razu. Maciek do dziś nie może zrozumieć, jak to możliwe, że wszystko, co ich wcześniej łączyło, mogło tak doszczętnie zniknąć – nagle i bez śladu. Nie chce jej oskarżać. Wie, że to on zawinił i nie wolno mu oczekiwać litości od nikogo, zwłaszcza od niej. Tylko tak mu ciężko znosić samotność za tymi murami! Tak mu ciężko!
Z dziesięciu lat, jakie mu zasądzono, zostało jeszcze pięć. Nie wyobraża sobie, żeby wytrzymał tu tak długo. Dlaczego od razu nie wymierzono mu innej kary? Takiej, która na zawsze uwolniłaby go od wszelkiej udręki, od koszmaru wracających każdego dnia wyrzutów sumienia? Wiadomo. Nie ma jej od dawna w kodeksie. Uznano ją za niehumanitarną. A kazać człowiekowi przez tyle lat szamotać się z demonami, które niegdyś na jedną sekundę opanowały jego duszę, to jest humanitarne? Czy któryś z prawników albo polityków decydujących o takim, a nie innym kształcie kodeksu przeżył choć jeden dzień z tak przygniatającym poczuciem winy? Wiele razy myślał, że jak tylko wyjdzie na wolność, sam wymierzy sobie sprawiedliwość, tę, której nie wolno było wymierzyć sądowi. Wie, że tego nie zrobi. Cierpi wprawdzie straszliwie z powodu tej jednej chwili niezapanowania nad sobą, ale zbyt mało w nim odwagi, żeby podnieść na siebie rękę.
Czy w całym wszechświecie jest ktoś, kto mógłby wybaczyć mu jego zbrodnię? Nie wyobraża sobie kogoś takiego. Dla Olki już nie istnieje. Ona z pewnością nigdy nie zapomni tego, co przeżyła w tamten lipcowy dzień i nigdy nie pomyśli dobrze o człowieku, który jej to zgotował.
Dla społeczeństwa stał się wyrzutkiem, śmieciem niewartym współczucia, kimś bez godności. Najdobitniej przekonał się o tym tu, za kratami Towarzysze z celi cenią sobie włamywaczy, rabusiów i kieszonkowców, z którymi mogą wymieniać się doświadczeniami, ale dla takich, jak Maciek nie mają litości. Tym bardziej nie mają jej porządni obywatele oglądający ze zgrozą w telewizji relacje z wydarzeń takich, jak to przed pięciu laty w jego domu.
Nawet na rodziców nie może teraz liczyć. Zawsze był dla nich całym światem. Nie szczędzili mu niczego, czego tylko zapragnął i gotowi byli sięgnąć nawet po gwiazdkę z nieba, byle go tylko uszczęśliwić. Jednak po tym, co się stało ojciec dostał zawału i umarł. Nie doczekał nawet procesu. Mama była w sądzie, ale gdy próbowano ją przesłuchać, nie wydobyła z siebie ani słowa. Zalewała się tylko łzami i szlochała spazmatycznie. Później znalazła się pod opieką psychiatrów. Od zakończenia sprawy nie widział jej nigdy więcej.
Sam sobie też nie potrafi wybaczyć. Tamto popołudnie wywróciło do góry nogami całe jego dobre mniemanie o sobie. Do tej pory to inni mogli być źli, koledzy ze szkoły, nauczyciele, współpracownicy i szefowie. On był zawsze dobry, był kimś absolutnie wyjątkowym, wcieloną niewinnością pozbawianą niekiedy niesłusznie tego, co jej się bezwzględnie należało. Teraz musi myśleć o sobie jako o zbrodniarzu. To zdecydowanie za dużo, jak na jego nieprzywykłe do dźwigania ciężarów barki.
Pozostał jedynie Bóg, ale o Nim Maciek już dawno zapomniał. Jeszcze w dzieciństwie przekonał się, że nie da się krzyknąć do Niego „Ja chcę” i liczyć na natychmiastowe spełnienie swojej prośby, więc zaliczył Go do grona tych złych, których on – osoba absolutnie wyjątkowa powinien raczej unikać niż się z nimi spoufalać. Nie będzie przecież żebrał. Teraz byłby gotów żebrać, nawet leżąc w prochu, ale czy On jest władny wybaczyć w imieniu tych wszystkich, którzy nie chcą albo nie mogą? Przede wszystkim powinien błagać o to Kamilka, który zapewne gdzieś w pozaziemskiej przestrzeni przygląda się w tej chwili jego udręce. Czy spotka go, gdy sam się znajdzie po tamtej stronie? Co mu wtedy powie? Że nie chciał? Że cały czas go kocha? Że po prostu był zmęczony i chciał odpocząć? Czy to samo słowo, którym zwracamy się do pasażera zagradzającego nam przejście w tramwaju, wystarczy, żeby usłyszeć przebaczenie z ust kogoś, komu tak brutalnie przerwało się ledwie rozpoczęte życie?

Nie pozostało mu nic innego, jak wierzyć, że tak się kiedyś stanie. Przekroczy barierę rozdzielającą dwa światy, ujrzy swojego syna, upadnie przed nim, błagając o litość, a on wyciągnie do niego małą, pulchną rączkę i powie: „Tatusiu, zrobiłeś mi wielką krzywdę, ale to było dawno. Chodź, powiemy mamie, babci i dziadkowi, że już się na ciebie nie gniewam,” Wtedy nawet Stwórca się do niego uśmiechnie. Musi mieć nadzieję, że tak właśnie będzie. Najgorsze, że nie może po prostu tupnąć nogą i krzyknąć: „Ja tak chcę”. Nie ma prawa tego żądać. Może tylko mieć nadzieję. Nie jest już kimś absolutnie wyjątkowym. Przestał nim być w ciągu tej jednej sekundy.

czwartek, 17 listopada 2016

 

Stówa


Wysoki, przenikliwy dźwięk domofonu wyrwał Grześka ze snu o wpół do ósmej rano i od razu wprawił w zły nastrój. Zaspany zwlókł się z łóżka i wolnym, człapiącym krokiem podszedł do drzwi. Poprzedniego wieczoru wypił trochę za dużo, więc teraz zaczął męczyć go kac. Tym bardziej na usta cisnęły mu się siarczyste przekleństwa pod adresem nieoczekiwanego gościa.
- Kto tam?! – burknął opryskliwym tonem do słuchawki. Po drugiej stronie usłyszał zdyszany głos Marka, swojego najlepszego kumpla.
Marek mówił szybko, co chwilę łapiąc powietrze. W jego głosie słychać było mieszaninę strachu i podniecenia.
- Stary, sorry, że tak wcześnie zawracam ci głowę, ale mam poważne kłopoty. Wpuść mnie. Pogadamy na górze.
 Każdego innego Grzesiek przepędziłby na cztery wiatry, ale Marek zajmował w jego życiu szczególne miejsce. Znali się jeszcze od czasów szkolnych, a przez kilka ostatnich lat wszystkie wolne od pracy chwile spędzali w jedynej w ich miasteczku knajpie o wdzięcznej nazwie „Basieńka”. To właśnie w jego towarzystwie pił wczoraj do późnych godzin i teraz boleśnie odczuwał skutki tej libacji. Jeśli stary druh, z którym z niejednego pieca się chleb jadło wpadł w tarapaty, to trzeba przynajmniej go wysłuchać. Na pewno nie zamknie mu drzwi przed nosem.
- Wejdź – powiedział nieco ochryple i przycisnął guzik zwalniający blokadę zamka przy bramie wejściowej.
Zaraz też wyciągnął z barku butelkę „Krakusa” i dwa kieliszki, żeby należycie ugościć przyjaciela. Marek jednak odmówił.
- Śpieszę się, mam mało czasu – powiedział, gdy gospodarz próbował zaprosić go do stołu. – Posłuchaj, cholernie pilnie potrzebuję stu złotych. Oddam najpóźniej za tydzień, na bank, jak Boga kocham! Wiesz, że pracuję teraz na budowie u Walczaka. Powiem mu, żeby dał mi zaliczkę i od razu biegnę do ciebie. Daję słowo. Znasz mnie przecież.
- Co cię tak przycisnęło, jeśli wolno spytać? – Grzesiek nie miał ochoty rozstawać się nawet na krótko z tak pokaźną kwotą, dlatego starał się wybadać, na co jego kompan od kielicha potrzebuje tak pilnie tylu pieniędzy.
- Eh, dużo by gadać. Opowiem ci kiedyś w „Basieńce”, jak już wszystko się dobrze skończy. Stary, mi naprawdę teraz cholernie się śpieszy. Proszę cię, daj mi tę stówę, jak chcesz, a jak nie, to cześć i nie ma sprawy, ale myślę, że nie zostawisz kumpla w potrzebie. To jak będzie?
- Dlaczego nie pójdziesz od razu do Walczaka po zaliczkę? – Grzesiek próbował jeszcze negocjować.
- Teraz by mi nie dał. Za krótko u niego pracuję. Ale po całym tygodniu będzie można już o coś poprosić. Tyle, że ja nie mogę czekać do następnego tygodnia. Muszę mieć tę kasę dziś, natychmiast! Rozumiesz?!
Sprawa wyglądała na wyjątkowo poważną. Przez cały okres ich liczącej już ponad dziesięć lat znajomości Marek nigdy nie pożyczał od Grześka pieniędzy. W drugą stronę zresztą też nie. Razem pili, razem podrywali miejscowe dziewczyny, ale w sprawach finansowych zachowywali absolutną odrębność. Obaj zdawali sobie sprawę, że nic tak nie niszczy przyjaźni, jak wzajemne długi. Toteż fakt, że Marek zdecydował się naruszyć tę świętą zasadę, wskazywał na okoliczności rzeczywiście niezwykłe. Dlatego, chociaż żal mu było pozbywać się takiej gotówki, postanowił wspomóc przyjaciela w potrzebie.
- Tylko pamiętaj, - powiedział surowym tonem, wręczając koledze zielonkawy banknot z wizerunkiem zwycięzcy spod Grunwaldu – za tydzień chcę tę forsę widzieć z powrotem. Inaczej marny będzie twój los..
- Spokojna głowa – odpowiedział zadowolony z osiągnięcia swojego celu Marek – Walczak to solidny facet. Nie żeruje na pracownikach, jak inni. On też rozumie ludzi. Na pewno w przyszłym tygodniu da mi zaliczkę, jak go poproszę. Teraz lecę, bo naprawdę nie mam już czasu. Cześć.
Odebrał banknot i czym prędzej zbiegł z łoskotem po schodach.
Grzesiek rozbudził się na dobre. Nalał sobie wódki przygotowanej dla Marka i wychylił do dna. Trudno, kumpel nie chciał się poczęstować, to trzeba samemu wybić sobie tego klina. Próbował zgadnąć, na co Markowi tak pilnie potrzebne było sto złotych. W co się ten chłopak wpakował? Jeszcze wczoraj wieczorem, gdy razem siedzieli w „Basieńce”, o niczym nie wspominał. Żadne sensowne wytłumaczenie nie przychodziło mu jednak do głowy. W końcu zrezygnował z tego jałowego intelektualnego wysiłku i ponownie położył się na łóżku.
Jemu dziś nie śpieszyło się nigdzie. Nie miał obecnie żadnej pracy. Obaj z Markiem pracowali przeważnie „na zmianę”. Nie należeli do ludzi pracowitych. Zajęcia szukali zazwyczaj dopiero wtedy, gdy kieszenie zaczynały świecić pustkami. Zazwyczaj podłapywali jakieś fuchy na czarno, żeby zbytnio nie brudzić sobie rąk dokumentami, no i nie płacić podatków. Grzesiek właśnie kilka dni temu skończył taką fuchę, odebrał zapłatę, więc chwilowo był przy forsie. Markowi z kolei kasa się kończyła, więc od przedwczoraj on zaczął pracować.
Jak tylko zaczęło się ściemniać Grzesiek udał się swoim zwyczajem do „Basieńki”. Spodziewał się spotkać tam Marka. O tej porze powinien już zejść z roboty i wpaść „na jednego”. Tym razem jednak kompan w restauracji się nie pojawił. Grzesiek czekał aż do zamknięcia lokalu, dzwonił kilkakrotnie, za każdym razem słysząc po drugiej stronie bezbarwny głos komputera informujący, że „abonent jest czasowo niedostępny”. Około dziewiątej zdecydował się odwiedzić kolegę w jego mieszkaniu. Gdy po kilkunastu próbach użycia domofonu nie doczekał się odpowiedzi, zaniepokoił się na dobre. Zaczęły budzić się w nim podejrzenia, że ten niby wypróbowany druh, z którym znali się jak łyse konie, jednak wystawił go do wiatru. Pożyczył kasę i zniknął z nią gdzieś bez śladu. Wzbierała w nim złość na Marka i na samego siebie, że tak łatwo dał się wyprowadzić w pole.
Nazajutrz udał się na skraj miasta, gdzie miejscowy potentat branży odzieżowej budował nowy dom w prezencie ślubnym dla swojej najstarszej latorośli.
- Marek? – odpowiedział zagadnięty właściciel zabudowywanej posesji. – Owszem, pracował tu, ale tylko dwa dni. Wczoraj już się nie zjawił. Zdziwiło mnie to, bo wydawało się, że zależy mu na tej robocie. A co, do „Basieńki” też nie przyszedł? Ty chyba powinieneś najlepiej wiedzieć, co on porabia. Trzymacie się przecież razem od niepamiętnych czasów.
- Właśnie w tym rzecz, że nie wiem. – W głosie Grześka można było wyczuć wzbierający gniew. – Od wczoraj przepadł jak kamień w wodę. Martwię się o niego.
- Eh, da sobie radę. Dziecko nie jest. Może pojechał na wieś do swoich rodziców, zapił tam i zapomniał wrócić. Jak wytrzeźwieje to się znajdzie, ale u mnie już sobie nie popracuje. Ja wszystko rozumiem, ale takiego bumelanctwa nie będę tolerował.
Grzesiek burknął pod nosem: „Do widzenia” i odszedł z narastającym uczuciem wściekłości. Ostatnie słowa Walczaka pozbawiły go nadziei na szybkie odzyskanie pożyczonych stu złotych. Ponadto nie był wcale pewien, czy wersja wydarzeń zasugerowana przez niedawnego pracodawcę jego kolegi była prawdziwa. Marek zerwał kontakty ze swoimi rodzicami jako osiemnastolatek, gdy usunięto go z ogólniaka za zbyt dużą liczbę nieusprawiedliwionych nieobecności. Podobno ojciec zrobił mu z tego powodu straszną awanturę. W całej wsi było ich słychać. Następnego dnia Marek spakował swoje manatki, przyjechał do miasta, wynajął kawalerkę na poddaszu w starej kamienicy bez wygód, byle jak najtaniej i więcej się w rodzinnych stronach nie pokazał. Od tamtego też czasu zaczęła się jego przyjaźń z Grześkiem, bo właśnie u niego przenocował kilka pierwszych dni, zanim znalazł sobie odpowiednie lokum.
Trudno było sobie wyobrazić, że akurat teraz zatęsknił za swoimi rodzicami i postanowił pozostać u nich przez dwa dni, ryzykując utratę ledwie co znalezionej pracy. Bardziej prawdopodobne wydawało się, że uciekł gdzieś z pożyczonymi pieniędzmi. Tylko po jaką cholerę to zrobił? Na ile wystarczy mu ta stówa. Co dalej zamierza robić. Przecież po takim numerze nie ma co się tu w ogóle pokazywać. Już on, Grzesiek, zadba, żeby mu odpowiednio umilić życie.
Po powrocie do domu, nie mógł sobie znaleźć miejsca. Chodził po pokoju tam i z powrotem, cały czas rozmyślając o tym, co właściwie mogło się zdarzyć i przeklinając w duchu nielojalność kolegi oraz własną łatwowierność.
Niespodziewany dzwonek domofonu przywrócił go nagle do rzeczywistości. „Może to Marek?” – pomyślał i poszedł czym prędzej otworzyć. Głos po drugiej stronie słuchawki nie był jednak głosem jego długoletniego przyjaciela.
- Policja – usłyszał w odpowiedzi na swoje zapytanie: - Chcielibyśmy zadać panu kilka pytań.
„Czego, u licha może chcieć ode mnie policja? – przemknęło mu przez głowę – Przecież niczego nie ukradłem, z nikim się nie pobiłem, nie mam samochodu, żeby naruszyć jakiś przepis drogowy. O co może im chodzić. Jednak zdawał sobie sprawę, że z władzą lepiej nie zadzierać, więc posłusznie otworzył.
Funkcjonariusze najpierw wypytywali szczegółowo o Marka – kiedy ostatni raz go widział, o czym rozmawiali itp. Dopiero na końcu, gdy zorientowali się, że przesłuchiwany wie niewiele na interesujący ich temat, sami wyjaśnili, co ich tu sprowadziło. To, co Grzesiek usłyszał, dosłownie ścięło go z nóg. Kilka godzin temu, przy drodze wojewódzkiej nr 372, około stu kilometrów od miasta znaleziono zwłoki Marka obok rozbitego motocykla. We krwi miał prawie jeden promil alkoholu. Wczoraj przed północą właściciel tego motocykla, mieszkaniec jednej z miejscowości w sąsiednim powiecie zgłosił jego kradzież.
Nie ulegało wątpliwości, że nagła śmierć Marka miała ścisły związek z pożyczonymi dzień wcześniej pieniędzmi. Pewnie wplątał się w jakąś aferę, ktoś żądał od niego kasy. Może stówa nie wystarczyła? Na więcej nie miał co liczyć, więc postanowił uciec. Tak, czy inaczej, wszystko wskazywało na to, że, nawet gdyby nie zginął w wypadku, prawdopodobieństwo odzyskania przez Grześka swoich pieniędzy było nader mizerne. Teraz zaś zmalało do zera. Poczuł się oszukany przez przyjaciela i postanowił, że nigdy mu tego nie wybaczy.
Na pogrzebie się nie pojawił. Nie chciał żegnać się z kimś, kto go tak niegodziwie potraktował. Od tego czasu stał się markotny i mało rozmowny. Przestał odwiedzać „Basieńkę”, zbyt wiele złych wspomnień przywoływało teraz to miejsce. Wódkę kupował tylko w najbliższym sklepie, przynosił do domu i pił do lustra. Zawsze przy tym przeklinając wiarołomnego kumpla. Nikt mu w tym nie przeszkadzał. Od śmierci matki mieszkał sam. Ojciec zmarł na zawał, gdy był jeszcze w podstawówce. Własnej rodziny nie założył i nie miał takiego zamiaru. Zdawał sobie sprawę, że żona, jaka by nie była, nie pozwoli na codzienne wizyty w knajpie, będzie nalegała na podjęcie stałej pracy i przynoszenie pieniędzy do domu, a taka stabilizacja zdecydowanie nie leżała w jego naturze. Marek podzielał w pełni jego poglądy na życie i to ich przez wiele lat łączyło aż do momentu zaciągnięcia tej feralnej pożyczki.
Policja po kilku tygodniach umorzyła śledztwo w sprawie kradzieży motocykla i śmierci Marka. Nie znaleziono żadnych dowodów czyjejkolwiek współwiny w tych zdarzeniach, a wobec śmierci ich jedynego sprawcy dalsze postępowanie nie miało racji bytu. Tajemnicę tego, co naprawdę zdarzyło się między wizytą u Grześka, a wypadkiem na drodze nr 372, Marek zabrał ze sobą do grobu. Mieszkańcy miasteczka przez pewien czas żywo o tym dyskutowali, w miarę upływu czasu cała sprawa zacierała się jednak stopniowo w ich pamięci wypierana przez codzienne troski. Tylko jeden Grzesiek ciągle nie mógł przeboleć bezpowrotnie utraconych stu złotych.
Pewnego popołudnia, gdy dopiero co wrócił z kolejnej dorywczej pracy i siedział w pustym mieszkaniu nad butelką „Extra Żytniej”, przy jego drzwiach zadźwięczał domofon. Zdziwił się bardzo. Z nikim się przecież nie umawiał, nie miał znajomych, którzy mogliby chcieć złożyć mu wizytę. Owszem, bywały czasy, kiedy zapraszał do siebie jedną czy drugą poznaną na mieście dziewczynę, bo choć żenić się nie zamierzał, to w roli wstrzemięźliwego celibatariusza też sobie siebie nie wyobrażał, ale nie teraz, nie po śmierci Marka. Od tamtego zdarzenia zamknął się w sobie i chyba ostatnimi osobami, które do niego dzwoniły byli ci policjanci, którzy chcieli go wtedy przesłuchać. Nie miał zamiaru otwierać, ale kiedy dzwonek powtórzył się trzeci raz, podniósł się niechętnie z krzesła i podszedł do drzwi.
- Przepraszam, czy pan Grzegorz Tomaniak? – Usłyszał w słuchawce nieznajomy głos starszego człowieka.
- Tak, to ja – odpowiedział Grzesiek – o co chodzi?
- Jestem ojcem Marka Krawczyka, pańskiego kolegi – przedstawił się przybysz. – Mam sprawę do pana. Czy moglibyśmy porozmawiać?
Grzesiek był zaskoczony. Czego może od niego chcieć ojciec tego oszusta i złodzieja (inaczej teraz nie potrafił myśleć o Marku)? Czyżby chciał, podobnie jak jego syn, wyłudzić od niego jakieś pieniądze? Z pewnością nie da się na nic naciągnąć. Jak tylko stary wspomni o pożyczce, przepędzi go na cztery wiatry. Najchętniej w ogóle by go nie wpuszczał, ale ciekawość, co też sprawiło, że ten człowiek zadał sobie tyle trudu, żeby odnaleźć kolegę swojego syna i odbyć prawie godzinną podróż autobusem, w celu złożenia mu wizyty, przeważyła.
- Proszę – powiedział i przycisnął guzik otwierający bramę.
Po chwili w drzwiach jego mieszkania stanął siwowłosy mężczyzna o nieco przygarbionej sylwetce i twarzy pooranej zmarszczkami. W żylastych, spracowanych dłoniach ściskał stuzłotowy banknot.
- Mój syn przyśnił mi się wczorajszej nocy – zaczął powoli i trochę niepewnie swoją wypowiedź – podobno przed śmiercią pożyczył od pana sto złotych i nie zdążył oddać, a pan ciągle nie może mu tego wybaczyć. Czy to prawda?
- Zgadza się – odpowiedział Grzesiek, niedowierzając własnym uszom.
- Jemu jest bardzo ciężko na tamtym świecie, z tego powodu – ciągnął dalej niespodziewany gość – Poprosił mnie, żebym oddał panu jego dług, bo dopiero wtedy on będzie mógł tam zaznać spokoju. Przynoszę panu te pieniądze. Proszę, niech pan wybaczy mojemu synowi i nie myśli o nim źle. On naprawdę chciał je panu oddać, tylko nie zdążył. To nie był zły chłopak, chociaż trochę pogubił się w życiu.
- Skąd pan wiedział, gdzie ja mieszkam? – zapytał Grzesiek, któremu dosłownie zakręciło się w głowie od tego, co usłyszał.
- Syn mi powiedział. W tym śnie podał mi dokładny pana adres. Jak się obudziłem to zaraz go sobie zapisałem. Na początku trochę się bałem, czy to aby nie jakieś tam senne majaki, ale w końcu pomyślałem sobie: wola zmarłego – rzecz święta. Wybrałem się na najbliższy autobus i przyjechałem. Proszę, oto pańska własność – wyciągnął w kierunku Grześka rękę ze stuzłotowym banknotem.
Grzesiek poczuł się, jakby ktoś walnął go kijem baseballowym między oczy. Czy to możliwe, żeby Marek z tamtego świata zatroszczył się o oddanie mu pieniędzy? Do tej pory nie zastanawiał się nigdy nad sprawami życia pozagrobowego. Nie uważał się za wierzącego. Kościół zwykle omijał szerokim łukiem. Owszem, w podstawówce i gimnazjum chodził na lekcje religii, ale zapamiętał z nich jedynie, że należy kochać papieża-Polaka i że nie wolno przerywać ciąży. O życiu po śmierci, o tym, co się tam najbardziej liczy, nie przypomina sobie, żeby cokolwiek mu mówiono. Więc nie skradziony motocykl, nie to, że pił przez całe życie, że porzucił rodzinny dom, nawet nie te wszystkie dziewczyny, które zaliczył i chwalił się tym na prawo i lewo, tylko te pożyczone sto złotych ciążyło mu najbardziej. Widocznie wszyscy inni mu wybaczyli, tylko on – najbliższy przyjaciel – nie potrafił. To znaczy, że w przyszłym życiu najważniejsze jest przebaczenie ze strony ludzi, których tu na ziemi się skrzywdziło.
W tym momencie przypomniał sobie Beatę. To była dziewczyna z pobliskiej wsi, którą poderwał jakieś pięć lat temu. On traktował tę znajomość jak przelotny romans bez znaczenia, ona liczyła na coś znacznie więcej. Pewnego razu, gdy zamierzał już zakończyć tę przygodę, zadzwoniła do niego i oznajmiła, że jest w ciąży. Wyśmiał ją. Powiedział, że tylko idiotki nie potrafią się należycie zabezpieczyć, jego to nie obchodzi, żadnej kasy na dziecko od niego nie wyłudzi, a nawet jak pójdzie do sądu po alimenty, to i tak ich nie dostanie, bo on przecież nigdzie oficjalnie nie pracuje. Dwa dni później miasto obiegła wiadomość, że Beata nie żyje. Podobno wypiła całą butelkę płynu do WC. Przepaliło ją na wylot, nie było żadnych szans na ratunek. Czy po wypiciu żrącego płynu miała jeszcze czas, żeby przebaczyć mu, że umiera z jego powodu? A jeśli nie? Jeśli do ostatniej chwili przeklinała go za to, jak ją potraktował? Czy kiedyś będzie mu z tego powodu ciężko tak, jak teraz Markowi? Kogo wtedy pośle i dokąd, żeby prosić o przebaczenie?
- Panie Krawczyk – powiedział po chwili namysłu – niech pan zatrzyma sobie te pieniądze. Panu na pewno przydadzą się bardziej niż mnie. A Markowi, jak znów się panu przyśni, niech pan powie, że się na niego nie gniewam. Nie będę już więcej źle o nim myślał, obiecuję panu.
- Bardzo dziękuję. Z całego serca panu dziękuję. Niech Bóg panu wynagrodzi. – Ojciec Marka ukłonił się kilkukrotnie, Schował do kieszeni trzymany w rękach banknot i pośpiesznie opuścił mieszkanie Grześka.
Gospodarz zamknął za nim drzwi. Wrócił do pokoju i ciężko opadł na kanapę. Gdyby jeszcze godzinę temu ktoś powiedział mu, że tak łatwo zrezygnuje z należnych sobie pieniędzy, puknąłby się w czoło, ale po tym, co usłyszał od tego człowieka nie mógł postąpić inaczej. „Tak, ludziom trzeba wybaczać, wszystko wybaczać, zawsze wybaczać – powtarzał sobie bez przerwy – wtedy może nam też będzie wybaczone. Czy Beata usłyszy, jak będę ją teraz prosił o wybaczenie? Muszę w to wierzyć, muszę, inaczej strach będzie umierać!”
Od tego czasu niemal każdego dnia można spotkać Grześka w kościele na wieczornym nabożeństwie. Staje zwykle w przedsionku, żeby nie rzucać się ludziom w oczy i modli się – za duszę Marka i o to, żeby Beata z zaświatów wybaczyła mu wyrządzoną jej niegdyś krzywdę.