środa, 28 września 2016

Równowaga


Artur stał na peronie nowoczesnego dworca kolejowego. Lubił tu przebywać. Zbudowany z ogromnym rozmachem obiekt z dziesięcioma peronami i dwudziestoma torami oraz olbrzymią halą, pełniącą funkcję nie tylko miejsca obsługi podróżnych, lecz także największej w mieście galerii handlowo-gastronomicznej, budził niezmiennie jego zachwyt. Każdego dnia dziesiątki pociągów w dwunastu kierunkach odjeżdżały stąd i przyjeżdżały, wysypując ze swych wnętrz mrowie pasażerów. Przychodził tu nieraz, nawet jeśli nie wybierał się w podróż. Po prostu to miejsce miało dla niego wyjątkową magię. Urodził się i wychował w tym wielkim mieście, którego ów dworzec był szczególnie chlubną wizytówką. Beton, stal, aluminium, szkło i asfalt to było jego naturalne środowisko. Odczuwał dumę, gdy przemierzał szerokie, wielopasmowe ulice, przy których stały kilkudziesięciopiętrowe biurowce, i uświadamiał sobie, że za ich przeszklonymi ścianami tysiące ludzi w nienagannie skrojonych garniturach i garsonkach, ze wzrokiem utkwionym w monitory komputerów, codziennie wykuwa swój osobisty i zbiorowy sukces. Odczuwał satysfakcję z tego, że wkrótce dołączy do ich grona.
Przed kilkoma dniami obronił pracę magisterską na prestiżowej uczelni i z dyplomem w kieszeni udawał się na zasłużone wakacje, po których podejmie pracę w jednej z największych korporacji w swoim mieście. Będzie się piął po szczeblach kariery, każdego dnia wykazywał swoją ponadprzeciętną przydatność dla firmy, z roku na rok zarabiał więcej pieniędzy, aż będzie go stać na zaciągnięcie kredytu hipotecznego i wtedy przyjdzie czas na ułożenie sobie życia osobistego. To wszystko przyszłość. Teraz będzie wypoczywał. Wyjeżdża do dobrze znanego turystom krajowym i zagranicznym kurortu. Zamieszka w eleganckim hotelu z basenem i siłownią. Będzie korzystał ze strzeżonej plaży wyposażonej w parasole i leżaki, a wieczory będzie spędzał w położonych przy nadbrzeżnym deptaku lokalach gastronomicznych, wokół których rozchodzi się zapach smażonych ryb, frytek i kawy, a gwar rozbawionego tłumu nie milknie do późnych godzin nocnych.
Wyjeżdżał sam. Przez pięć lat zajęty intensywną pracą nad zgłębianiem tajemnic nowoczesnego zarządzania i marketingu, nie miał czasu na szukanie towarzystwa. W głębi serca liczył, że właśnie podczas tych wakacji nawiąże jakąś ciekawą znajomość, spotka osobę myślącą podobnie jak on i będą się spotykać tak długo, aż oboje osiągną satysfakcjonujący ich poziom materialnej stabilizacji, a wtedy założą trwały związek i wydadzą na świat potomstwo, któremu zapewnią start w dorosłe życie podobny do tego, jaki jemu zapewnili rodzice.
Pora podstawienia pociągu, który miał go zawieźć do wypoczynkowego raju wielkomiejskich korpoludków, zbliżała się wielkimi krokami. Peron zaczął zapełniać się ludźmi różnego pokroju. Można było dostrzec zakochane pary, całe rodzinki obarczone licznymi i wielkimi bagażami, zgrane i dość hałaśliwe paczki szkolnej młodzieży, ubranej byle jak i dźwigającej podróżny ekwipunek w starych, mocno zużytych plecakach, a także samotnych podróżnych, takich jak Artur, tyle że przeważnie od niego starszych.
Jego uwagę przykuła młoda dziewczyna o długich czarnych włosach, śniadej cerze i nieprzeciętnie zgrabnej sylwetce. Była sama, choć swoim ubiorem, a przede wszystkim dużym, wystającym ponad głowę plecakiem, najbardziej pasowałaby do jednej z tych młodzieżowych paczek, od których Artur starał się trzymać z daleka. Dla niego byli to ludzie bez ambicji, niemający celu w życiu, nieprzykładający się do pracy, zadowalający się tanią rozrywką.
Dziewczyna stała trochę na uboczu, w miejscu oddalonym od gęstniejącego z każdą chwilą tłumu podróżnych. Rozmawiała z kimś przez telefon komórkowy i widać było, że jest tą rozmową bardzo zdenerwowana. Wreszcie rozłączyła się i z wyrazem rezygnacji na twarzy wcisnęła telefon do kieszeni szortów. Ściągnęła plecak z ramion, rzuciła go gniewnie na idealnie wyszlifowane płyty peronu i usiadła na nim z impetem.
Artur przyglądał się jej z zainteresowaniem. Podróżowała z plecakiem i była ubrana w ciuchy, jakich żadna z jego koleżanek z uczelni nigdy by na siebie nie włożyła, ale jednocześnie miała w sobie coś intrygującego, co nie pozwalało zakwalifikować jej jako typowej przedstawicielki nizin społecznych, z którą nie warto byłoby nawiązywać nawet przelotnego kontaktu. Poczuł chęć porozmawiania z nią. Może mógłby w czymś pomóc? Ktoś, z kim się przed chwilą rozłączyła, z całą pewnością zawiódł ją w jakiejś ważnej sprawie. Miał ochotę spróbować ją jakoś pocieszyć, chociaż trochę się wahał. Co będzie, jeśli uzna go za persona non grata i odeśle do wszystkich diabłów? No właśnie, co wtedy? Nic. Po prostu zostawi ją i pójdzie w swoją stronę. Nie zna jej ani ona jego, pewnie ich drogi nigdy więcej się nie skrzyżują, więc nawet nie zrobi mu się przykro. No, może troszeczkę. Poza tym wcale nie musi być od razu tak źle. Nie przekona się, jeśli nie spróbuje. Przełamując resztki oporu, ruszył w kierunku nieznajomej. 
— Pomóc ci w czymś? — zapytał trochę nieśmiało, stając naprzeciw dziewczyny.
— Nie trzeba, poradzę sobie — odburknęła. — A ty co, na wesele się wybierasz? — dodała po chwili, lustrując go wzrokiem od stóp do głów.
— Nie, na wakacje, do Wielkiego Kurortu — odpowiedział nieco zbity z tropu.
— Phi — parsknęła pogardliwie — tam jest śmiertelnie nudno! Betonowe hotele i standardowe knajpy, jak w każdym mieście. Nawet morza się za bardzo nie czuje. Mnie ciągnie do natury. Tylko całkowicie odrywając się od cywilizacji, można naprawdę wypocząć.
— I sama jedziesz do tej natury?
— Niestety tak — westchnęła ciężko. — Miałam jechać z kimś, ale… — machnęła ręką z rezygnacją. — Szkoda gadać! Zastanawiam się zresztą, czy w ogóle jechać. Ten ktoś ma połowę niezbędnych rzeczy. Bez nich ani rusz. Poza tym głupio tak w pojedynkę. Chyba wrócę do domu i spędzę całe wakacje w tym cholernym mieście. Jestem wściekła, ale co zrobić.
Artur poczuł, że oto trafia mu się w życiu okazja jedna na milion. Może nie tylko zawrzeć znajomość znacznie bardziej interesującą od tej, na jaką mógłby liczyć w Wielkim Kurorcie, ale doświadczyć czegoś do tej pory zupełnie sobie nieznanego. Nagle obudziła się w nim jakaś dziwna tęsknota, której nigdy wcześniej nie doświadczył.
— Słuchaj — powiedział do zbierającej się już do odejścia dziewczyny — a może ja pojechałbym razem z tobą na te wakacje z naturą? Szkoda tak od razu kapitulować, skoro marzyłaś o tym przez cały rok. Co ty na to?
Nieznajoma przyjrzała mu się uważnie.
— W takim ubraniu i z tą walizeczką na kółkach nie miałbyś tam czego szukać. Poza tym, nie wyglądasz na kogoś, kto potrafiłby rozpalić ognisko albo odróżnić borówkę od wilczej jagody. Nie mam ochoty robić za niańkę!
— Zapewniam cię, że dam sobie radę. — Głos Artura stał się niemal zapalczywy. — Szybko się uczę i lubię podejmować nowe wyzwania.
— Mówisz jak na rozmowie o pracę. — Dziewczyna zaśmiała się pogardliwie. — Czyżbyś cytował swoje CV?
Ta złośliwość zabolała Artura. Jego rozmówczyni najwyraźniej go lekceważyła. On podszedł do niej z jak najlepszymi intencjami, chciał ją pocieszyć, tymczasem ona potraktowała go jak nieopierzonego smarkacza.
— Nie to nie! — Starał się nadać swojemu głosowi taki ton, który nie pozostawiałby wątpliwości, że czuje się obrażony. — Wracaj do domu, siedź przez całe lato w mieście, nudź się jak mops i narzekaj, że ludzie są okropni i nikt nie chciał ci towarzyszyć w wyprawie na łono natury. Tylko przy tym narzekaniu nie zapomnij, że był taki jeden, co chciał, ale ty nie chciałaś.
— Musiałbyś wymienić całe swoje wyposażenie. Pozbyć się tej walizki, a wziąć plecak, zaopatrzyć się w śpiwór, karimatę, zupełnie inne ciuchy, buty, w ogóle wszystko inne. Kiedy zamierzasz to zrobić? Nasz pociąg odjeżdża za piętnaście minut. Nawet w najbardziej ekspresowym tempie się nie wyrobisz. Poza tym nie mamy namiotu. Miał go przynieść ten, na kogo czekałam, a jak miałabym jechać z tobą, potrzebne będą dwa.
— Przecież nie wysiądziemy z pociągu od razu w leśnej głuszy. — Artur poczuł, że ryba połknęła haczyk i postanowił nie dać za wygraną. — Tam, gdzie dojedziemy, na pewno będą jakieś sklepy, kupimy na miejscu wszystko, co potrzebne. Namioty pewnie da się gdzieś wypożyczyć, a walizkę mogę po prostu odesłać pocztą do domu.
— Naprawdę chciałbyś się aż tak wykosztować? — spytała z niedowierzaniem dziewczyna.
— Dla mnie to nie problem. Dostałem sporo kasy od starszych za skończenie studiów z wyróżnieniem. Jak nie zapłacę za hotel i wyżywienie w Wielkim Kurorcie, to mogę spokojnie wydać te pieniądze na zakup rzeczy potrzebnych tam, gdzie ty się wybierasz. To jak, zgadzasz się, czy nadal masz jakieś „ale”?
Ciemnowłosa miłośniczka natury zamyśliła się. Perspektywa spędzenia dwóch tygodni na odludziu z kimś, kogo zupełnie nie zna, nie wydawała się pociągająca. Z drugiej strony na przesiedzenie całych wakacji w dusznym mieście w otoczeniu betonowych bloków też nie miała ochoty. Ostatecznie ten obcy chłopak, który się tak niespodziewanie napatoczył, nie wygląda na kogoś, kto mógłby wyrządzić jej krzywdę, prędzej na fajtłapę, którego trzeba będzie prowadzić za rączkę, żeby sobie w lesie kuku nie zrobił. Taka wizja też działała na nią zniechęcająco, ale skoro tak się zapalił, że w jednej chwili zdecydował się porzucić swoje własne wakacyjne plany, to może nie będzie tak źle. Ostatecznie, zawsze lepiej żałować, że się coś zrobiło, niż że się nie zrobiło, choć się miało okazję.
— Zgoda — powiedziała po namyśle bez entuzjazmu w głosie. — Zaryzykuję, ale obiecaj, że nie będziesz narzekał, że ci niewygodnie, zimno albo że komary gryzą. Takie są uroki życia wśród przyrody i trzeba się z nimi pogodzić, inaczej lepiej sobie głowy nie zawracać.
— Nie będę narzekał, słowo honoru! — zapewnił uradowany Artur.
Uznał, że właśnie nadszedł właściwy moment, aby się przedstawić. Do tej pory rozmawiali ze sobą, nie znając nawet swoich imion. Teraz, kiedy sprawa wspólnego wyjazdu została wreszcie uzgodniona, najwyższy czas tę lukę uzupełnić.
— Mam na imię Artur, a ty?
— Inga — odpowiedziała dziewczyna i wyciągnęła do niego rękę.
Pociąg, który miał ich zawieźć w tereny nieskażone cywilizacją, właśnie wtoczył się na wyznaczony tor, więc oboje ruszyli w jego kierunku. Okazało się, że miejsca mieli wyznaczone, szczęśliwie, w tym samym wagonie, chociaż w różnych przedziałach. To nie stanowiło jednak problemu. Miejsce obok Ingi było przecież zarezerwowane dla jej nieobecnego partnera, który zawiódł w ostatniej chwili. Nic nie stało na przeszkodzie, żeby zostało zajęte przez Artura, niezależnie od wskazania na jego bilecie.
Zanim się spostrzegli, sześć godzin podróży minęło. Artur zdążył w tym czasie znaleźć w internecie wypożyczalnię namiotów położoną najbliżej celu ich podróży. Zamówił dwie „jedynki” na czternaście dni i polecił dostarczyć je na stację kolejową w mieście, w którym mieli wysiadać, na godzinę planowego przyjazdu ich pociągu. Próbował też wypytywać Ingę o szczegóły ich wspólnego wypoczynku. Odpowiadała oszczędnie. Starała się być tajemnicza, co trochę go niepokoiło. Był nawet moment, że zaczął żałować swojej podjętej pod wpływem chwilowego impulsu decyzji, ale wycofać się teraz byłoby głupio i niehonorowo, więc cały czas robił dobrą minę do tej niezbyt przewidywalnej gry.
Na dworcu w mieście położonym jakieś pięćdziesiąt kilometrów przed Wielkim Kurortem czekał już na nich kurier z zamówionymi namiotami. Zostawili je, podobnie jak pozostałe bagaże, w przechowalni, żeby nie utrudniały im niezbędnych zakupów. Po niespełna dwóch godzinach Artur był już całkowicie wyposażony. Kupował wszystko pod dyktando Ingi, nie próbując nawet pytać, do czego poszczególne przedmioty będą potrzebne. Miał teraz plecak, śpiwór, karimatę, dwie pary sportowych butów, kalosze, menażkę, kubek metalowy, latarkę, saperkę, kurtkę przeciwdeszczową i jeszcze parę innych drobiazgów. Za wszystko zapłacił trzy czwarte swojej nagrody za wyniki osiągnięte na studiach i trochę go to zdeprymowało, ale nowo poznanej koleżance starał się tego w żaden sposób nie okazywać.
Po powrocie na dworzec przepakował część rzeczy osobistych z walizki do plecaka, w toalecie przebrał się w nowo zakupione ubranie, adekwatne do warunków, w jakich będzie teraz spędzał wakacje, to, które miał na sobie, umieścił w walizce, okleił ją taśmą i zaniósł na pocztę. Do wnętrza włożył jeszcze kartkę z napisem: „Zmieniłem plany. Będę wypoczywał na łonie natury. Wszystko jest w porządku. Nie martwcie się. Artur”. To po to, żeby uspokoić rodziców, u których nagłe pojawienie się walizki syna przesłanej pocztą mogło wzbudzić rozmaite niepożądane podejrzenia. Na szczęście najbliższa placówka pocztowa mieściła się po drugiej stronie ulicy, naprzeciwko dworca.
Gdy przesyłka została nadana, Inga przynagliła Artura.
— Chodźmy! Za dwie godziny zrobi się ciemno, a przed nami długa droga. Teraz już wyłącznie na piechotę.
Szli najpierw ulicami niewielkiego miasta, zabudowanymi głównie niskimi, jednorodzinnymi domami, później niezbyt szeroką asfaltową szosą wijącą się wśród pól i łąk, wreszcie skręcili na nieutwardzoną drogę, która zaprowadziła ich do lasu. Przez las szli jeszcze jakieś dwa kilometry. Arturowi, nienawykłemu do wędrówek z obciążeniem, szelki od plecaka boleśnie wpijały się w ramiona, pod stopami wyczuwał każdy, nawet najmniejszy kamyk, ale nic nie mówił. Obiecał przecież, że nie będzie narzekał. Głupio byłoby złamać tę obietnicę już pierwszego dnia. Starał się też za wszelką cenę dotrzymywać kroku Indze, która szła dziarsko, jakby w ogóle nie dźwigała żadnego ciężaru.
Słońce chyliło się już nisko nad horyzontem i coraz słabszym, czerwonym światłem przenikało przez korony drzew, gdy znaleźli się na polanie nad brzegiem niewielkiego, całkowicie ukrytego w lesie jeziora. Zejście do wody było w tym miejscu płaskie, niezarośnięte szuwarami. Na skraju polany znajdował się wchodzący kilkanaście metrów w głąb jeziora, mniej więcej na dwa metry szeroki, drewniany pomost, do którego przycumowana była mała, wiosłowa łódka.
— Tu będzie nasz biwak — oznajmiła Inga, zdejmując plecak z ramion. — Musimy rozbić namioty i rozpalić ognisko zanim zapadnie mrok. Pośpiesz się.
— Czy w tym miejscu wolno legalnie biwakować? — wyraził swoje wątpliwości Artur.
— Mamy zgodę leśniczego. Przyjeżdżaliśmy tu co roku od kilku lat. Dziś jest już za późno, ale jutro z samego rana pójdziemy do leśniczówki i powiadomimy o swoim przyjeździe. Nie bój się. Wszystko jest legalne i oficjalne. Nie narażałabym cię na płacenie mandatów i włóczenie po sądach, siebie zresztą też nie.
Artur rozejrzał się bezradnie po okolicy.
—  A co będzie z higieną? — zapytał niepewnie. — Rozumiesz, toaleta, kąpiel i tak dalej.
—  Kąpać się będziemy w jeziorze, z minimalną ilością mydła, żeby nie zapaskudzić wody, naczynia będziemy szorować piaskiem z dna, a co do toalety, to do tego właśnie służą saperki. Idzie się w las, jak najdalej od obozowiska, wykopuje dołek, robi, co trzeba, a potem zasypuje. Śmieci, te, które się rozkładają, też będziemy zakopywać. Plastiki wrzucamy do worka i zanosimy do śmietnika przy leśniczówce. To nie jest daleko.
Inga udzielała tych wszystkich wyjaśnień, cały czas krzątając się koło swojego namiotu, dlatego zirytowało ją, gdy zorientowała się, że Artur cały czas stoi i nie bardzo wie, za co się zabrać.
— Nie gap się! Bierz się do roboty! Po ciemku nie będzie ci łatwiej — zgromiła go.
Artur poczuł się dotknięty tą uwagą, ale jedyne, co mu teraz pozostało, to postarać się udowodnić, że na nią nie zasłużył i zająć się rozkładaniem namiotu. Nigdy wcześniej tego nie robił, więc szło mu opornie i powoli. Inga przez ten czas nie tylko przygotowała sobie miejsce do spania, ale też naznosiła chrustu na ognisko i przyniosła wodę w metalowym garnku. Przyciągnęła też trzy dość długie żerdzie, dwie zakończone rozwidleniem z jednej strony i trzecią zupełnie prostą. Kiedy Artur uporał się już ze swoim namiotem, poleciła mu, żeby wbił te z rozwidleniami pionowo w ziemię w takiej odległości, żeby można było między nimi położyć tę trzecią jako poprzeczkę. Do wbijania miał mu posłużyć kamień, którego musi sobie poszukać nad brzegiem jeziora. Wszystkie te czynności zajęły mu tyle czasu, że było już zupełnie ciemno, gdy mogli zabrać się za rozpalenie ognia i przygotowanie pierwszego wakacyjnego posiłku.
— Czy to jest woda z jeziora? — zapytał Artur, wskazując ręką garnek, który Inga zawieszała właśnie na przygotowanej przez niego żerdzi.
— Spokojnie, niecałe sto metrów stąd płynie taki niewielki strumyk. Ma źródło w tym lesie i nie przepływa przez żadną miejscowość, gdzie mógłby zostać zanieczyszczony. Woda z niego jest zdatna do picia. Nawet lepsza od tej, którą masz w kranie. Dzisiaj jeszcze jemy to, co zabraliśmy z domu — ciągnęła Inga, gdy już usiedli przy ognisku z kanapkami w garści i kubkami herbaty zaparzonej na wodzie ze strumienia, która przed chwilą się zagotowała. — Od jutra będziemy się żywili głównie darami lasu i jeziora. Tylko sporadycznie będziemy coś dokupować w mieście.
— To chyba będzie dość monotonna dieta — zauważył Artur. — Co tu właściwie może być do jedzenia? Trochę jagód albo malin?
— W lesie jest znacznie więcej jadalnych roślin, niż ci się wydaje. Różne gatunki grzybów, owoce nie tylko takie, które sprzedają w mieście, do tego jeszcze nasiona dzikich zbóż. W jeziorze są ryby i raki. Zapewniam cię, będziesz miał dietę bardziej urozmaiconą niż w pięciogwiazdkowej restauracji.
— Co właściwie będziemy tutaj robić? Wydaje mi się, że to trochę nudne siedzieć dwa tygodnie na takim pustkowiu.
— Każdego dnia będzie tyle roboty, że nie będziesz miał kiedy pomyśleć o nudzie. Nudno to może być w takim Wielkim Kurorcie. Ileż można leżeć na tej samej plaży, łazić po tym samym deptaku, a wieczorami chodzić na dyskoteki z taką samą muzyką? Tu jest muzyka, jakiej w żadnym klubie nie usłyszysz, wsłuchaj się tylko.
Na chwilę zamilkli oboje. Rzeczywiście. Dokoła pełno było odgłosów ptasiego śpiewu, stukania dzięciołów, rechotu żab, trzasku płonących gałązek. Na to wszystko nakładał się delikatny plusk wody i szelest liści poruszanych łagodnymi podmuchami wiatru. Artur uświadomił sobie, że nigdy dotąd czegoś podobnego nie doświadczył i że jest w tym coś zachwycającego. Ta mieszanina dźwięków wydawanych przez przyrodę była nieporównywalna z niczym, co mogli stworzyć najlepsi nawet kompozytorzy. Będzie mu brakowało tej pełnej tajemniczości muzyki, kiedy wróci do domu w wielkim mieście. Był wdzięczny Indze, że zgodziła się go ze sobą zabrać, i dumny z siebie, że odważył się jej to zaproponować.
— Teraz idę się wykąpać — oznajmiła jego towarzyszka, gdy skończyli kolację, posprzątali i ugasili ognisko. — Tylko nie próbuj mnie podglądać! Ani dziś, ani nigdy! Jak się zorientuję, że to robisz, dostaniesz po gębie i wynocha z biwaku! Zapewniam cię, że nie żartuję. Zresztą, chyba się już przekonałeś, że jestem do tego zdolna.
Artur nie miał ochoty obrywać po gębie ani przedwcześnie wracać do domu. Jednak pokusa przyjrzenia się tej pięknej i niezwykłej dziewczynie, z którą żadna z dotychczas poznanych koleżanek nie mogła się równać, była zbyt silna, żeby się jej przeciwstawić. Wszedł do swojego namiotu, dyskretnie odsunął klapkę zasłaniającą małe, zabezpieczone siatką okienko i patrzył, jak Inga podchodzi do brzegu owinięta ręcznikiem, odrzuca go i powoli wchodzi do wody. Chciwie chłonął każdy szczegół jej nagiego, jędrnego ciała, raz po raz kryjącego się, to znów wynurzającego ponad taflę jeziora, oświetlonego słabym blaskiem księżyca. Czuł, jak ogarnia go niesłychana rozkosz. Wiele by dał, żeby to widowisko trwało jak najdłużej, ale Inga po zaledwie kilku minutach wyszła z wody, owinęła się ponownie ręcznikiem i zaczęła iść w stronę namiotu. Artur przezornie odsunął się od okienka.
— Teraz możesz iść ty! — zakrzyknęła dziewczyna z wnętrza swojego namiotu. — Tylko pamiętaj, mało mydła!
Artur rozebrał się dopiero nad brzegiem. Czuł w sobie silny opór przed kąpaniem się w zimnej wodzie. Owszem, w mieście często bywał na basenie, ale tam woda zawsze była lekko podgrzana, powietrze wewnątrz hali też miało zazwyczaj wyższą temperaturę niż ta, która panowała w lesie kilka godzin po zachodzie słońca. Cóż miał jednak robić? Nie znajdzie tu teraz gorącego prysznica. Zachciało mu się natury, to ma. Ku jego zaskoczeniu woda w jeziorze była cieplejsza od unoszącego się nad nią powietrza. To sprawiło, że kontakt z nią wydał mu się przyjemny i pozwolił zapomnieć o wcześniejszych niepokojach. Po wyjściu na brzeg znów odczuł przenikliwe zimno. Wytarł się szybko, ubrał w dres mający służyć mu za piżamę, wrócił do namiotu, otulił śpiworem i zapadł w swój pierwszy w życiu sen na łonie natury.
Obudził się wcześnie. Na dworze było już widno, ale słońce zawieszone nisko nad horyzontem nie było jeszcze widoczne spoza ściany lasu. Powietrze było rześkie, a trawa dokoła wilgotna od porannej rosy. Nad jeziorem unosiła się gęsta mgła. Świeże powietrze odurzyło go. Zaczął głęboko oddychać, napawając się zapachami, które dotychczas były mu zupełnie obce. Rozglądał się na wszystkie strony, wpatrywał intensywnie w każde drzewo i każde źdźbło trawy, jakby wciąż nie mógł uwierzyć, że spędza wakacje na tym dzikim pustkowiu, a nie w eleganckim hotelu w Wielkim Kurorcie. Gdy już nadelektował się widokiem i wonią porannej zieleni, wrócił do namiotu i sięgnął po telefon, żeby sprawdzić godzinę. No tak, rozładował się przez noc. I co z tego, że ma przy sobie ładowarkę. Gniazdka elektrycznego tu nie uświadczy. Może w tej leśniczówce, w której mają się dziś zameldować?
Ponieważ Inga cały czas spała w najlepsze, postanowił zaimponować jej i nazbierać w lesie czegoś do jedzenia. Już ruszył przed siebie, zamierzając zanurzyć się w gęstwinie drzew i krzewów, gdy nagle uświadomił sobie, że nie bardzo wie, co właściwie ma zbierać. Uwaga uczyniona wczoraj na dworcu przez jego nową koleżankę, że wygląda na kogoś, kto nie potrafi odróżnić borówki od wilczej jagody, nie była daleka od prawdy. Jeszcze nazbiera jakiegoś świństwa i się skompromituje. Lepiej poczekać na konkretne instrukcje. Nie widząc dla siebie w tej chwili żadnego sensownego zajęcia, wrócił do namiotu i ponownie się położył.
Obudziło go wołanie Ingi, która stała przy wejściu do jego namiotu i dłonią zwiniętą w pięść uderzała w burtę. Słońce było już całkiem wysoko nad horyzontem. Dzień zapowiadał się gorący. Na niebie nie było widać najmniejszego nawet obłoku.
— Wstawaj, śpiochu! Najwyższy czas zameldować się w leśniczówce. Jak zdążymy na porę śniadania, to żona leśniczego nas poczęstuje. To ostatnia okazja zjeść coś gotowego, później będziemy sobie radzili sami.
Słowo „śniadanie” sprawiło, że Artura natychmiast opuściły resztki senności i w ciągu minuty wyszedł przed namiot. W dłoni miał telefon komórkowy i ładowarkę.
— To ci się nie przyda. — Inga popatrzyła znacząco na trzymane przez niego przedmioty. — Tu i tak nie ma zasięgu. Ja swoją komórkę wyłączyłam i schowałam na dno plecaka. Tobie radzę to samo.
— Ale przynajmniej będę mógł sprawdzić, która godzina. — Bronił jeszcze swojego zamiaru Artur.
— Śpieszy ci się dokądś? Tutaj dzień zaczyna się z chwilą, kiedy się obudzisz i kończy, jak kładziesz się spać. Żołądek sam przypomina o porze posiłków. Pomiar czasu nie jest do niczego potrzebny. Przekonasz się.
Leśniczówka oddalona była od ich obozowiska o niecały kilometr. Prowadziła do niej wąska ścieżka wijąca się między gęsto rosnącymi drzewami. Ich cień skutecznie chronił przed narastającym z każdą minutą lipcowym upałem i sprawiał, że szło się zupełnie przyjemnie, chociaż trzeba było uważać na wystające z obu stron uschnięte gałęzie i rosnące po bokach pokrzywy, które sięgały niekiedy nawet do połowy torsu. Mieli ze sobą plecaki, gdyż Inga uznała, że w drodze powrotnej przyda się nazbierać czegoś na popołudniowy posiłek.
Po około dziesięciu minutach dotarli na miejsce. Była to niewielka zagroda otoczona płotem z żerdzi. W jej środku stał drewniany, jednopiętrowy dom ze spadzistym dachem pokrytym gontem i wysuniętym nieco do przodu półokrągłym gankiem wspartym na czterech słupach. Czerwona tabliczka z godłem państwa przymocowana do bocznej ściany informowała, że mieści się tu siedziba miejscowego leśnictwa. Naprzeciwko, tuż przy ogrodzeniu znajdowały się niskie zabudowania gospodarcze. Z jednego z nich dochodziło porykiwanie krowy. Po podwórku kręciło się kilkanaście kur o rudobrązowym upierzeniu. Za domem znajdował się ogródek z przywiązanymi do podpórek krzewami pomidorów oraz grządkami innych warzyw, których na oko Artur nie potrafił rozpoznać. Widział je bowiem dotychczas wyłącznie w postaci gotowej do spożycia na regałach w wielkomiejskich supermarketach.
Duży czarny wilczur, uwiązany do budy solidnym żelaznym łańcuchem, na widok zbliżających się obcych zaczął głośno ujadać. Gdy Inga zawołała go po imieniu, zmienił ton swego szczekania na bardziej przyjazny i pojednawczo zamachał ogonem.
Leśniczy przywitał gości serdecznie i zaprosił do środka. Nie omieszkał zwrócić uwagi na zmianę, jaka dokonała się w towarzystwie Ingi.
— Widzę, że panienka z nowym kolegą. Coś się wydarzyło od zeszłego roku? — zapytał zaraz po słowach powitania.
Inga zarumieniła się i spuściła wzrok. Artur pomyślał, że po raz pierwszy od czasu, kiedy ją poznał na dworcu, robiła wrażenie zbitej z tropu i nie wiedziała, co odpowiedzieć.
— Tak jakoś się złożyło — wybąkała niepewnie.
Leśniczy dostrzegł swój nietakt i szybko zmienił temat rozmowy. Zapewnił, że pogoda zapowiada się wyśmienita i nie powinni być niepokojeni przez gwałtowne wichury czy burze. Chociaż deszczu na pewno nie unikną, ale to dobrze, bo zbyt długa susza sprawiłaby, że musiałby zarządzić zakaz wstępu do lasu, a wtedy oni też musieliby go opuścić. Szkoda by było. Lepiej niech trochę popada.
Weszli do niewielkiego pomieszczenia biurowego mieszczącego się w domu tuż obok otoczonego gankiem wejścia. Tam dopełnili formalności związanych z uzyskaniem prawa do biwakowania na terenie lasu. Inga poprosiła jeszcze o klucz od kłódki spinającej łańcuch, którym przycumowana była do pomostu łódź w pobliżu ich namiotów.
Żona leśniczego wydoiła właśnie krowę i wniosła do domu dziesięciolitrowe wiadro pełne świeżego mleka. Zaczerpnęła trochę dużą metalową chochlą, przelała do dwóch kubków i poczęstowała gości. Artur nigdy nie pił mleka innego niż przetworzone w zakładach mleczarskich i zapakowane w kartony z wydrukowanym na wierzchu terminem przydatności do spożycia. W pierwszej chwili zawahał się, czy w ogóle powinien pić taki nieskontrolowany przez organa sanitarne napój.
— Czy tam nie ma bak… — zaczął, ale solidna sójka w bok w wykonaniu Ingi uświadomiła mu, że jego wątpliwości są nie na miejscu, więc natychmiast zamilkł, nie dokończywszy swego pytania. Podziękował i napił się.
Musiał przyznać, że mleko z półek hipermarketów nawet nie umywało się smakiem do tego płynu, który wypełniał podany przez gospodynię kubek. Również śniadanie złożone z chleba z masłem, twarogu i pomidorów z przydomowego ogródka smakowało wybornie. Zaczął się zastanawiać, dlaczego takie pyszności nie są po prostu dostępne w powszechnej sprzedaży. Komu przeszkadza, żeby właśnie takie produkty trafiały na rynek zamiast pozbawionych smaku albo sztucznie doprawianych wytworów przemysłu spożywczego?
W drodze powrotnej Inga w pewnym momencie zboczyła nieco ze ścieżki, nachyliła się i zerwała żółtawozielony kłos trawy rosnącej gęsto pomiędzy drzewami.
— Popatrz — powiedziała do Artura, podsuwając mu przed oczy zerwaną roślinę —  to dzikie zboże. Nasi przodkowie, zanim nauczyli się hodować znane obecnie odmiany pszenicy i żyta, żywili się właśnie ziarnami takich zbóż. Dzięki nim przetrwaliśmy jako gatunek. Nazbieraj tego jak najwięcej. Zrobimy sobie kaszę na wieczorny posiłek.
Artur w głębi ducha był zafascynowany Ingą. Po cichu wiązał z jej osobą nieśmiałe, ale bardzo konkretne nadzieje. Bał się skompromitować w jej oczach, dlatego postanowił nie okazywać żadnego sprzeciwu, tylko posłusznie zabrać się do zrywania kłosów.
Kolejne dni upływały mu na nauce łowienia ryb, przyrządzania posiłków ze wszystkiego, co znajdzie się pod ręką, i wielu innych umiejętności przydatnych w życiu na łonie dzikiej natury. Artur udowodnił, że jego zapewnienia o szybkim uczeniu się nie były gołosłowne. Faktycznie najczęściej dwa razy nie trzeba mu było pokazywać, jak się coś robi. Nie znaczy to, że nie miał żadnych wpadek. Największą zaliczył, gdy wraz z Ingą wybrali się na grzybobranie. Dziewczyna pouczyła go pokrótce, jakich grzybów należy unikać i z siatkami w dłoniach zanurzyli się w las. Gdy po trzech godzinach spotkali się na polanie koło swoich namiotów i Artur z dumą zaprezentował pękatą siatkę, Inga popatrzyła na niego z politowaniem i uśmiechnęła się pobłażliwie:
— Nazbierałeś psich grzybów — powiedziała, nie kryjąc rozbawienia. — Nie chciałabym być na miejscu twojego żołądka, gdybyś spróbował je zjeść. Przyjrzyj się, jak wyglądają te jadalne, i nazbieraj takich samych.
Artur ze złością wysypał zawartość swojej siatki na ziemię i ponownie wyruszył do lasu. Tym razem łup był skromniejszy, ale za to wszystkie zebrane przez niego okazy nadawały się do przyrządzenia na kolację. Czuł się wniebowzięty, gdy Inga go pochwaliła.
O nudzie w obozowisku rzeczywiście nie mogło być mowy. Codzienne wyprawy po dary przyrody, przygotowywanie z nich posiłków, czasem wizyty w leśniczówce dla zakupienia świeżych jarzyn, rzadziej wypady do miasta po pieczywo — wszystko to pochłaniało tyle czasu, że na bierny wypoczynek i oddawanie się słodkiemu lenistwu nie było miejsca. Arturowi, który z początku nie wyobrażał sobie takiego życia, w ogóle to nie przeszkadzało. Przeciwnie, odkrywane z każdym dniem nowe tajemnice natury wciągały go coraz mocniej i już po tygodniu dziwił się, jak mógł do tej pory spędzać wakacje w inny sposób.
Z Ingą rozmawiali niewiele. Najczęściej o tym, co było do zrobienia i innych bieżących sprawach. Dziewczyna nie miała ochoty na zwierzenia, a Artur nie miał śmiałości zachęcać jej do tego. Zdawał sobie sprawę, że ciągle boli ją nagłe rozstanie z kimś, kto towarzyszył jej w tych wyprawach w poprzednich latach i bał się rozdrapania tej świeżej rany. Jednak potrzeba bliższego poznania przypadkowo spotkanej towarzyszki wakacyjnych przygód była na tyle silna, że w końcu przełamał się.
Pewnego wieczoru, już pod koniec wspólnego biwakowania, gdy siedzieli przy ognisku po skończonej obiadokolacji zapytał niepewnie:
— Inga, co ty robisz na co dzień, tam, w mieście?
Dziewczyna westchnęła ciężko.
— Sama nie wiem, co właściwie robię. Miasto jest okropne, mieszkam w nim z konieczności i zamierzam uciec stamtąd, jak tylko będę mogła.
— Studiujesz coś? — Artur starał się ukonkretnić treść swojego poprzedniego pytania.
— Tak, filozofię. Właśnie mam przed sobą ostatni rok studiów.
— Filozofię?! Gdzie zamierzasz szukać pracy po takim kierunku? Co będziesz robić po tych studiach?
— To nieistotne. Zarabiać na życie można w różny sposób. Mogę szyć, gotować, nawet sprzątać. Zresztą im mniej skomplikowana praca, tym lepiej. Nie będzie absorbowała myślenia. W wolnym czasie zamierzam pisać. Dzielić się z ludźmi tym, co siedzi w mojej głowie. Przekonywać ich, że warto znów zwrócić się ku przyrodzie, że nieustanna pogoń za postępem i otaczanie się wytworami przemysłu prowadzi donikąd. Nie staniemy się szczęśliwsi, jeśli będziemy mieli coraz szybsze samochody, coraz doskonalsze komputery, telefony itd. O tym chcę ludziom mówić. Niekoniecznie zarabiając na tym pieniądze. Zresztą wydaje mi się, że nie będę potrzebowała ich aż tak wiele.
Słysząc te słowa, Artur poczuł się nieswojo. Przecież całe jego dotychczasowe myślenie nastawione było właśnie na nieustanne nadążanie za postępem i robienie korporacyjnej kariery, której głównym wyrazem miały być wyższe z każdym rokiem zarobki. Uznał, że powinien wystąpić w obronie cywilizacji. Był jej dzieckiem i nie mógł tak łatwo pogodzić się z negacją tego, w czym wyrósł i się wychował.
— Ośmielam się zauważyć — zaczął z wyraźną nutą przekory w głosie — że te namioty, karimaty i inne akcesoria, dzięki którym możemy rozkoszować się urokami natury, też zostały wyprodukowane w fabrykach przy pomocy tak nielubianych przez ciebie nowoczesnych technologii. Przyjechaliśmy tu, jak by nie było, pociągiem, wytworem cywilizacji, a telefon komórkowy też masz przy sobie, chociaż tutaj go nie używasz.
—  Zgoda — przerwała mu Inga — nie da się zupełnie odciąć od cywilizacji, skoro już jest, ale pomyśl tylko, do czego może prowadzić to jej nieustanne rozwijanie. Przecież w końcu kiedyś nie będzie z czego wytwarzać kolejnych produktów, budować bloków, nie będzie miejsca na wytyczanie nowych autostrad i szlaków kolejowych. Co wtedy zrobią ludzie? Popełnią z rozpaczy zbiorowe samobójstwo? Uciekną na inną planetę, odległą o parę milionów lat świetlnych?
Artur nadal próbował bronić swojego stanowiska.
— Wszystko zaczęło się od rozniecenia ognia i wynalazku koła. W ten sposób odróżniliśmy się od świata zwierząt. Komputery i samoloty to też narzędzia, takie same, jak maczuga i siekiera, tylko trochę bardziej precyzyjne. Nie możesz mieć pretensji do ludzi, że w ciągu wieków doskonalili swoje wyroby i ułatwiali sobie życie. Czy to coś złego?
— Zastanów się, czy życie przez te wszystkie wynalazki stało się naprawdę łatwiejsze. Czy rozwiązano jakiś istotny problem społeczny? Wydaje mi się, że wręcz przeciwnie. Skoro coś nie przynosi oczekiwanych rezultatów, to należy tego zaniechać.
Artur nie mógł nie przyznać racji temu, co mówiła Inga, ale jednocześnie nie chciał uznać własnej porażki, dlatego postanowił użyć argumentu najmocniejszego, na który jego rozmówczyni na pewno nie znajdzie riposty.
— Przyjechałaś tu, bo miałaś na to ochotę — odparował z dużą pewnością siebie w głosie — nikt cię nie zmusił ani ci nie zabronił. Zgodziłaś się mnie zabrać, bo tak chciałaś, równie dobrze mogłabyś mi odmówić. Gdybyś żyła w takim społeczeństwie, które w całości jest mocno związane z naturą, to zaraz po pierwszej miesiączce ojciec wydałby cię za mąż za kogoś, kogo sam upatrzyłby sobie na zięcia i byłabyś jego własnością. Musiałabyś rodzić mu dzieci i zabiegać o jego dobre samopoczucie. Właśnie cywilizacji, rozwojowi przemysłu i wielkich miast zawdzięczasz to, że możesz sama decydować o swoim losie.
— Pod tym względem masz rację — przyznała Inga — ale jednocześnie ta sama cywilizacja, która przyniosła wyzwolenie kobietom, wszystkich, niezależnie od płci, pozbawia wolności w wielu innych obszarach. Zmusza do ciągłego pośpiechu, reguluje coraz drobniejsze detale naszego życia. Niedługo nawet kichanie będzie podlegało jakimś przepisom prawa. Poza tym nawet nie dostrzegamy, jak stopniowo stajemy się uzależnieni od tego, co dyktują nam producenci. Nie chcę powrotu do dawnego patriarchalizmu, ale tym nowym zniewoleniom też trzeba położyć kres. Świat nie może pędzić przed siebie z coraz większą prędkością, bo w końcu się rozbije. Konieczne jest samoograniczenie. Trzeba znaleźć jakąś równowagę. Wierzę, że to jest możliwe, tylko trzeba zacząć o tym myśleć. Do tego zamierzam namawiać ludzi. Ciebie też do tego namawiam. Nie wiem wprawdzie, czym zamierzasz się zajmować w przyszłości, ale może uznasz, że moja propozycja nie jest całkiem bez sensu.
Ostatnie słowa mile zaskoczyły Artura. Inga najwyraźniej proponowała mu dłuższą współpracę, a więc w jej oczach nie był już kimś, kto nie potrafi odróżnić borówki od wilczej jagody, lecz potencjalnym partnerem w dziele uwalniania świata od technologicznej zagłady. I chociaż nie bardzo widział siebie w takiej roli, to pozyskanie sympatii tej dziewczyny uznał za grę wartą świeczki i postanowił ją kontynuować.
— Do tej pory myślałem o zatrudnieniu się w jednej z wielkich korporacji, wspinaniu się tam po szczeblach kariery, może dojściu do stanowiska dyrektora generalnego, ale po tym, co od ciebie usłyszałem, zaczynam mieć wątpliwości.
— I bardzo słusznie. Praca w korporacji zabije w tobie wszelką niezależność. Staniesz się niewolnikiem wskaźników. Będziesz żył w ciągłym stresie. W końcu, żeby się uchronić przed zwariowaniem, zaczniesz zażywać psychotropy. Skądś to znam! — Inga westchnęła ciężko. — W pewnym momencie przyjdą młodsi, lepiej zorientowani w najnowszych rozwiązaniach. Wykopią cię i nikt nie stanie w twojej obronie. Zostaniesz na marginesie, jak wyciśnięta do cna, nikomu niepotrzebna cytryna. Dochodzenie do szczytu jest udziałem naprawdę nielicznych. Zresztą ze szczytu też można spaść. Radzę ci, porzuć swoje zamiary i zajmij się czymś, co cię nie zniszczy. Przekonasz się, że nie trzeba zarabiać kroci, żeby żyć. Przemyśl to, koniecznie!
— Dlaczego tak ci zależy, żebym akurat ja nie zmarnował sobie życia? Przecież znasz mnie zaledwie od paru dni i poza tymi wakacjami w leśnej głuszy nic nas nie łączy. Co cię może obchodzić, czy kiedyś spadnę ze szczytu czy nie?
— Z tobą teraz rozmawiam i akurat ciebie mogę przed tym przestrzec. Innych też bym przestrzegała, gdybym mogła. A poza tym… — Inga zawahała się na moment, jakby nie była pewna, czy powinna dokończyć to zdanie . — Poza tym polubiłam cię i nie chciałabym, żeby po wyjeździe stąd nasza znajomość nagle znikła, jak płomień świecy, którą ktoś zdmuchnie.
— Poważnie!? — Artur nie mógł uwierzyć własnym uszom. — Uważasz, że moglibyśmy się ze sobą zaprzyjaźnić, a może… może nawet pokochać?
— Uważam, że tak. — Inga zwróciła się w jego stronę i po raz pierwszy od spotkania na peronie popatrzyła mu prosto w oczy. — Spodobałeś mi się. I nie żałuję, że zgodziłam się zabrać ciebie na ten biwak, chociaż to był szalony pomysł. Ale właśnie takie szaleństwa nadają życiu smak. Nigdy nie bój się być szalony. Na pewno nie będziesz tego żałował.
— A ten ktoś, na kogo czekałaś na dworcu? — Artur chciał wyjaśnić swoją nową sytuację do końca.
— Myślę, że to już definitywnie zakończona historia. Zresztą nie tylko dlatego, że w ostatniej chwili zostawił mnie na lodzie. Ale nie mówmy o tym. Przynajmniej nie teraz.
Tej nocy i wszystkich następnych do końca biwaku namiot Artura pozostał pusty. Wprawdzie jedynka była trochę przyciasna dla dwojga osób, ale to tylko sprzyjało pogłębianiu bliskości. Kolejne dni upływały szybko. Zbyt szybko w odczuciu Artura. Teraz chciałby, żeby takie życie na odludziu, polegające na zbieraniu darów lasu, łowieniu ryb i przyrządzaniu kolejnych prostych posiłków, trwało wiecznie.
W dniu powrotu, przed opuszczeniem pociągu wymienili adresy, telefony, maile i obiecali sobie solennie pozostawać w stałym kontakcie. Na najbliższe spotkanie umówili się jeszcze tego samego wieczoru.

Gdy Artur wyszedł z budynku dworca, nowoczesne biurowce ze szkła, aluminium i betonu nie robiły już na nim takiego wrażenia jak dawniej. Wydawały się szare i ciężkie. Także hałas ulicy nieprzyjemnie kontrastował z dotychczasową leśną ciszą mąconą tylko śpiewem ptaków i szelestem liści. „Jak mogłem wcześniej się tym zachwycać?” — myślał z autoironią. W uszach ciągle dźwięczały mu słowa Ingi: „Nie można pędzić w nieskończoność. (…) Trzeba znaleźć równowagę. Wierzę, że to jest możliwe.” Czy rzeczywiście jest? Czy on, Artur, jest gotów tej równowagi szukać? W tej chwili był pewien, że tak. Będzie szukał równowagi między techniką a naturą, między postępem a tym, co w człowieku pierwotne. Temu szukaniu chce poświęcić swoje życie. Jeśli tylko się uda, będzie szukał tej równowagi u boku Ingi.

sobota, 16 kwietnia 2016

To mój najnowszy utwór

Cena


Symplicjusz, mocno już posunięty w latach mistrz alchemii oraz białej i czarnej magii, powolnym krokiem, podpierając się sękatym, nieokorowanym kosturem, schodził krętymi kamiennymi schodami do położonej głęboko pod podłogą jego domu niewielkiej piwnicy, gdzie w metalowej klatce czekał na niego Ratulus – szczur hodowany od roku jako zwierzę doświadczalne w badaniu, które, o ile tylko zakończy się pomyślnie, miało stać się ukoronowaniem całego jego twórczego i niezwykle pracowitego życia.
Od dnia, w którym kupił Ratulusa od kupca z dalekiego kraju, poił go przygotowanym przez siebie eliksirem nieśmiertelności. Przez wiele lat nad nim pracował. Przez jego piwniczkę przewinęło się mnóstwo różnych zwierząt, które jednak padały po osiągnięciu naturalnego dla nich wieku. Po każdym takim niepowodzeniu zmieniał skład eliksiru, modyfikował sposób mieszania oraz wypowiadane w czasie tej czynności zaklęcia i podejmował kolejną próbę.
Ratulus dawał największą, jak do tej pory, nadzieję, że upragniony cel zostanie wreszcie osiągnięty. W chwili zakupu nie był on już młodzieniaszkiem, jak na stworzenie tego gatunku. Według wszelkich znaków na niebie i ziemi powinien pożyć jeszcze najwyżej kilka miesięcy. Tymczasem niedawno minął rok od jego zakupu, a biało-szary gryzoń nie przejawiał w najmniejszym stopniu chęci rozstawania się z tym światem. Biegał żwawo po klatce, uporczywie szukając jakiejś większej szczeliny, przez którą mógłby się wydostać na wolność.
Tego dnia znawca magii schodził do swojej piwnicy z uczuciem lęku, jaki już dawno mu nie towarzyszył przy wykonywaniu alchemicznych badań. Wczoraj uznał, że nadszedł czas, aby sprawdzić, czy podawany Ratulusowi eliksir rzeczywiście uczynił go istotą nieśmiertelną. W tym celu domieszał mu do pokarmu trutkę, jaką zwykle serwuje się szczurom buszującym po spiżarniach i śmietnikach. Teraz szedł sprawdzić efekt swojego eksperymentu. Co będzie, jeśli okaże się, że zrobił to za wcześnie? Szkoda by było sympatycznego zwierzaka, a poza tym trzeba by cały eksperyment zacząć od początku. To nie było łatwe. Do sporządzania eliksiru Symplicjusz wykorzystywał wyjątkowo rzadko spotykane kamienie szlachetne, które ścierał na drobny proszek i mieszał z wywarami z różnych ziół o magicznych właściwościach. Zapas tych kamieni był już na wyczerpaniu, a przecież, po stwierdzeniu skuteczności preparatu na kolejnym zwierzęciu, będzie musiał sam poddać się podobnej kuracji, żeby stwierdzić, czy na ludzi będzie on działał tak samo. Stary alchemik nie był na tyle bogaty, żeby móc się w takie kamienie zaopatrzyć u handlarzy. Aby je zdobyć, będzie musiał udać się na trudną wyprawę w góry i tam przez co najmniej rok wytrwale rozkopywać przykrywającą skały cienką warstwę ziemi w poszukiwaniu nielicznych lśniących charakterystycznym czerwonozłotym połyskiem okruszyn, często nie większych od pestki wiśni. Zaś dla sporządzenia odpowiedniej ilości eliksiru będzie ich potrzebował co najmniej dwa funty. Tymczasem siły już go opuszczają. Z trudem pokonuje tych kilkanaście krętych schodów prowadzących do piwnicy, a co tu mówić o penetrowaniu górskich zboczy. Czy w ogóle będzie w stanie dokończyć swoje dzieło?
Na szczęście Ratulus przywitał go energicznym poszturchiwaniem pyskiem prętów klatki i wesołym popiskiwaniem. A więc udało się. Trutka nie wyrządziła mu żadnej szkody, pomimo że zastosowana dawka zdolna była wyprawić na tamten świat nie jednego, ale całe stado szczurów.
Teraz trzeba było wykonać jeszcze jeden eksperyment. Na samą myśl o jego przeprowadzeniu staremu uczonemu cierpła skóra. Jeśli eliksir nie został wystarczająco dopracowany i nie posiada takich właściwości, jakich spodziewał się jego twórca, ten ruchliwy i miły w dotyku gryzoń wyda w jego rękach ostatnie tchnienie, a on będzie musiał postarać się o następne zwierzę i podjąć trudną wyprawę w góry. Jednak bez tego kroku nigdy się nie przekona, co właściwie stworzył. Wyprawa po kamienie i tak go czeka – dla pozyskania surowca na wypróbowanie działania specyfiku na samym sobie. „Muszę to zrobić, muszę, dla dobra nauki, dla dobra ludzkości” – powtarzał sobie w duchu.
Otworzył klatkę, ostrożnie wyjął z niej wyrywającego się ku wolności szczurka, przytrzymał mocno w dłoni lewej ręki, aby mu się nie wymknął, prawą sięgnął po nóż, który miał przygotowany w kieszeni swojej tuniki, zamknął oczy, żeby nie patrzeć na to, co za chwilę uczyni i mocnym pchnięciem zatopił stalowe ostrze w miękkim futrze. Ratulus nie znieruchomiał. Przeciwnie, jeszcze intensywniej niż dotychczas próbował oswobodzić się z dłoni swojego żywiciela i pozwiedzać nieznane dotąd zakamarki piwnicy. Symplicjusz otworzył oczy. Wokół wbitego noża nie pojawiła się krew. Po jego wyciągnięciu rana natychmiast się zasklepiła, nie pozostawiając żadnego śladu. Staremu mistrzowi oczy zalśniły radością. Teraz był pewien swojego sukcesu. Eliksir nie tylko pozwolił oprzeć się działaniu trucizny, ale też uczynił jego podopiecznego odpornym na mechaniczne urazy. Ratulus stał się nieśmiertelny i niezniszczalny zarazem. Nadszedł czas, żeby podobną kurację zaserwować sobie. Jeśli okaże się równie skuteczna, będzie można ogłosić wszystkim ludziom, że nie muszą już bać się starości, chorób, pożarów, dzikich zwierząt ani napaści nieprzyjaciół. Żadna z tych plag nie wyrządzi im już krzywdy. Wystarczy tylko wypić odpowiednią ilość eliksiru, który on będzie odtąd przyrządzał dla wszystkich chętnych.
Upłynęły kolejne dwa lata, w czasie których Symplicjusz najpierw poszukiwał w górach drogocennych kamieni, następnie przyrządzał z nich eliksir, a później raczył się nim codziennie, oczekując efektu identycznego jak ten, który udało się uzyskać u Ratulusa. Skrzętnie przy tym zapisywał spożywane ilości cudownego płynu, aby precyzyjnie ustalić dawkę niezbędną do uzyskania nieśmiertelności i niezniszczalności przez człowieka.
Wreszcie nadszedł dzień, gdy po przebudzeniu poczuł się, jakby ubyło mu co najmniej pięćdziesiąt lat. Nie czuł bólu w krzyżu ani w kolanach. Kręte schody prowadzące do piwnicy pokonał bez podpierania się kosturem. Wyszedł na podwórko na wpół nagi i, mimo, że była to już późna jesień, nie odczuł w ogóle chłodu. Tego dnia, zamiast eliksiru, wypił cały dzban przygotowanego wcześniej na taką okoliczność wywaru z wilczych jagód. Już kilkadziesiąt kropel wystarczyłoby, żeby człowiek jego postury padł martwy po parunastu minutach. On jednak czuł się tak, jakby napił się po prostu czystej wody. Był już niemal zupełnie pewien, że osiągnął swój cel. Ostatni test jednak należało koniecznie wykonać, aby pozbyć się wszelkich wątpliwości. Jeśli okaże się przedwczesny, będzie ostatnią czynnością w życiu starego mistrza, a stworzony przez niego eliksir nigdy nie ujrzy światła dziennego. Nie miał żadnego ucznia ani następcy, który mógłby kontynuować jego dzieło.
Pokonując lęk, sięgnął po nóż i, podobnie, jak przed dwoma laty w ciele Ratulusa, teraz zatopił go we własnej piersi. Poczuł, jak ostrze przenika jego ciało, ale nie sprawiło mu to żadnego bólu, krew nie wytrysnęła z otwartej rany. Ta zresztą, tak samo, jak wówczas, zniknęła bez śladu natychmiast po usunięciu ostrego narzędzia. Mistrz był przeszczęśliwy. On jest już nieśmiertelny. Najwyższy czas podzielić się tym darem z innymi ludźmi.
No tak. Tylko skąd wziąć tyle kamieni szlachetnych niezbędnych do wytworzenia eliksiru, żeby starczyło go na całoroczną kurację dla wszystkich potrzebujących. Jeśli będzie sam je zbierał, to zajmie mu to, pomimo faktu, że siły i zdrowie wróciły mu jak za młodu, wiele długich lat. W tym czasie umrze mnóstwo ludzi nie doczekawszy swojej kolejki. Jedyne wyjście to zlecić chętnym na pozbycie się widma nieuchronnej śmierci, aby sami nazbierali odpowiednią ilość kamieni i przynieśli mu je. To będzie jedyna cena, jakiej zażąda. Ostatecznie nie ma w tym nic złego, że dla uzyskania tak wielkiego daru będą musieli włożyć trochę wysiłku. Tak będzie nawet sprawiedliwie.
W najbliższy dzień targowy wybrał się do miasta. Poszedł tam ubrany zdecydowanie zbyt lekko, jak na tę porę roku. Chciał już samym wyglądem zwrócić uwagę słuchaczy na cudowną zmianę, jaka się w nim dokonała, a jaka może być również ich udziałem. Stanął pośrodku rynku na wysokiej beczce przeznaczonej do kiszenia kapusty, którą pożyczył od jednego z handlarzy, uderzył kilkakrotnie młotkiem w dużą metalową pokrywkę od kociołka na wodę i, upewniwszy się, że wzbudził wystarczające zainteresowanie, zaczął przemawiać.
Obwieścił zgromadzonym nowinę o dokonanym wynalazku. Zademonstrował jego działanie, gimnastykując się, podnosząc bez wysiłku ciężkie skrzynie z owocami i warzywami, wbijając sobie nóż w ciało i opalając je pochodnią. Na koniec oznajmił, że każdy może doświadczyć takiej samej przemiany i cieszyć się nieskończenie długim życiem bez chorób, udręk starości i obawy, że zginie z czyjejś ręki lub w wyniku nieszczęśliwego zrządzenia losu. Musi tylko przynieść mu około dwóch funtów górskich oczek (tak nazywano owe szlachetne kamienie będące głównym składnikiem eliksiru), on wyprodukuje z nich napój, który następnie popijany małymi dawkami przez cały rok uczyni każdego, kto podda się tej kuracji nieśmiertelnym i niezniszczalnym tak jak on. Rzecz jasna, wysocy i tędzy będą potrzebowali tych kamieni więcej, niscy i szczupli – mniej, ale rozpiętość nie powinna być większa niż cztery uncje, chyba, że ktoś byłby wyjątkowym karłem albo wyjątkowym olbrzymem. Dzieciom może wystarczyć mniejsza ilość. Za każdym razem trzeba będzie ustalić ją indywidualnie.
Symplicjusz znany był w całej okolicy jako człowiek wyjątkowo stateczny i poważny. Z pewnością nie robiłby i nie mówił tego wszystkiego, gdyby były to tylko kuglarskie sztuczki. Toteż, zaraz po zakończeniu jego przemowy, targowisko zaczęło nagle pustoszeć. Nie tylko kupujący, ale także kupcy w pośpiechu opuszczali swoje kramy, nie dbając o pozostawiony w nich towar, co było rzeczą dotychczas niewyobrażalną. Wszyscy zdawali sobie sprawę, że uzbieranie dwóch funtów kamieni tak rzadko spotykanych, jak górskie oczka, będzie zadaniem niezwykle trudnym. W ogóle dla wszystkich może nie wystarczyć. Należało się pośpieszyć. Nie dać innym się ubiec. Nie zostać na szarym końcu. Następnego dnia zarówno miasto, jak i okoliczne wioski zupełnie się wyludniły. Kto żyw wyruszył ku górom na poszukiwanie cennego surowca mającego zapewnić wieczne życie wolne od chorób i zagrożeń. Wszystkie drogi prowadzące ku masywnym górskim szczytom zapełniły się piechurami, jeźdźcami oraz wozami wszelkiego rodzaju.
Pierwsze ofiary padły już podczas tej wędrówki. Ludzie rozpychali się, tratowali wzajemnie. Nawet dla najbliższych krewnych nie było litości. Każdy żywił obawę, że właśnie dla niego może zabraknąć życiodajnych kamieni. Wystarczy tylko wspomnieć, że nawet skromny naszyjnik z górskich oczek potrafił u wytwórców biżuterii kosztować tyle, co dobry koń, aby wyobrazić sobie, ile trzeba się będzie naszukać, aby nazbierać dwa funty takich cudeniek. Lepiej od razu pozbyć się konkurencji. Przecież nigdy dotąd nie mieli okazji walczyć o tak wysoką stawkę.
Prawdziwe jatki zaczęły się jednak dopiero, gdy cała ta ludzka rzesza dotarła do gór. Jeśli komuś udało się znaleźć choć parę czerwonozłotych kamyków, nie mógł czuć się bezpieczny. Fakt ten bywał prędzej czy później dostrzeżony przez innych poszukiwaczy, a wtedy wszelkie hamulce moralne znikały. Z każdym dniem górskie zbocza coraz obficiej spływały krwią. Trupy stawały się żerem dla kruków i sępów, bo nikomu nie było w głowie zajmowanie się ich grzebaniem.
Bezpardonowa wojna wszystkich ze wszystkimi trwała aż do momentu, gdy ostatni z eksploratorów, zbierając między umarłymi to, co udało im się znaleźć lub zrabować, padł z wycieńczenia. Nie dbał bowiem o pożywienie ani wypoczynek starając się jak najszybciej zgromadzić potrzebne dwa funty kamieni, a do tej ilości ciągle mu sporo brakowało.
Symplicjusz na próżno czekał w swoim domu na uboczu miasta na pierwszego przybysza, którego będzie mógł obdarzyć nieśmiertelnością. Nie odwiedzał w tym czasie miasta. Dzięki eliksirowi nie odczuwał w ogóle głodu, więc nie musiał zaopatrywać się w żywność na targu, a do samotnego życia przywykł od dawna i teraz też nie szukał towarzystwa. W końcu jednak zniecierpliwiony brakiem zainteresowania dla swego wynalazku postanowił sprawdzić, co jest przyczyną tak długiej nieobecności zainteresowanych. Mijał kompletnie opustoszałe miasto. Na rynku, gdzie jeszcze nie tak dawno obwieścił ludziom swoje odkrycie, w niepilnowanych kramach gniły pozostawione owoce, warzywa i inne produkty. Po ulicach biegały wygłodniałe i zdziczałe psy. Gdy na jednej z dróg prowadzących w góry ujrzał pierwsze ludzkie ciała ponadgryzane przez padlinożerną zwierzynę, ogarnął go niepokój, ale jeszcze miał nadzieję, że to tylko przypadkowe ofiary pośpiechu wędrowców, choć dziwne było, że nikt nie zajął się ich pochówkiem. Dopiero po dotarciu do pierwszych zboczy zrozumiał, co naprawdę się stało. Ogarnęła go złość – na tych ludzi i na samego siebie. Jak mógł nie przewidzieć, że tak właśnie się to skończy. Wróciwszy do swojego domu wylał na ziemię resztki eliksiru, jakie zostały mu jeszcze po jego własnej kuracji. Podarł na strzępy i spalił wszystkie zapiski dotyczące jego sporządzania.

- Wyznaczyłem ludziom zbyt wysoką cenę za możliwość wiecznego życia – pomyślał z goryczą. – Nie zdołali udźwignąć jej ciężaru. Teraz trzeba będzie opracować recepturę eliksiru, który odwróci skutki działania tego wynalezionego ostatnio. Nie warto być nieśmiertelnym w wymarłej krainie.

piątek, 8 stycznia 2016

Rozśmieszyć Pana Boga


Gdy Marta świętowała uroczyście dzień, w którym przekroczyła próg dorosłości, była absolutnie pewna, że wie, jak będzie wyglądało jej dalsze życie. Plany na przyszłość miała klarowne i w pełni zgodne z zasadami, które od wczesnego dzieciństwa wpajano jej w domu rodzinnym, gdzie wierność Bogu, Honorowi i Ojczyźnie była uznawana za wartość najwyższą, nad którą nie zawiera się żadnych kompromisów nigdy i z nikim, choćby nawet chodziło o życie. Zatem za rok matura zdana na co najmniej osiemdziesiąt procent, później studia pedagogiczne na katolickiej uczelni w mieście położonym najbliżej miejsca jej zamieszkania, praca w charakterze katechetki, małżeństwo – obowiązkowo sakramentalne, co najmniej trójka dzieci, całkowite poświęcenie się ich wychowaniu, tak jak uczyniła to jej mama, powrót do pracy katechetki, o ile to będzie możliwe, wreszcie zasłużona emerytura w otoczeniu gromadki wnucząt. Tak to miało wyglądać i w dniu swych osiemnastych urodzin Marta była przekonana, że nie ma na świecie takiej siły, która mogłaby te plany pokrzyżować.
Punkt pierwszy został spełniony nawet z nawiązką. Na świadectwie maturalnym przy wszystkich przedmiotach zarówno w części ustnej jak i pisemnej widniały liczby punktów wyższe od dziewięćdziesięciu. Droga na studia pedagogiczne była zatem szeroko otwarta. Wszystko wskazywało na to, że kolejne punkty planu potoczą się równie gładko i zapewne tak by było, gdyby nie pewne zdarzenie, do którego doszło już na ostatnim roku studiów, kiedy to wyjątkowo uzdolniona i pracowita studentka pieczołowicie przygotowywała swoją pracę magisterską.
Pracowitość pracowitością, ale odrobina czasu wolnego i godziwej rozrywki też się człowiekowi należy, choćby dla umysłowej higieny. W celu zapewnienia sobie relaksu w pewien lutowy wieczór, tuż po zaliczeniu przedostatniej sesji, Marta wybrała się na bal karnawałowy do uczelnianego klubu. Towarzystwo, jak przystało na placówkę, której kanclerzem był sam arcybiskup, bawiło się kulturalnie, powściągliwie i na trzeźwo. O żadnych ekscesach nie było mowy. Leszek poprosił ją do tańca na samym początku zabawy. Potem jeszcze kilkakrotnie razem tańczyli, aż wreszcie na dobre zagościł przy jej stoliku. Nie miała nic przeciwko temu. Mężczyzna był od niej starszy o parę lat, chociaż studiował na młodszym roku. Te studia to był jego drugi fakultet. Wcześniej skończył prawo na uniwersytecie i z tym kierunkiem wiązał swoją zawodową przyszłość. Filozofię, którą studiował obecnie, traktował jako dodatkowy element osobistego rozwoju. Po dłuższej rozmowie przy herbacie i soku pomarańczowym Marta zorientowała się, że jej taneczny partner myśli poważnie o życiu i uznała, że warto w tę znajomość nieco zainwestować. Ostatecznie czas nauki powoli dobiega końca, więc może to jest właśnie dobra okazja, aby poczynić pierwsze kroki ku realizacji kolejnego etapu życiowego planu? Z chęcią przyjęła zaproszenie na następne spotkanie.
Nie włączył się jej żaden sygnał ostrzegawczy, gdy podczas jednej z kolejnych randek, po mniej więcej trzech tygodniach znajomości Leszek zaprosił ją do swojego pokoju w akademiku i to dość późną porą. Przecież wszyscy studiujący na tej uczelni mają zaświadczenie od swoich proboszczów o tym, że są praktykującymi katolikami, mają te same, co ona przekonania, cóż może jej grozić ze strony takiego człowieka? Zgodziła się bez wahania. Na miejscu wypadki potoczyły się jakoś tak dziwnie szybko, że Marta zupełnie straciła nad nimi kontrolę. Siedzieli najpierw przy niewielkim stoliku i popijali herbatę. Alkoholu w żadnej postaci Marta nie piła, gdyż wkrótce po ukończeniu osiemnastu lat podpisała deklarację Krucjaty Wyzwolenia Człowieka zobowiązującą ją do całkowitej, dozgonnej abstynencji. Leszek wiedział o tym i odnosił się z szacunkiem do przyjętego przez nią wyrzeczenia. Później przenieśli się na kanapę. Leszek objął ją czule ramieniem. Zrobiło się tak dobrze i przyjemnie. Marta zapragnęła, aby trwało to jak najdłużej. Czuła, że nie chce, by cokolwiek stało na przeszkodzie między jego a jej ciałem. Guziki i zamki błyskawiczne w poszczególnych częściach ich garderoby porozpinali sobie wzajemnie, nie wiedząc kiedy, wreszcie dali się pochłonąć wspólnej, wszechogarniającej rozkoszy. Marta w tym czasie nie myślała o niczym i nic, nawet chwilowy ból, jakiego doznała na samym początku zbliżenia, nie zakłócało jej dobrego nastroju. Była po prostu szczęśliwa.
Otrzeźwienie pojawiło się, gdy o świcie opuściła akademik Leszka i udała się na swoją stancję, którą wynajmowała w innej części miasta. Miejsce radosnego uniesienia zajęło teraz uczucie palącego wstydu. Jak mogła tak łatwo dać się uwieść?! Ona, wieloletnia działaczka ruchu oazowego, wychowana w tak porządnej rodzinie. Jej mama z pewnością nigdy nie pozwoliła sobie na taką wpadkę. Dlaczego nie zaprotestowała od razu, gdy na kanapie objął ją po raz pierwszy? Jak można było tak się zapomnieć? No cóż, stało się, trzeba się będzie z tego wyspowiadać. Ale nie pójdzie z tym do swojego spowiednika, u którego regularnie od paru lat korzystała z sakramentu pojednania. Przecież do tej pory rozmawiali wyłącznie o drobnych potknięciach na prostej drodze jej duchowego wzrostu, a tu nagle taki grzech! Nie przejdzie jej przez gardło, żeby mu o tym powiedzieć. Zarówno tu, jak i w jej rodzinnym mieście jest dość księży. Znajdzie takiego, który jej w ogóle nie zna i jemu wyzna swój upadek. Nikomu innemu o tym nie powie. Zwłaszcza rodzicom. Wolała nie myśleć, jak przyjęliby wiadomość, że ich ukochana córka… Nie, to zupełnie nie wchodziło w rachubę. Z Leszkiem zerwie i zapomni, że kiedykolwiek go znała. Odtąd będzie dużo rozważniejsza przy zawieraniu znajomości z mężczyznami. Tylko jak się wytłumaczy przyszłemu mężowi, gdy dojdzie już do nocy poślubnej? „Boże, co ja zrobiłam, co ja zrobiłam?!” – powtarzała bezsilnie przez całą drogę.
Wyjęła z torebki telefon komórkowy i wykasowała numer Leszka z listy kontaktów. Postanowiła też najszybciej, jak to tylko możliwe, wymienić kartę z własnym numerem, żeby on nie mógł dodzwonić się do niej. Była pewna, że nie chce go więcej oglądać na oczy ani słyszeć jego głosu.
Swoje postanowienia spełniła jeszcze tego samego dnia. Znalazła kościół, w którym przed nieznanym księdzem oczyściła się z popełnionego cudzołóstwa, następnie kupiła nową kartę startową do telefonu i rozesłała znajomym oraz członkom rodziny smsy z informacją o zmianie numeru. Przyczynę tej zmiany pominęła dyskretnie milczeniem. Teraz mogła bez reszty zagłębić się w pisanie pracy magisterskiej, aby jak najszybciej zapomnieć o całej przygodzie. Przypomniała sobie o niej niespodziewanie czternaście dni później, gdy stwierdziła z niepokojem, że naturalna, comiesięczna kobieca przypadłość, której spodziewała się właśnie w tym czasie, jakoś dziwnie się opóźnia. „Czyżby tamten incydent z Leszkiem…?” – pomyślała i poczuła, jak skóra cierpnie jej na całym ciele od ogarniającego ją panicznego strachu. Nie zastanawiając się ani chwili pobiegła do apteki, żeby zaopatrzyć się w test mający potwierdzić lub wykluczyć najgorsze przypuszczenie, jakie zrodziło się w tym momencie w jej głowie. Dla większej pewności kupiła dwa zestawy. Pierwszy wykorzystała natychmiast, drugi wieczorem tuż przed pójściem spać. Oba dały wynik pozytywny. Nie było wątpliwości. Jedna chwila zauroczenia nie pozwoli o sobie zapomnieć. Teraz nie uniknie już rozmowy z rodzicami i ponownego spotkania z Leszkiem. To pierwsze było najgorsze. Jak oni to przyjmą? Jak zareagują? Jak w ogóle im to powiedzieć? Wolałaby tysiąc razy bardziej za karę zostać nadziana na widły przez rogatego sługę księcia ciemności i wrzucona do kotła z wrzącą smołą, niż popatrzeć w oczy rodzicom i mówić im o tym, co się zdarzyło. Chyba że… Przeraziła się myśli, która teraz zaświtała w jej głowie. To rozwiązałoby wszystkie problemy, ale przecież w ten sposób zaprzeczyłaby całej swojej dotychczasowej postawie. Owszem, boi się tego, co ją czeka, okropnie się boi, ale nie może przecież uwolnić się od tego lęku za taką cenę. Nie popełni tak straszliwej zbrodni.
Z pokorą przyjęła policzek wymierzony jej przez matkę na samym początku rozmowy, do której doszło w najbliższy weekend. Czuła, że zasłużyła na niego. Sama by siebie pewnie tak potraktowała, gdyby była na miejscu mamy. Trudniej było przyjąć słowa, które usłyszała chwilę później.
- Jak ty śmiałaś nam coś takiego zrobić!? – powiedział ojciec oskarżycielskim tonem, jakim zwykle przemawia prokurator, domagając się najwyższego wymiaru kary dla zbrodniarza. – W naszej rodzinie nigdy czegoś takiego nie było. Nie tak cię wychowywaliśmy. Jak teraz spojrzymy w oczy naszym najbliższym, wszystkim członkom naszej rodziny i znajomym? Co teraz zamierzasz zrobić, żeby wynagrodzić nam utratę dobrego imienia, na którą nas naraziłaś?
Marta milczała. Nie miała pojęcia, co takiego mogłaby zrobić, żeby uczynić zadość żądaniu ojca. Wiedziała, że zawiniła, było jej wstyd, ale jednocześnie wyczuwała, że nie potrafi do końca zaakceptować tego, co powiedział. Czy ona się w ogóle nie liczy? Czy jedyną rzeczą, jaka wynika z jej lekkomyślnego zachowania jest narażenie na szwank dobrego imienia rodziny?
- Tylko jedno może nas wszystkich uratować, – tym razem głos zabrała mama – musisz jak najprędzej wyjść za mąż za ojca tego dziecka. Ślub powinien się odbyć zanim twój brzuch stanie się widoczny. Potem najwyżej powie się, że dziecko było wcześniakiem. My załatwimy z księdzem proboszczem, żeby zwolnił was z obowiązku nauk przedślubnych. Twoja głowa w tym, żeby przekonać tego faceta do takiego rozwiązania. I nie obchodzi nas, jak sobie z tym poradzisz. Nawarzyłaś piwa, to teraz je wypij.
Rada mamy wydała się Marcie zupełnie rozsądna. Bolała jedynie przebijająca z niej, ta sama, co u taty troska wyłącznie o dobrą opinię. Czyżby to było w życiu najważniejsze? No tak, ale ona sama chciała przede wszystkim o to zadbać, kiedy liczyła, że uda się jej zachować całą sprawę w tajemnicy. Może to jednak normalne? Małżeństwo z Leszkiem wydało się jej rzeczywiście najlepszym rozwiązaniem i dla niej, i dla ich wspólnego dziecka. Chociaż nie minęła jej wściekłość na niego za to, co zrobił, ale wcześniej przecież dał się poznać z całkiem pozytywnej strony. W wyobraźni widywała go już u swojego boku na ślubnym kobiercu. Tyle, że miało to być dużo później i nie w takich okolicznościach, ale skoro już się tak zdarzyło… Żeby tylko chciał się zgodzić. Nie znała go przecież jeszcze od tej strony. Co będzie jak odmówi? Łatwo mamie powiedzieć „twoja w tym głowa, żeby go przekonać”. Przecież nie zaciągnie go siłą do ołtarza. Czy istnieje jakiś plan B na wypadek, gdyby próby nakłonienia Leszka do ślubu nie przyniosły rezultatu? Bała się zapytać o to mamy. Na razie wypada tylko modlić się, żeby wszystko poszło dobrze.
Leszek nowinę o tym, że został ojcem potraktował z całą powagą. Nie miał zamiaru wykręcać się od odpowiedzialności za utrzymanie i wychowanie swojego potomka. Zaakceptował też bez oporów pomysł związania się z Martą na stałe. Był tylko jeden szkopuł: ślub może być wyłącznie cywilny. Kościelny zawarł już raz dwa lata temu. Tamta kobieta porzuciła go po zaledwie kilku miesiącach dla jakiegoś znacznie bogatszego i podobno lepszego w łóżku kochanka, z którym wyjechała za granicę. On sam nie wie nawet dokąd. Właśnie po tym zdarzeniu zdecydował się na drugi kierunek studiów, żeby jakoś zapełnić pustkę, która powstała w jego życiu. W ubiegłym roku dostał zaocznie rozwód, ale kościelnego unieważnienia małżeństwa nie udało się załatwić, chociaż próbował. Oczywiście wie, że w takiej sytuacji nie powinien starać się wiązać z kobietami, ale nie potrafi żyć w samotności. Tęskni za rodziną i jest gotów wiele zrobić dla uszczęśliwienia osoby, która zechce z nim złączyć swoje życie. Na koniec wyraził nadzieję, że fakt, iż Marta spodziewa się jego dziecka, będzie w tym wypadku decydujący i sprawi, że jego marzenie wreszcie się urzeczywistni.
- W takim razie to, co mówiłam wcześniej zupełnie nie wchodzi w rachubę – powiedziała stanowczym głosem matka, gdy Marta poinformowała ją telefonicznie o przebiegu rozmowy z Leszkiem. – Zerwij natychmiast z tym rozwodnikiem. Do czasu porodu nie pokazuj się na oczy nikomu z rodziny ani znajomych. Jak będą się pytać, to powiemy, że wyjechałaś na zagraniczne stypendium. Dziecko zaraz po urodzeniu oddasz do adopcji i wrócisz jakby nigdy nic do domu. Najlepiej dla ciebie będzie, jeśli później wstąpisz do jakiegoś zakonu. Przecież żaden szanujący się mężczyzna nie zechce wziąć cię za żonę, jak się dowie, że nie jesteś już dziewicą, a z takim, któremu nie będzie to przeszkadzało, lepiej w ogóle się nie wiązać.
- Ale mamo… – Marta próbowała oponować przeciwko zaplanowanemu bez jej zgody dalszemu ciągowi jej życia, jednak nie została dopuszczona do głosu.
- Przemyśl sobie to, co ci powiedziałam – przerwała jej matka. – Jesteś chyba, mimo wszystko dość rozsądna, żeby uznać, że takie rozwiązanie będzie najlepsze. W każdym razie ja i tata żadnego innego sobie nie wyobrażamy, a już na pewno nie zgodzimy się, żebyś zmarnowała sobie życie u boku jakiegoś rozwodnika. Na rolę samotnej matki też ci nie pozwolimy. Panny z dzieckiem nigdy w naszej rodzinie nie było. I nie będzie! Mam nadzieję, że zrozumiałaś. Zadzwoń jutro i powiedz, czy udało ci się znaleźć jakieś miejsce, gdzie mogłabyś wyjechać na czas ciąży. Jakbyś miała z tym problem, to my ci pomożemy. Na razie kończę. Do usłyszenia.
Po odłożeniu telefonu Marta zamyśliła się. Czy z jej punktu widzenia to, co zaproponowała mama jest rzeczywiście najlepszym rozwiązaniem? Czy naprawdę chciałaby tak po prostu oddać to maleństwo, które teraz nosi w sobie w zupełnie obce ręce, byle tylko pozbyć się problemu? Owszem, zaraz po sprawdzeniu testu ciążowego był moment, kiedy brała taką, a nawet jeszcze gorszą, ewentualność pod uwagę, ale w tej chwili nie wyobraża już sobie tego. Poza tym Leszek już się dowiedział, że został ojcem. Czy on nie ma prawa nic powiedzieć na temat losu swojego dziecka? Gdyby sam nie chciał, mówił, że go to nie obchodzi, proponował pieniądze na aborcję lub coś w tym rodzaju, to co innego, ale on wręcz ucieszył się na wiadomość, że to dziecko istnieje. Czy można go tak po prostu pozbawić wpływu na dalsze życie jego potomka? Wreszcie, czy ma oszukiwać samego Boga, udając, że czuje powołanie zakonne? Nigdy nie wyobrażała sobie siebie w habicie. Jej wiara zawsze nastawiona była na spełnienie się w życiu rodzinnym. Czy ma ofiarować Bogu swoją czystość dlatego, że ją straciła? Z drugiej strony, czy stać ją na tak otwartą konfrontację z rodzicami? Czy da sobie radę bez ich wsparcia, jeśli nie przyjmie narzuconego jej planu? Przez całą noc nie zmrużyła oka, próbując roztrząsnąć dręczące ją wątpliwości. Ostatecznie nad ranem doszła do wniosku, że choć rodziców bardzo kocha, to nie może cały czas czuć się wyłącznie ich córką. Ma już przecież dwadzieścia cztery lata i najwyższy to czas, żeby sama podejmowała decyzje dotyczące swojego życia i sama brała za nie odpowiedzialność.
Zaraz po zajęciach na uczelni skontaktowała się z Leszkiem i oznajmiła, że zgadza się na ślub cywilny. Spytała tylko, czy nie zechciałby podjąć postanowienia, że wprawdzie będą razem wychowywać swoje wspólne dziecko, ale poza tym będą żyli jak brat z siostrą, żeby nie zamykać sobie drogi do sakramentów.
- Rozumiem cię, – powiedział poważnie Leszek – ale nie mogę zagwarantować, że wytrzymałbym w takim postanowieniu. To nie jest tak, jak się potocznie mówi, że facet myśli tylko o jednym. Gdyby o to chodziło, stać by mnie było na prostytutki, ale ja naprawdę potrzebuję bliskości. Mówiłem ci to już wczoraj. Wiesz, dlaczego doszło do naszego zbliżenia wtedy w akademiku? Bo bardzo mi tego brakowało. Od czasu, jak porzuciła mnie tamta kobieta, czuję się straszliwie samotny i bliskość, również ta cielesna, jest dla mnie ogromnie ważna. A chyba nie chodzi ci o to, żebyśmy przyjęli takie zobowiązanie, a później co pewien czas je łamali i za każdym razem spowiadali się z tego, jak z incydentalnych grzechów. Jeśli uznasz, że bez tego warunku nie możesz za mnie wyjść, to pogodzę się z tym. Tylko pomyśl też o naszym dziecku.
Marta rzeczywiście nie chciała zobowiązywać się do niczego na niby. Poza tym Leszek ma rację. Trzeba myśleć przede wszystkim o dziecku, a nie cały czas o sobie. To jego dobro powinno być teraz na pierwszym miejscu. Zresztą w propozycji mamy też wszystko było na niby: fałszywe stypendium, fałszywe powołanie. Nie, teraz tylko w jeden sposób może być naprawdę autentyczna.
- Dobrze – powiedziała po chwili namysłu – będziemy żyli jak mąż i żona. Robię to przede wszystkim dla niego, – tu znacząco poklepała się po brzuchu – ale zapewniam cię, że, skoro już się na to zdecydowałam, to nie dam ci odczuć żadnej oziębłości ani niechęci z mojej strony. Chodź. Jest dopiero druga. Jeszcze zdążymy złożyć wniosek w USC.
Gdy po dopełnieniu formalności wróciła na swoją stancję, uznała, że przyszedł czas, by o swoim postanowieniu poinformować rodziców. Lepiej nie czekać, aż mama sama zadzwoni i zapyta, co słychać. Nie miała odwagi powiedzieć wszystkiego wprost w bezpośredniej rozmowie. Wysłała mamie smsa. Odpowiedź nadeszła tą samą drogą po mniej więcej dwudziestu minutach z komórki ojca. Była zredagowana możliwie najbardziej lakonicznie, ale i tak została nadana w trzech odrębnych plikach. Nie mieściła się w pojemności „krótkiej wiadomości tekstowej”. Brzmiała tak:
„Nie rozumiemy twojej decyzji, nie akceptujemy jej i nie zamierzamy w żaden sposób wspierać. Nie licz na naszą obecność na twoim niby ślubie. Byłoby to zaprzeczeniem wszystkich wartości, które od pokoleń były cenione w naszej rodzinie i które również tobie, jak widać nieskutecznie, staraliśmy się wpoić. Ciągle jeszcze mamy nadzieję, że zmądrzejesz i wycofasz się z tego absurdalnego pomysłu, zanim będzie za późno.”
Wszystkie zaimki w drugiej osobie były napisane małymi literami, choć zazwyczaj ojciec przestrzega skrupulatnie zasad grzecznościowej ortografii. To najwyraźniej miało coś oznaczać. Zastanawiała się przez chwilę czy jakoś na tę wiadomość odpowiedzieć. Chciała coś wyjaśnić, wytłumaczyć, poszukać porozumienia. Ostatecznie uznała, że najlepiej będzie nic nie odpisywać. Jednego była pewna: nie zmądrzeje i nie wycofa wniosku złożonego zaledwie godzinę wcześniej w USC.
W przestronnej, wypełnionej krzesłami sali Pałacu Ślubów było tylko pięć osób: Marta, Leszek, dwoje ich kolegów w charakterze świadków i kierownik Urzędu pełniący funkcję mistrza ceremonii. Leszek wiedział, że ze strony Marty nikogo nie będzie i nie chcąc robić jej przykrości, ze swojej też nikogo nie zaprosił. Zresztą i tak nie byłoby to grono zbyt liczne. Był jedynakiem, synem dwojga jedynaków. Z dalszej rodziny żyła jeszcze babcia ze strony taty i dziadek ze strony mamy. Oboje w podeszłym wieku, mocno schorowani.
Marcie łamał się głos, gdy wypowiadała słowa: „…zobowiązuję się uczynić wszystko, aby zawarte przeze mnie małżeństwo było zgodne, szczęśliwe i trwałe.” Dlaczego nie może powiedzieć: „ślubuję, że cię nie opuszczę aż do śmierci”, jak to zawsze wyobrażała sobie, będąc jeszcze w wieku dojrzewania. Jak to wszystko się poplątało?! Ale składanej tu obietnicy na pewno dotrzyma. Tak, uczyni wszystko, a nawet jeszcze więcej, jeśli będzie trzeba, aby wypowiedziane w tej świeckiej ceremonii przyrzeczenie nie różniło się niczym od sakramentalnej przysięgi.
Po ślubie zamieszkali początkowo u Marty na stancji. Leszek zrezygnował ze studiowania filozofii i zatrudnił się w kancelarii prawnej zajmującej się windykacją odszkodowań od nazbyt skąpych ubezpieczycieli. Klientów było dużo, więc zarabiał nieźle. Gdy Marta obroniła pracę magisterską, wyprowadzili się do samodzielnego mieszkania w niewielkim miasteczku odległym o około dwadzieścia kilometrów od miasta, w którym się poznali. Na prowincji zawsze metry kwadratowe są tańsze i łatwiej dostępne, a kupiona na giełdzie używana škoda pozwalała Leszkowi docierać z domu do biura i z powrotem w czasie krótszym, niż gdyby poruszał się po dużym mieście komunikacją publiczną. Nie musieli nikomu tłumaczyć, po jakim są ślubie, dlatego nawet co pobożniejsi sąsiedzi traktowali ich życzliwie jako solidne i żyjące w zgodzie małżeństwo. Marta ze względu na swój stan po skończeniu studiów nie szukała pracy. Skupiła się całkowicie na przygotowaniu do coraz bliższego macierzyństwa.
Kuba urodził się pod koniec listopada. Był zdrowym dzieckiem. Nie miał żadnych wad rozwojowych, prawidłowo przybierał na wadze i nawet nie przeziębiał się zbyt często. Jego chrzest odbył się w styczniu po bardzo nieprzyjemnej rozmowie z miejscowym proboszczem, który miał poważne wątpliwości, czy dziecko z takiego związku w ogóle powinno być przyjmowane do grona członków Kościoła. Po wyjściu z kancelarii parafialnej Marta popłakała się i Leszek musiał długo ją pocieszać.
Na chrzcie Kuby, podobnie jak na ślubie jego rodziców, były oprócz księdza tylko cztery osoby. Chrzestnymi zostali ci sami koledzy, którzy wcześniej pełnili role świadków w USC. Marta rozesłała zaproszenia do całej swojej rodziny, ale pozostały bez odpowiedzi. Rodzice Leszka przesłali list z gratulacjami, ale wyjaśnili, że niestety we wskazanym na zaproszeniu dniu nie będą mogli zjawić się na miejscu.
Jeszcze trudniej było, gdy dwa lata później na świat przyszła siostrzyczka Kuby, Celinka. Wtedy proboszcz kategorycznie odmówił chrztu, twierdząc, że ze względów duszpasterskich nie może jednakowo traktować dzieci z małżeństw sakramentalnych i z nieformalnych związków. Ostatecznie Celinka została ochrzczona dopiero, gdy jako półtoraroczne dziecko poważnie się rozchorowała i trafiła na trzy tygodnie do szpitala. Kapelan szpitalny nie sprawdzał aktu ślubu rodziców.
Leszek sprawdził się w roli ojca znakomicie. Dużo czasu spędzał z dziećmi, bawił się z nimi i wychodził na spacery. Był zawsze czuły i troskliwy, ale potrafił być także wymagający. Dbał też o Martę i jej potrzeby. Chętnie dzielił z nią domowe obowiązki, robił zakupy, a gdy po osiągnięciu przez Celinkę wieku przedszkolnego postanowiła pójść do pracy (nie była to, oczywiście, praca katechetki, jaką sobie niegdyś wymarzyła, lecz szeregowej urzędniczki w Starostwie Powiatowym), w wymagających tego sytuacjach na zmianę z nią brał zwolnienia na opiekę nad dziećmi. Mimo tych wszystkich starań Marcie nie było łatwo. Nie jeden raz łzy napływały jej do oczu, gdy mały Kuba pytał w kościele, dlaczego mama i tata pod koniec nabożeństwa nie podchodzą razem z innymi ludźmi do ołtarza. Co miała mu powiedzieć? Ze pojawił się na świecie przez przypadek? Że dla jego dobra zamknęła sobie drogę do tego, co zawsze było dla niej i nadal jest tak bardzo cenne? Milczała. A Kuba dziwił się, że mama nic nie mówi, tylko płacze.
Prowadzili życie raczej mało towarzyskie. Nie chcieli wchodzić w zbyt bliskie relacje z ludźmi, żeby nie musieć tłumaczyć się ze swojej sytuacji. Rodzina Leszka była nader szczupła i do tego mieszkała dość daleko, dlatego tylko od czasu do czasu dochodziło do wzajemnych odwiedzin. Natomiast rodzina Marty odcięła się od niej zupełnie. Nikt do niej nie dzwonił, nie odbierał telefonów od niej, nie odpowiadał na świąteczne życzenia. Początkowo tylko kilkakrotnie udało się jej dodzwonić do starszego brata, który za każdym razem przypominał jej, że rodzice czekają, aż się opamięta i zerwie ten grzeszny związek. Nie miała ochoty tego słuchać, więc po pewnym czasie przestała go niepokoić swoimi telefonami.
Było późne kwietniowe popołudnie. Kuba kończył już wtedy naukę w drugiej klasie i przygotowywał się intensywnie do przyjęcia Pierwszej Komunii (znowu seria niemiłych rozmów z proboszczem). Celinka miała za pięć miesięcy zacząć swoją przygodę ze szkołą i przeżywała to bardzo mocno. Leszek wracał właśnie do domu z biura, w którym musiał dziś posiedzieć trochę dłużej niż zwykle. Śpieszył się, bo chciał jakoś uczcić z Martą kolejną rocznicę ich ślubu. Nie świętowali zazwyczaj w jakiś szczególny sposób tych rocznic, ale zawsze starał się w tym dniu być dla swojej żony miły bardziej niż zwykle i sprawić jej jakąś drobną przyjemność. Poza tym trzeba popisać trochę literek z Celinką i przepytać Kubę z katechizmu. Droga do miasta, w którym mieszkali, była prosta i raczej mało ruchliwa. Słońce stało jeszcze dość wysoko na niebie, w powietrzu żadnych zamgleń ograniczających widoczność, dlatego pozwolił sobie nieco mocniej przycisnąć pedał gazu.
Nie wiadomo, co przydarzyło się kierowcy wielkiego, trzydziestotonowego TIR-a jadącego z naprzeciwka, że wykonał taki manewr. Może pracował zbyt długo i zasnął za kierownicą? Może niespodziewanie zasłabł? W każdym razie nagle zjechał na lewy pas i zatarasował drogę tuż przed autem Leszka. Nie było żadnych szans na hamowanie czy wyminięcie.
Marta pobladła, gdy w drzwiach wejściowych, zamiast uśmiechniętego, gotowego ucałować ją na powitanie męża, zobaczyła policjanta z drogówki z poważną miną wręczającego jej dokumenty Leszka. Nie musiał nic wyjaśniać. Zrozumiała od razu. Długo nie mogła dojść do siebie. Dopiero po zażyciu sporej dawki środków uspokajających i wsparciu ze strony policyjnego psychologa odzyskała zdolność do zajęcia się sprawami, które teraz stały się najważniejsze. Proboszcz, przeważnie nieprzychylnie patrzący na ich cywilne małżeństwo, tym razem okazał zrozumienie i nie odmówił swojej obecności na cmentarzu. Resztę spraw związanych z pogrzebem powierzyła profesjonalnemu zakładowi. Koledzy z Leszka pracy obiecali dopilnować wypłaty odszkodowania z OC właściciela firmy przewozowej, do której należał TIR. Trzeba było jeszcze tylko zawiadomić zainteresowane osoby o terminie pogrzebu. Długo zastanawiała się, czy do grona tych osób zaliczyć własnych rodziców. Nie odzywali się do siebie przez tyle lat. Nie uznawali Leszka za swojego zięcia, więc pewnie jego śmierć nie przejmie ich zbytnio. Ale z drugiej strony pogrzeb to wyjątkowe wydarzenie. Wtedy nawet jawni wrogowie potrafią się ze sobą spotkać. Czy można, będąc prawdziwym chrześcijaninem, odmówić towarzyszenia w ostatniej drodze zmarłemu? Może to będzie właśnie okazja, żeby odbudować dawno temu zerwane więzi. Będzie przecież teraz, gdy została wdową z dwójką dzieci, potrzebowała wsparcia ze strony rodziny. Na wszelki wypadek sięgnęła po telefon Kuby, którego numer nie był znany rodzicom, bała się, że odrzucą połączenie, jeśli będą widzieli, że pochodzi od niej.
- To się świetnie składa! – zawołała z nieukrywanym entuzjazmem matka, gdy usłyszała, z jaką informacją dzwoni do niej wyrodna córka. – Będziesz nareszcie mogła uregulować swoją sytuację w Kościele i powrócić do normalnego życia. Może nawet….
Marta nie chciała słyszeć, co może nawet nastąpić później w mniemaniu jej rodzicielki. Znieruchomiała. O co właściwie chodzi? Czy radość z powodu śmierci człowieka naprawdę należy do zbioru tych wartości, na które nieustannie powoływali się rodzice?

- Nie, mamo, to się nie składa świetnie – przerwała jej wywód łamiącym się głosem i rozłączyła się. Aparat wyśliznął się z jej ręki i głucho stuknął o podłogę.

piątek, 20 listopada 2015

Najnowszy utwór

Szóstka


Renata Balkowska zawsze kończyła pracę w biurze punktualnie o 15.30. Zależało jej, aby dotrzeć na czas do przedszkola, w którym czekał na nią jej największy skarb – Piotruś. Gdy dwa lata temu rozstała się z jego ojcem, to on pozostawał jedyną radością jej życia i gotowa była na największe nawet poświęcenie dla zapewnienia mu niczym niezmąconego szczęścia. Praca księgowej w oddziale Totalizatora Sportowego miała zapewnić ich obojgu materialne bezpieczeństwo, dlatego traktowała ją bardzo poważnie, ale najważniejsze było to, aby ten czteroletni człowieczek nie musiał czekać na mamę zbyt długo, tęsknie wypatrywać jej powrotu i niepokoić się, czy w ogóle przyjdzie. Chciała jak najdłużej być razem z nim. Wszystkie miliony wygrywane przez szczęśliwych klientów firmy, w której pracowała, była gotowa oddać, żeby temu malcowi nie przytrafiło się nic złego.
W dniu 25 sierpnia podobnie, jak w każdym innym, dokładnie o 15.30 Renata pozbierała wszystkie dokumenty z biurka, odłożyła je na właściwe półki, wyłączyła komputer i nie więcej, niż pięć minut później przekręcała kluczyk w stacyjce i odjeżdżała w kierunku przedszkola. Nie zwróciła najmniejszej uwagi, że po drugiej stronie ulicy stało zaparkowane granatowe volvo, które ruszyło natychmiast w ślad za jej fiatem.. Nie zaniepokoiło jej również, że ten elegancki pojazd trzyma się przez całą drogę w niewielkiej odległości od niej. Dopiero, gdy zatrzymał się na tym samym co ona parkingu przed wejściem do przedszkola, zaintrygowało ją to. Nie przypominała sobie, żeby dotychczas któryś z rodziców przyjeżdżał po swoją pociechę tak luksusowym wozem. „Czyżby któryś z rodziców stał się nagle właścicielem pokaźnej fortuny” – przemknęło jej przez głowę, ale o tym pewnie, z racji swojej pracy, wiedziałaby już od co najmniej kilku dni.
Piotruś już na nią czekał. Miał już sandałki na nogach i plecaczek z wszelkimi niezbędnymi w przedszkolu przyborami na plecach. Chciał pokazać mamie, jak bardzo jest samodzielny. Gdy tylko ją ujrzał, natychmiast podbiegł, rzucił się jej na szyję i serdecznie uściskał. Od razu też zaczął z zapałem opowiadać o różnych przedszkolnych przygodach, jakie spotkały go dzisiejszego dnia. Kiedy znaleźli się na zewnątrz budynku, Renata zauważyła, że z granatowego volvo właśnie wysiadł wysoki mężczyzna o ciemnych, nienagannie ostrzyżonych włosach i starannie ogolonej twarzy. Na oczach miał przyciemnione okulary w oprawkach z tej samej górnej półki, co jego samochód oraz szyty na miarę garnitur w kolorze stalowym i idealnie dopasowany do niego jedwabny krawat. Najwyraźniej patrzył na nią i na Piotrusia. Skoro tylko zbliżyli się do furtki w ogrodzeniu oddzielającym dziedziniec przedszkola od ulicy, podszedł do nich.
- Dzień dobry – przywitał się grzecznie. – Ślicznego ma pani synka, i jaki grzeczny. Zapewne jest pani szczęśliwą mamą.
- O co panu chodzi? – spytała Renata poirytowana niespodziewaną zaczepką. – Kim pan właściwie jest? Proszę zostawić mnie i moje dziecko w spokoju.
- Zapewne kocha pani swojego malca i nie chciałaby, żeby stało mu się coś złego – ciągnął dalej nieznajomy, w ogóle nie zwracając uwagi na protesty Renaty. – Chciałbym zaproponować pani pewną transakcję, która wzmocniłaby pani poczucie bezpieczeństwa, co do tego młodzieńca – mówiąc to, popatrzył z uśmiechem na Piotrusia.
- Jeśli jest pan agentem ubezpieczeniowym, to…
- Spokojnie, nie jestem agentem, chociaż to, co proponuję można by poniekąd porównać z polisą na życie, jego życie – podkreślił dobitnie wskazując skinieniem głowy Piotrusia.
Renatę te słowa wyraźnie zaniepokoiły. Odruchowo uścisnęła mocniej rękę synka i zrobiła zdecydowany krok do przodu. Chciała ominąć intruza i jak najszybciej oddalić się z tego miejsca, żeby zniknąć mu z oczu. Gotowa była nawet trochę pokluczyć po mieście, aż w końcu go zgubi, byleby tylko nie mieć z nim więcej do czynienia. Jednak nieznajomy zastąpił jej drogę.
- Radzę wysłuchać mojej propozycji. Nie pożałuje pani tego. Czy nie zechciałaby pani zaprosić mnie do swojego auta, żebyśmy mogli spokojnie porozmawiać? – Mówił to z takim naciskiem, jakby chciał dać do zrozumienia, że odpowiedź odmowna w ogóle nie wchodzi w grę.
Renata rozejrzała się dokoła. Kolejni rodzice wyprowadzali swoje pociechy z przedszkola Niektórzy dopiero przychodzili, żeby je odebrać. Postronnych przechodniów na ulicy było niewielu. Z pewnością nikt z obecnych nie zaryzykuje bezpieczeństwa własnego dziecka i nie wda się w szarpaninę z obcym człowiekiem. Sama tak by się zachowała na ich miejscu. Teraz przypomniała sobie, że taki sam samochód stał pod jej biurowcem. Skoro wie, gdzie pracuje, to może też wiedzieć, gdzie mieszka. Próba pozbycia się go pewnie na nic się nie zda. Może lepiej nie stawiać oporu i nie rozdrażniać go niepotrzebnie.
- No dobrze, proszę – powiedziała z wyraźną niechęcią.
Na wstępie nieznajomy wyjął z kieszeni kartkę trochę większą od wizytówki i podsunął Renacie przed oczy.
- To pani adres, zgadza się. Pokazuję to pani, aby dać do zrozumienia, że nie będzie łatwo się mnie pozbyć, gdyby przyszła pani na to ochota. Teraz przejdźmy do interesów.
Gdy po kilkunastu minutach rozmowy elegancko ubrany mężczyzna opuszczał jej fiata punto, żeby przesiąść się do swojego granatowego volvo, Renata siedziała wciąż nieruchomo za kierownicą wstrząśnięta i zszokowana. To, co przed chwilą usłyszała wywołało w niej burzę mieszanych uczuć. W pierwszym odruchu chciała podjechać pod najbliższy komisariat i opowiedzieć o wszystkim policji. Jednak gdy popatrzyła na spokojnie bawiącego się pluszowym zajączkiem na tylnym siedzeniu Piotrusia, porzuciła ten zamiar. Jeśli to, co powiedział ten elegant jest prawdą, a wolałaby tego nie sprawdzać, to zawiadomienie policji nic nie da, a może narazić jej ukochanego synka na śmiertelne niebezpieczeństwo. Czy w ogóle komukolwiek o tym powiedzieć? Komu? Koleżankom z pracy? To pewna droga do dyscyplinarnego zwolnienia. Innym znajomym, rodzinie? Będą jej doradzać pójście na policję, a ona się boi. Najlepiej nikomu nic nie mówić i czekać cierpliwie na dalszy bieg wypadków. Może nie będzie tak źle.
Tajemniczy rozmówca zostawił jej na odchodne wizytówkę zawierającą tylko numer telefonu bez żadnych innych danych. Ma na ten numer dzwonić w ściśle określonych sytuacjach, które go zainteresują. Schowała ją do torebki w nadziei, że nigdy nie będzie musiała zrobić z niej użytku.
W połowie lutego następnego roku pan Bolesław Pęczak spoglądał z niedowierzaniem na kupon zawierający osiem ciągów po sześć liczb przypadkowo wylosowanych z czterdziestodziewięcioelementowego zbioru. Po raz kolejny porównywał liczby zapisane w rządku trzecim od góry z wynikami ostatniego losowania zamieszczonymi na stronie internetowej Totalizatora Sportowego i przecierał oczy ze zdumienia.
Od ponad trzydziestu lat regularnie grał w totolotka, zawierając początkowo raz, później dwa, a obecnie trzy razy w tygodniu po kilka lub niekiedy nawet kilkanaście zakładów i nigdy nie przytrafiła mu się żadna większa wygrana. Stopniowo tracił nadzieję, że los kiedykolwiek się do niego uśmiechnie i pozwoli ustrzelić coś więcej niż trójkę pozwalającą na zawarcie kilku następnych zakładów bez ponoszenia kosztów własnych, ale dusza hazardzisty nie pozwalała mu zaprzestać udziału w kolejnych losowaniach.
Tym razem liczby w trzecim rządku na jego kuponie pokrywały się idealnie z tymi wyświetlonymi na ekranie komputera. Jego radość była tym większa, że właśnie w obecnej edycji zakładów doszło do rzadko spotykanej kumulacji i do wygrania było aż trzydzieści milionów złotych. Nawet jeśli znajdzie się jeszcze jeden, a choćby i dwóch szczęśliwców, którzy na swoich kuponach znajdą te same numery to i tak kwota, jaka przypadnie każdemu z nich do podziału, wystarczy, żeby na zawsze odmienić swoje życie, skończyć z nużącą i stresującą pracą, w której wymagania przełożonych rosną odwrotnie proporcjonalnie do sił potrzebnych, żeby im sprostać. Będzie można porzucić ciasne mieszkanie w starej, od lat nieremontowanej kamienicy z poszarzałą elewacją, brudną klatką schodową i ponurym widokiem z okna na równie poszarzałe i zaniedbane budynki po drugiej stronie ulicy, przeprowadzić się do własnego nowo wybudowanego domu gdzieś na obrzeżach miasta, z obszernym ogrodem i wszelkimi dostępnymi we współczesnym świecie wygodami. Do centrum dojeżdżać będzie luksusowym samochodem, on jednym, żona drugim, a na wakacje każdego roku wybiorą się razem w inny zakątek świata.
Marzeń pan Bolesław miał jeszcze wiele. Snuł je przez cała noc, gdyż stan ogólnego podniecenia wywołany niespodziewaną szczęśliwą nowiną nie pozwolił mu ani na chwilę zmrużyć oczu. Nazajutrz skoro świt wstał, założył swój najlepszy garnitur i udał się do siedziby regionalnego oddziału Totalizatora Sportowego, aby jak najprędzej zmaterializować szczęście, które od wczoraj stało się jego udziałem.
Na miejsce musiał dojechać dwoma tramwajami. W obu panował tłok. Pan Bolesław pomyślał z satysfakcją, że to już jeden z ostatnich razów w życiu, kiedy porusza się po mieście w takich warunkach. Prawda, trzeba będzie jeszcze wyrobić sobie prawo jazdy, ale tym nie musi się martwić. Na początek wynajmie sobie prywatnego kierowcę. Stać go przecież będzie na to.
Formalności w biurze oddziału TS nie trwały długo. Sprawdzono i potwierdzono autentyczność kuponu przyniesionego przez szczęśliwego gracza. Do wyłącznej wiadomości firmy spisano z dowodu osobistego jego dane osobowe, zastrzegając, że będą wykorzystane jedynie do celów związanych z przekazaniem wygranej, a następnie posadzono w fotelu milionera i zapytano, na co zamierza przeznaczyć tak wielką kwotę. Okazało się bowiem, że szóstka pana Pęczaka była jedyną, jaka padła w tym losowaniu i cała pula kumulacji, po potrąceniu podatku od gier, będzie do jego dyspozycji.
Świeżo upieczony milioner nie chciał uchodzić za chciwego egoistę, dlatego dużo mówił o wspieraniu fundacji i stowarzyszeń niosącym pomoc ludziom w jakiejkolwiek potrzebie. O dwóch luksusowych samochodach, willi na obrzeżach miasta i wakacjach spędzanych co roku na innym kontynencie nie wspomniał ani słowem. Po niespełna dwudziestu minutach opuścił budynek Totalizatora, czując się już bogaczem w pełnym tego słowa znaczeniu. Jego głowę zaprzątała teraz myśl, jak uczcić to przełomowe wydarzenie, gdzie urządzić przyjęcie z tej okazji i kogo na nie zaprosić.
Dla Renaty Balkowskiej ten dzień był jednym z najtrudniejszych w życiu. Oto nadszedł czas, żeby zrobić użytek z numeru telefonu, który zostawił jej prawie pół roku temu tajemniczy posiadacz granatowego volvo. Nie ulegało wątpliwości, że wydarzenie, którym dziś żyło całe biuro znajdzie się w orbicie jego zainteresowań. Najchętniej udałaby, że zapomniała o tamtej rozmowie, zgubiła zostawioną wtedy wizytówkę albo znalazła jakikolwiek inny wykręt, jednak lęk o życie Piotrusia kazał jej dokładnie wypełnić przekazane wówczas instrukcje. Nie miała wątpliwości, że tajemniczy rozmówca o niej nie zapomniał. Gdy mniej więcej miesiąc po ich pierwszym spotkaniu przeniosła Piotrusia do innego przedszkola, zaraz następnego dnia zobaczyła zaparkowane po drugiej stronie ulicy to samo luksusowe auto rzucające się w oczy, bo niewiele takich drogich cacek porusza się po mieście. Nikt wtedy do niej nie podszedł. Nikt też później nie zadzwonił ani nie skontaktował się w żaden inny sposób, ale dano jej do zrozumienia, że jest pod stałą obserwacją i nie uda się jej zniknąć z pola widzenia ludzi, którzy złożyli jej ofertę współpracy nie do odrzucenia.
Tego dnia nie wstała od biurka jak zwykle punktualnie o 15.30. Jeszcze przez kilkanaście minut wertowała leżące przed nią dokumenty, czekając aż wszystkie koleżanki opuszczą swoje miejsca pracy. Gdy została sama, podeszła do szafy pancernej, w której trzymano akta szczęśliwych zdobywców głównej wygranej we wszystkich wariantach gier losowych oferowanych pod wspólną marką LOTTO. Nie należała do grona osób uprawnionych do znajomości szyfru otwierającego tę szafę. Jednak odkąd wiedziała, że nadejdzie kiedyś dzień, gdy ta wiedza będzie jej potrzebna, znalazła sposób, aby być na bieżąco z dokonywanymi co tydzień zmianami ośmioznakowej kombinacji cyfr i liter strzegącej dostępu do danych najstaranniej chronionych w tej firmie.
Drżącą ręką, na wszelki wypadek okrytą rękawiczką, wybierała kolejne znaki, aż świecąca się nad klawiaturą dioda zmieniła kolor z czerwonego na zielony. Wtedy wystarczyło przekręcić o 90 stopni stalową klamkę i wnętrze szafy stało przed nią otworem. Wyciągnęła nowo założoną dziś teczkę, na niewielkiej kartce zapisała wszystkie dane interesujące jej zleceniodawcę, po czym odłożyła teczkę na miejsce i starannie zamknęła szafę. Teraz pośpiesznie opuściła biuro. Po drodze kupiła w kiosku za najniższą cenę kartę startową do telefonu komórkowego, włożyła ją na miejsce używanej dotychczas karty w swoim aparacie, a następnie wysłała na podany jej pół roku temu numer sms z danymi przepisanymi przed chwilą w biurze. Później zamieniła ponownie karty w telefonie. Tę nowo kupioną wraz ze strzępami starannie podartej kartki z nielegalnymi informacjami wrzuciła do studzienki odpływowej przy krawężniku ulicy i dopiero wtedy wsiadła do samochodu, aby udać się do przedszkola. Piotruś zdziwiony, że mama przychodzi dziś tak późno, czekał już na nią przy drzwiach gotowy do wyjścia. Jak zwykle rzucił się jej na szyję na powitanie, ale Renata nie miał tym razem ochoty na okazywanie czułości. Było jej ciężko. Zdawała sobie sprawę, że zrobiła rzecz straszną, której komuś innemu nie potrafiłaby wybaczyć i tylko lęk o życie i zdrowie tej kruchej istoty obejmującej ją teraz swoimi drobnymi rączkami był jej usprawiedliwieniem. Do oczu napłynęły jej łzy.
- Mamusiu, dlaczego płaczesz? – zapytał zdumiony Piotruś.
- Nic takiego. Jest mi trochę smutno – odpowiedziała wymijająco. – Jest już bardzo późno, musiałam dzisiaj zostać dłużej w pracy. Chodź, najwyższy czas na twój podwieczorek.
Dwa krótkie dźwięki następujące po sobie w odstępie ułamka sekundy oznajmiły jej, że w telefonie czeka na odczyt nowa wiadomość. Postanowiła jednak nie przedłużać teraz czasu powrotu, i tak już mocno spóźnionego i sprawdzić treść smsa, gdy będą razem z Piotrusiem w domu.
W skrzynce odbiorczej znajdowało się podziękowanie za sumienne wywiązanie się z umowy oraz prośba o podanie numeru konta, na które ma zostać przelane honorarium za wyświadczoną przysługę. Ku zdumieniu Renaty nadawca przesłał tę wiadomość na jej właściwy numer, nie na ten, z którego ona wysyłała wcześniej wyniesione z biura wrażliwe dane. „Wiedzą o mnie więcej, niż przypuszczałam” – przemknęło jej przez głowę. Sama treść smsa oburzyła ją do głębi. Zrobiła to tylko w trosce o bezpieczeństwo swojego dziecka i nie chce, żeby jej za to płacono. Brzydziłaby się wziąć do ręki takie pieniądze. Nie poda im numeru konta. Dowiedzieli się, czego chcieli i niech się odczepią. Wybrała opcję „odpowiedz”, napisała, że nie chce żadnego honorarium i nacisnęła przycisk „wyślij”.
Minęło zaledwie kilka minut, gdy telefon zadzwonił. Od razu rozpoznała głos po drugiej stronie, choć minęło już pół roku od dnia, kiedy go słyszała po raz pierwszy.
- Łaskawie prosiłbym, aby raczyła pani nie silić się na fałszywą skromność – mówił tonem nie znoszącym sprzeciwu mężczyzna, którego spotkała latem. – Honorarium jest częścią nasze umowy i bezpieczeństwo pani synka zależy w równym stopniu od jego przyjęcia, co od przekazywanych przez panią informacji. Dlatego mam nadzieję, że obecnie wykaże się pani tą samą roztropnością, jak w tej pierwszej sprawie i prześle mi bez zbędnej zwłoki numer swojego konta. Wolałbym nie czuć się zmuszony do ponaglania pani odnośnie tej drobnej i przecież korzystnej dla pani informacji.
Rozłączył się zanim zdążyła cokolwiek odpowiedzieć. Była roztrzęsiona. Więc temu bydlakowi, kimkolwiek jest, albo jego mocodawcom, jeśli ma jakichś nad sobą, zależy, żeby wciągnąć ją do końca w swoją brudną grę. Musi być winna tak jak oni. W razie czego nie będzie mogła się tłumaczyć, że robiła to tylko ze strachu o los swojego dziecka.
Zdała sobie sprawę, że niezależnie od tego, na ile zapewnienia jej rozmówcy o rozległej siatce znajomości w aparacie ścigania są prawdziwe, jest już za późno na zawiadamianie policji. Przed nieco ponad godziną popełniła przestępstwo. Teraz jadą na jednym wózku i nie pozostaje jej nic innego, jak zdać się na łaskę ludzi o zbrodniczych zamiarach. Z kartonowej teczki, w której trzymała wszystkie ważne osobiste dokumenty, wyciągnęła zawartą kilka lat temu umowę z bankiem, przepisała do treści smsa dwudziestosześciocyfrowy numer i wysłała wiadomość czekającemu na nią abonentowi.
Następnego dnia po południu z czystej ciekawości sprawdziła stan swojego rachunku. Kwota przelewu zaksięgowana jako „wpływy inne” pochodząca od anonimowego nadawcy była nieco tylko wyższa od jej miesięcznej pensji. „Nisko wycenili moje sumienie” – pomyślała z goryczą. Zablokowała te pieniądze na koncie oszczędnościowym i postanowiła sobie solennie, że nigdy nie zrobi z nich użytku. Chyba, że będzie chodziło o życie Piotrusia.
Pan Bolesław po powrocie z biura Oddziału Okręgowego Totalizatora Sportowego do późnych godzin nocnych świętował swoją wielką wygraną. Kładł się spać wtedy, gdy w innych dniach zostawały mu najwyżej dwie godziny do porannej pobudki. Ale to zupełnie nie zaprzątało mu głowy. Teraz już nie musi śpieszyć się do pracy. Pójdzie tam o dowolnej porze, jak się wyśpi i złoży na biurku dyrektora wypowiedzenie. Stać go na to, żeby nie brudzić sobie rąk nielubianymi, wykonywanymi wyłącznie z ekonomicznego przymusu obowiązkami. Później zajmie się wcielaniem w życie swoich marzeń. Zacznie od nowego domu. Wybudować, czy kupić gotowy? Ten dylemat starali się bezskutecznie rozstrzygnąć w gronie najbliższych przyjaciół podczas popołudniowego świętowania. Noc, i to po wypiciu sporej ilości alkoholu, nie była właściwą porą na finalizowanie takich decyzji, więc postanowił na spokojnie i na trzeźwo zająć się tym jutro.
Obudził się około południa z uczuciem ogromnego pragnienia i jeszcze większym bólem głowy. Poprosił żonę o cały litr wody i tabletki przeciwbólowe. Żona nie miała potrzeby zwalniać się z pracy z powodu nagłej zmiany statusu majątkowego, gdyż od dwóch lat była na rencie. Po mniej więcej godzinie pan Bolesław doszedł już na tyle do siebie, że mógł zabrać się za przygotowanie podania o zwolnienie z pracy i jeszcze dziś dostarczyć je swojemu pracodawcy. Właśnie włączył komputer i czekał na załadowanie się systemu operacyjnego, gdy w przedpokoju rozległ się dzwonek domofonu. Klaps – nieduży jamnik o ciemnokasztanowym umaszczeniu, ulubieniec całej rodziny i znajomych natychmiast zareagował donośnym szczekaniem.
Pan Bolesław zdziwił się, kto może go nachodzić o tej porze. Większość znajomych, podobnie, jak córka i zięć powinni być teraz w pracy. Kto to może być? Dzwonek powtórzył się. Trudno, trzeba było wstać i sprawdzić kto też zaszczyca go swoją wizytą.
- Dzień dobry. Czy mam przyjemność z panem Pęczakiem? – głos w słuchawce domofonu był panu Bolesławowi zupełnie obcy, ale jego spokojny i zrównoważony ton wzbudzał zaufanie.
- Pan w jakiej sprawie? – gospodarz nie chciał okazać się pierwszym naiwnym, który otwiera drzwi byle komu.
- To, z czym przychodzę nie nadaje się do rozmowy przez domofon. Czy moglibyśmy porozmawiać na górze? Zapewniam pana, że to bardzo dla pana ważne.
- Ale kim pan jest? Może zechciałby pan się przynajmniej przedstawić, skoro mam pana wpuścić do domu.
- Moje nazwisko nic panu nie powie, ale jeszcze raz zapewniam pana, że nie pożałuje pan, jeśli poświęci mi teraz odrobinę czasu. Skoro ma pan obawy przed wpuszczeniem obcego człowieka do domu, co jest dla mnie zupełnie zrozumiałe, to może pan zejść do mnie. Niedaleko stąd widziałem małą, przytulną kawiarenkę. Usiądziemy, napijemy się czegoś i porozmawiamy.
- Byle nie za długo. Mam dziś kilka ważnych spraw do załatwienia i nie będę ukrywał, że się śpieszę.
- Zapewniam, że nie zajmę panu dużo czasu. Ja również mam jeszcze inne obowiązki i chciałbym, abyśmy szybko osiągnęli porozumienie.
To, co mówił człowiek przy domofonie brzmiało niejasno, wymijająco i wzbudziło w panu Bolesławie poważne wątpliwości. Był jednak zbyt zmęczony wczorajszym imprezowaniem, dopiero co przestała go boleć głowa i nie potrafił od razu, na chłodno ocenić zaistniałej sytuacji. Do tego zawsze miał zamiłowanie do ryzyka, więc zapowiedź niespodziewanego przybysza, że nie pożałuje poświęconego mu czasu, obudziła w nim niepochamowaną ciekawość, więc nie zastanawiając się zbyt długo, przyjął propozycję nieznajomego. Ubrał się pośpiesznie i wyszedł z mieszkania.
Przed bramą czekał na niego wysoki mężczyzna, którego ubranie od kapelusza na głowie po czubki butów robiło wrażenia nabytego za niemałe pieniądze w jakimś ekskluzywnym salonie mody. „Już wkrótce ja też będę się tak ubierał” – pomyślał świeżo upieczony milioner i świadomość, że oto złożył mu wizytę człowiek ze sfery, do której on właśnie dołączył mile połechtała jego próżność. Zdziwienie wzbudziły jedynie ciemne okulary na oczach przybysza zupełnie nie pasujące do tej pory roku i panującej akurat pogody. Po drugiej stronie ulicy stało zaparkowane granatowe volvo – samochód, jakiego raczej nie widywało się w tej dzielnicy. „Z pewnością też jego. To jakiś naprawdę nadziany gość. Dobrze będzie zawrzeć z kimś takim znajomość” – przemknęło panu Bolesławowi przez głowę.
Nieznajomy przywitał się jeszcze raz, a następnie zaprosił swojego rozmówcę do niewielkiej kawiarenki oddalonej o jakieś sto pięćdziesiąt metrów od miejsca, gdzie się spotkali. Nie był to szczególnie wykwintny lokal, taki w sam raz na kieszeń mieszkańców tutejszego osiedla, ale przytulny i dzięki zwykle małej o tej porze dnia liczbie gości dający poczucie pełnej dyskrecji.
- Przede wszystkim chciałbym pogratulować panu wielkiej wygranej – zagadnął elegancko ubrany przybysz, gdy zajęli już miejsca przy stoliku w zakamarku sali odgrodzonym od reszty drewnianą kratą, na której umocowane były liczne doniczki z pnącymi roślinami.
- Skąd pan wie o mojej wygranej? – zapytał zaskoczony Pęczak, w którym na nowo obudziły się wcześniejsze podejrzenia. Jego rozmówca zignorował to pytanie.
- W każdym razie potwierdza pan, jak słyszę, że od wczoraj jest pan szczęśliwym posiadaczem nie byle jakiej fortuny. Czy nie sądzi pan, że posiadanie tak dużych pieniędzy wiąże się z rozmaitymi zagrożeniami? Na świecie jest tylu złych ludzi zazdrosnych o to, że komuś innemu, a nie im się powiodło. Przydałaby się w takiej sytuacji jakaś ochrona, chyba zgodzi się pan ze mną?
- Czy jest pan agentem jakiejś firmy ochroniarskiej? Skąd pan wiedział, że mogę być zainteresowany waszymi usługami? – Pęczak chciał przede wszystkim ustalić źródło informacji nieznajomego o jego wygranej.
- W pewnym sensie instytucję, którą reprezentuję można nazwać firmą ochroniarską, chociaż nie do końca, a skąd o panu wiedziałem, to naprawdę nieistotne. Mam panu do zaoferowania konkretną usługę i daję słowo, że nie będzie miał pan powodów narzekać, jeśli się pan zgodzi. To naprawdę będzie dla pana dobry interes.
- Mnie jednak interesuje, skąd czerpał pan swoją wiedzę i zapewniam pana, że nie usłyszy pan mojej zgody na pańską propozycję, dopóki ja nie usłyszę odpowiedzi na moje pytanie.
- Ależ zapewniam pana, że to zbyteczne. Przejdźmy raczej do konkretów. Otóż chciałbym panu zaproponować…
- Widzę, że nie zrozumiał pan, co do pana powiedziałem – pan Bolesław wstając od stolika, dał swemu rozmówcy do zrozumienia, że uważa sprawę za zamkniętą – szkoda pańskiego i mojego czasu. Jeśli uznam, że potrzebuję ochrony, sam poszukam odpowiedniej firmy.
- No cóż, szkoda. Gdyby jednak pan zmienił zdanie… - nieznajomy sięgnął do kieszeni i wyjął z niej wizytówkę.
- Proszę to sobie zostawić – nowy milioner nie pozwolił mu dokończyć zdania – Powiedziałem już, że sam znajdę sobie odpowiednią ochronę, jeśli uznam to za potrzebne. Żegnam pana.
- Do zobaczenia – odpowiedział elegancki mężczyzna.
Obaj założyli swoje wierzchnie okrycia i opuścili kawiarnię. Nieznajomy wsiadł do swojego volvo i odjechał, a pan Bolesław wrócił do domu, aby przygotować podanie o zwolnienie z pracy.
Późnym wieczorem, jak zwykle, wybrał się na spacer z Klapsem. W odległości około trzystu metrów od jego domu znajdował się sporych rozmiarów skwer. Trochę zaniedbany. Latem zwykle porastał go bujny gąszcz trawy i chwastów oraz gęstych krzewów. Ich liście tworzyły skuteczną osłonę dla amatorów piwa i innych trunków, którzy lubili przesiadywać tu nawet do późnych nocnych godzin. Wtedy lepiej było się w głąb owego skweru nie zapuszczać, gdyż teren nie był oświetlony, a latarnie ustawione przy otaczających skwer ulicach dawały ledwie nikłą poświatę pozwalającą dopiero z odległości nie większej niż pięć metrów dostrzec nadchodzącego z naprzeciwka człowieka. Teraz jednak nawet dla lubiących rozgrzewać się od środka noce były zbyt zimne, a bezlistne krzewy nie dawały tak komfortowego poczucia odcięcia się od reszty świata, więc po zapadnięciu zmierzchu skwer stawał się zupełnie niemal bezludny. Za to zarówno latem jak i zimą świetnie nadawał się do wyprowadzania psów, których właściciele o tej porze roku bywali jedynymi osobami, jakie można tu było spotkać.
Pan Pęczak też przyprowadził tu swojego pupila, aby przed snem zakosztował ruchu na świeżym powietrzu, a przy okazji opróżnił jelita i pęcherz. Szli spokojnie. Klaps korzystając z długiej, rozwijanej smyczy, wybiegał do przodu, to znów wracał, węsząc przy tym nieustannie w trawie i merdając zamaszyście długim jamniczym ogonem. Nagle warknął ostrzegawczo, zatrzymał się, uniósł łeb i zaczął głośno szczekać. Jego właściciel także stanął jak wryty, gdy zorientował się, co tak zaintrygowało spokojnego zazwyczaj i nie szukającego zwady z ludźmi ani z innymi psami zwierzaka. Spomiędzy zarośli wyłoniło się czterech wysokich mężczyzn o muskularnej budowie ciała, ubranych w czarne kombinezony, jakie zwykle noszą pracownicy prywatnych firm ochroniarskich i wysokie, okute metalowymi czubami buty. Na twarzach mieli kominiarki, w rękach trzymali kije baseballowe. Otoczyli pana Bolesława ze wszystkich stron, nie dając mu żadnej możliwości odwrotu ani ucieczki.
- Panowie, czego chcecie? – zapytał drżącym głosem – Nie mam przy sobie żadnych pieniędzy, wyszedłem tylko na spacer z psem.
Nie było żadnej odpowiedzi na to pytanie, tylko jeden z napastników, ten stojący naprzeciw swojej ofiary, wykonał głęboki zamach kijem baseballowym w jego kierunku. Klaps poczuł się w obowiązku bronić swojego pana i z głośnym warczeniem doskoczył do agresora. Potężny cios twardą, drewnianą pałką odrzucił go na kilka metrów w bok. Uderzenie było tak silne, że końcówka smyczy wypadła panu Bolesławowi z rąk. Jamnik zaskowyczał żałośnie i upadł na ziemię. Przez chwilę jeszcze skomlił coraz ciszej aż zupełnie umilkł. Wtedy kolejne razy posypały się na pana Bolesława. Powalono go na ziemię, okładano kijami i kopano. Żaden z bandytów nie odezwał się przy tym ani słowem. Wszystko trwało najwyżej minutę, może dwie. Po tym czasie napastnicy ulotnili się równie szybko, jak się zjawili, zostawiwszy ofiarę półprzytomną i obolałą.
Pęczak podniósł się z ziemi po dobrych kilku minutach, gdy dotkliwy chłód zaczął mu dokuczać bardziej niż ból, jakiego doznawał przy każdym poruszeniu. Zaczął rozglądać się za Klapsem. Znalazł go wkrótce. Pies leżał nieruchomo jakieś pięć metrów od miejsca zdarzenia i nie dawał żadnego znaku życia. Pokonując własne cierpienie, nachylił się i wziął go na ręce. Zwierzak ani drgnął. Wszystko wskazywało na to, że jest martwy. „Bydlaki, zabili mi psa – pomyślał ze złością. – Co on im zawinił, albo ja? Czego właściwie chcieli? Nie chodziło im o pieniądze, bo nawet nie przeszukali mi kieszeni, jak leżałem. Dlaczego na mnie napadli?” Uznał, że w tej chwili na pewno nie znajdzie odpowiedzi na te pytania. Jutro zgłosi fakt napadu na policji. Będzie wprawdzie miał niewiele do powiedzenia. Nie widział twarzy napastników, bo było ciemno i mieli kominiarki. Nie słyszał ich głosów, bo nic nie mówili. Może tylko z grubsza opisać ich sylwetki i ubrania, ale bez jakichkolwiek szczegółów. Trudno, być może po paru dniach umorzą postępowanie z braku możliwości ustalenia sprawców, ale i tak musi to zgłosić, nie zostawi tak tej sprawy.
Żona przeraziła się nie na żarty, gdy zobaczyła swego męża całego poturbowanego i z martwym psem na rękach. Opowiedział jej o wszystkim, co zdarzyło się na spacerze.
- To na pewno ma jakiś związek z twoją wygraną w totolotka – stwierdziła, gdy skończył mówić – od początku przeczuwałam, że z tego będą same kłopoty. Po co w ogóle grałeś? Nie lepiej było zadowolić się tym, co mamy?
- Nie gadaj! Właśnie dzięki wygranej będziemy mogli się wybudować i zamieszkać w miejscu, gdzie nie ma takich zbirów. A z moją wygraną to oni raczej nie mieli nic wspólnego. Przecież nie żądali, żebym podał im numer konta, na którym ulokowałem te pieniądze ani nic podobnego. To jacyś zwyrodnialcy. Nie wiem, o co im chodziło, ale o wygraną z pewnością nie.
Nazajutrz wstał około ósmej rano i wciąż jeszcze ledwo się poruszając z bólu po wczorajszym zajściu, wybrał się do najbliższego komisariatu policji. Ledwie wyszedł przed dom, zagadnął go ten sam nieznajomy, z którym wczoraj rozmawiał w kawiarence. Przyjrzał się uważnie sińcom na jego twarzy, a następnie uśmiechnął się szeroko i wyciągnął rękę na powitanie.
- Dzień dobry. Cóż to się szanownemu panu stało? Jakaś niemiła przygoda zapewne. Czy nadal utrzymuje pan, że nie potrzebuje żadnej ochrony? Gdyby wczoraj mnie pan posłuchał i przyjął moją propozycję, zapewne uniknąłby pan przykrego zajścia.
Pęczakowi zapaliła się w głowie czerwona lampka. Wiele wskazywało na to, że ten wyjęty z pudełeczka elegancik ma z wczorajszymi zbirami ze skweru coś wspólnego. To nie jest agent firmy ochroniarskiej. Chciał dać mu do zrozumienia, że jego wczorajsza propozycja była z gatunku „nie do odrzucenia”. Ale to dobrze, że się tu teraz zjawił. Jego przynajmniej będzie mógł dość dokładnie opisać. Wprawdzie te ciemne okulary, które nosi, jak widać specjalnie, żeby było go trudniej rozpoznać, trochę go maskują, ale i tak sporo można o jego wyglądzie powiedzieć.
- Ty bydlaku – wycedził przez zęby, patrząc z nienawiścią na przybysza – to wszystko twoja sprawka. Masz rację. Potrzebuję ochrony i właśnie idę poprosić o nią policję. Z tobą nie chcę mieć więcej do czynienia. Zjeżdżaj stąd tym swoim luksusowym pudłem. – Wskazał ręką na granatowe volvo zaparkowane na tyle daleko, żeby nie można było dostrzec tablic rejestracyjnych.
Atak złości na nieznajomym nie zrobił żadnego wrażenia. Odezwał się jak zwykle z pełną kurtuazją i całkowitym spokojem w głosie.
- Nie sądzę, żeby to było roztropne z pańskiej strony, ale oczywiście ma pan pełne prawo zawiadomić policję o tym, co się panu przydarzyło. Mam na komendzie wielu serdecznych przyjaciół. Z pewnością zajmą się we właściwy sposób pańską sprawą.
Ostatnie zdanie wypowiedział z wyraźnie ironicznym akcentem w głosie, ale pan Bolesław zignorował to.
- Idź do diabła – odburknął i ruszył przed siebie w kierunku komisariatu.
Nadkomisarz Rafał Starczewski od trzech lat pełnił funkcję komendanta rejonowego w dzielnicy, która nie miała najlepszej opinii w oczach stróżów porządku. W większości zamieszkiwali ją ludzie z najniższych szczebli drabiny społecznej, nierzadko bezrobotni zarówno z konieczności jak i z wyboru, nie stroniący od alkoholu. Toteż przypadki kradzieży, rozbojów, pijackich awantur i gwałtów zdarzały się tu częściej niż w innych rejonach miasta. Gdy piętnaście lat temu rozpoczynał służbę, miał szczere intencje pozostać do końca wierny składanej przysiędze. Jednak wkrótce po objęciu przez niego obecnego stanowiska jego żona zachorowała na rzadką i wymagającą skomplikowanej terapii chorobę. Liczne badania i zabiegi na ogół nie refundowane przez NFZ oraz drogie lekarstwa poważnie nadszarpnęły domowy budżet i pensja policjanta, nawet w tak wysokiej randze przestała wystarczać na zaspokojenie wszystkich potrzeb. Wtedy uznał, że nie ma nic nieetycznego w znalezieniu sobie dodatkowego źródła dochodów bez wiedzy i akceptacji przełożonych. Przecież chodzi o ratowanie życia najbliższej mu osoby. Gdy oficer dyżurny przekazał mu notatkę służbową dotyczącą pobicia poprzedniego dnia w późnych godzinach wieczornych starszego mężczyzny i zabicia jego psa, od razu postanowił, że tą sprawą zajmie się osobiście. Nie przekaże jej do prowadzenia żadnemu ze swoich podkomendnych. Chwilowo odłożył pismo na stertę innych papierów, ale w taki sposób, żeby łatwo było je później odnaleźć. Kiedy nabrał pewności, że w najbliższym czasie nikt przypadkowo nie wejdzie do jego gabinetu, wyciągnął interesującą go kartkę, jeszcze raz przeczytał, następnie wrzucił do niszczarki dokumentów. Później wyjął swój prywatny telefon i wybrał ten sam numer, który od pół roku nosiła w swojej torebce księgowa z Totalizatora Sportowego.
Pan Bolesław po powrocie z komisariatu do domu nie mógł sobie znaleźć miejsca. Nie miał ochoty sprawdzać cen nieruchomości ani luksusowych samochodów, jak to sobie postanowił w dniu, w którym odbierał wygraną. Dręczyło go pytanie, skąd tajemniczy właściciel granatowego cudu motoryzacji dowiedział się o jego szczęśliwym trafie. Czy zdradził go ktoś z grona rodziny i przyjaciół, czy może ten bandyta ma jakąś wtyczkę w biurze totolotka? Czy w obecnej sytuacji może komuś zaufać? Zastanawiał się też czy słusznie zrobił idąc na policję. Ta uwaga o zajęciu się we właściwy sposób jego sprawą brzmiała jak ostrzeżenie, które on zlekceważył. Jeśli ten elegant i jego zbiry rzeczywiście mają jakieś kontakty z funkcjonariuszami to z pewnością będzie chciał się zemścić. Tylko co innego mógł zrobić? U kogo szukać pomocy? Przecież nie może tak po prostu dać się sterroryzować.
Obiad zjedli z żoną w milczeniu. Oboje nie mieli nastroju do rozmowy. Wielka wygrana powoli zaczynała tracić w ich oczach swój pierwotny blask. Byli już pewni, że wczorajsze pobicie i śmierć Klapsa mają związek z nagłą zmianą ich sytuacji majątkowej i dręczyła ich niepewność, co jeszcze się z tego powodu wydarzy.
Odpowiedź nadeszła szybciej, niż mogli się spodziewać. Nikt nie zapowiadał się dzisiaj z wizytą, dlatego dzwonek domofonu około trzeciej po południu wzbudził w obojgu małżonkach poczucie zagrożenia. W pierwszej chwili postanowili w ogóle nie otwierać. Jednak gdy kolejne sygnały powtarzały się z coraz większą częstotliwością pan Bolesław w końcu podniósł słuchawkę.
- Dzień dobry. Czy pan Bolesław Pęczak? Jesteśmy z policji, chcielibyśmy zadać panu kilka pytań w związku z dzisiejszym zgłoszeniem przez pana faktu pobicia – mówił po drugiej stronie uprzejmy, ale szorstki w brzmieniu męski głos.
Ta informacja uspokoiła gospodarza. Nawet poprawiła mu nieco humor. Widać, że potraktowali jego zgłoszenie poważnie, skoro jeszcze dziś przysłali kogoś na rozmowę. Ten podejrzany elegancik pewnie bluffował, mówiąc o przyjaciołach w komendzie. Jeśli policja tak energicznie wzięła się do sprawy, to wkrótce powinni go złapać i wtedy zapłaci za nękanie spokojnych ludzi i za bestialskie potraktowanie Klapsa.
- Przepraszam, że tak długo nie odbierałem, ale mieliśmy z żoną obawy, czy to przypadkiem znowu nie ktoś z tej bandy – odpowiedział – zapraszam panów na trzecie piętro.
Nacisnął przycisk otwierający bramę i czekał, aż zapowiedziani funkcjonariusze wejdą na górę. Uchylił drzwi, gdy tylko usłyszał zbliżające się kroki. Chciał je z powrotem zatrzasnąć, ale było już za późno. Został brutalnie odepchnięty i do mieszkania wkroczyło trzech osiłków z kominiarkami na twarzach. Nie mieli policyjnych mundurów tylko czerwone kombinezony, jakie noszą zazwyczaj ratownicy z pogotowia. Jeden z nich niósł nawet składane nosze. Ten, co wtargnął pierwszy chwycił żonę pana Bolesława, zatkał jej usta chusteczką, od której rozeszła się po mieszkaniu woń, jaka jeszcze trzydzieści parę lat temu wypełniała korytarze wszystkich szpitali, a następnie nieprzytomnej już kobiecie przystawił nóż do gardła.
- Spróbuj tylko wydać z siebie chociaż jeden odgłos, a zaszlachtuję ją jak świnię! – zagroził osłupiałemu z przerażenia panu Bolesławowi. – Za chwilę zjawi się tu szef. Bądź dla niego miły i niech nie przychodzą ci do głowy jakieś sztuczki z psiarnią. Ją zabieramy jako zastaw.
Skinął na kompana z noszami. Ten natychmiast je rozłożył. Ułożyli na nich nieprzytomną panią Pęczakową i cały czas obserwując jej męża, wyszli z mieszkania.
Bolesław jeszcze przez długą chwilę stał oniemiały, blady z przerażenia, niezdolny do zrobienia czegokolwiek ani nawet do pozbierania swoich myśli. W trakcie napadu zajęty był wyłącznie losem swojej żony i nie zauważył, jak jeden z napastników podszedł do futryny drzwi oddzielających pokój od przedpokoju i przykleił do niej coś niewielkiego, okrągłego, w takim samym kolorze jak wspomniana futryna. Później też nie zauważył tego przedmiotu. Znalazł go dopiero na krótko przed Wielkanocą, gdy robili z żoną przedświąteczne porządki. Wtedy jednak nie skojarzył już tego znaleziska z dzisiejszym zdarzeniem.
Z letargu wyrwał go dopiero kolejny dźwięk domofonu. Domyślił się, że tym razem to zapowiedziany wcześniej szef owych bandziorów, którzy porwali jego żonę. Na pewno ten elegant z granatowym volvo. Nie pytając o nic od razu nacisnął odpowiedni guzik. Po chwili w jego drzwiach stanął rzeczywiście znany mu od wczoraj mężczyzna ubrany tak jak przy poprzednich dwóch spotkaniach w elegancki, kosztowny garnitur, takie samo palto oraz jedwabny krawat i lśniące czystością czarne buty. Wyciągnął rękę na przywitanie, ale Pęczak nie odwzajemnił tego gestu.
- Na wstępie chciałbym powiedzieć, że bardzo mi przykro z powodu zaistniałych okoliczności, ale, niestety, to pański upór się do tego przyczynił. Gdyby wczoraj w kawiarni pozwolił mi pan przedstawić moją propozycję i od razu ją zaakceptował, to pewnie pański jamnik nadal by wesoło merdał swoim ogonem, a i żony nie musiałoby zabierać pogotowie.
Mówiąc to nieznajomy uśmiechał się delikatnie, a jego twarz i ton głosu wyrażały jednocześnie współczucie i przyganę. Pęczak słuchał tych wywodów z narastającą wściekłością. Gdyby mógł przyłożyłby w szczękę intruzowi i wyrzucił go kopniakiem za drzwi. Ale przecież on miał teraz w swoich rękach jego żonę, więc zagryzał wargi i w milczeniu słuchał dalej. Tymczasem robiący wrażenie solidnego biznesmena gangster kontynuował swój wywód.
- Przejdźmy do konkretów. Moja propozycja jest następująca: w zamian za gwarancję, że nikt nie będzie niepokoił pana ani nikogo z pańskiej rodziny, będzie pan raz w roku uiszczał mi pewną opłatę. Nie będzie ona zbyt wysoka jak na pańskie obecne możliwości zważywszy, że trafiła się panu naprawdę niebagatelna fortuna.
Kwota, jaką w tym miejscu wymienił przyprawiła Pęczaka o zawrót głowy. Pomimo starań nie zdołał ukryć swego oburzenia.
- To czyste zdzierstwo – wykrzyknął – nie zgadzam się. Mogę dać połowę tej sumy, ale nie tyle.
- No cóż – łowca haraczy uśmiechnął się znowu obłudnie – wydawało mi się, że bezpieczeństwo naszych najbliższych jest bezcenną wartością. Czyżbym się mylił, przypuszczając, że zależy panu, aby jak najszybciej ujrzeć znów swoją małżonkę całą i zdrową?
W odpowiedzi pan Bolesław westchnął tylko ciężko i opuścił wzrok. Rzeczywiście, mógłby oddać nawet całą wygraną, żeby tylko Krysieńce, z którą spędził ponad trzydzieści lat nie przytrafiło się nic złego Teraz ona jest w rękach tego bandyty. Nie ma sensu się targować.
- Pierwszą ratę uiści pan jeszcze dzisiaj – ciągnął dalej jego rozmówca – pieniądze przyniesie pan pod ten adres – wyciągnął z kieszeni kartkę wielkości wizytówki i podał ją Pęczakowi. – To jest opuszczony budynek, w którym od paru lat nikt nie mieszka. Mieli go nawet wyburzyć, ale na razie miasto nie znalazło na to środków. Przy drzwiach wejściowych zachowała się skrzynka na listy służąca niegdyś jego lokatorom. Do niej włoży pan kopertę z podaną przeze mnie kwotą i natychmiast się stamtąd oddali. Mam nadzieję, że już się pan przekonał, iż pańska poranna wizyta w komisariacie była poważnym błędem i nie będzie pan tym razem próbował żadnych forteli. Liczę na pański rozsądek. Przecież kocha pan swoją żonę, prawda?
- Jaką mam gwarancję, że, jeśli zapłacę to Krysia wróci do domu? – zapytał pan Bolesław.
- No cóż, nie wydaje mi się, żeby jakiekolwiek moje słowa uznał pan teraz za wystarczającą gwarancję. Mogę jedynie zapewnić, że nie jest w moim interesie wyrządzenie tej kobiecie krzywdy. Natomiast gwarantuję panu, że żona nie wróci do domu, jeśli pan pieniędzy nie przyniesie. Czekam na nie do osiemnastej. Później poczuję się zmuszony pana ponaglić. Nie wiem jeszcze, w jaki sposób, ale na pewno wolałby pan takiego ponaglenia uniknąć. Z mojej strony to wszystko. Czy ma pan jeszcze jakieś pytania?
Pan Bolesław nie miał pytań. Mierzył intruza nienawistnym spojrzeniem i chciał, żeby jak najszybciej sobie poszedł i już nigdy więcej tu nie wracał.
- Wynoś się! – wykrzyknął, z trudem hamując się, aby nie wypchnąć niechcianego gościa siłą.
- Przykro mi, że tak nieuprzejmie mnie pan wyprasza. Ja cały czas starałem się być miły dla pana. Do zobaczenia w przyszłym roku. Może wtedy będzie pan w lepszym nastroju.
Gangster ukłonił się, uchylając szarmancko kapelusz i wyszedł. Pęczak usiadł ciężko na krześle. Musiał chwilę ochłonąć po tej rozmowie. Po tym wszystkim, co się zdarzyło nie miał już wątpliwości, że nie warto kontaktować się z policją. W ogóle nie wiadomo, jak szeroko rozpościerają się macki tego łotra, więc najlepiej będzie posłusznie spełnić jego żądanie i nikomu o tym nie wspominać. Zresztą, kalkulował na chłodno, da się jakoś wytrzymać. Wprawdzie haracz, jakiego sobie ten zbir zażyczył jest drakońsko wysoki, ale i tak przez ładnych parę lat da się całkiem przyzwoicie pożyć. Na razie był zbyt zszokowany, aby przemyśliwać jakieś inne rozwiązania.
Zegarek na przegubie jego ręki pokazywał godzinę szesnastą. Do terminu wpłacenia pierwszej raty haraczu i zarazem okupu za uwolnienie Krysi zostały dokładnie dwie godziny. Wolał nie sprawdzać, na czym będzie polegało ponaglenie ze strony pozbawionego wszelkich skrupułów bandyty-dżentelmena. Ubrał się i poszedł do najbliższego oddziału banku, w którym wczoraj zdeponował swój świeżo pozyskany majątek.
Pani Krystyna wróciła do domu przed siódmą. Była cała roztrzęsiona i, pomimo, że już w bezpiecznym, znanym sobie otoczeniu, nadal półprzytomna ze strachu. Gdy nieco doszła do siebie, opowiedziała mężowi, że kiedy się ocknęła po odurzeniu chloroformem, znajdowała się w jakimś ciasnym pomieszczeniu bez okien, miała związane ręce i zakneblowane usta, że przywieziono ją tu w bagażówce z zamalowanymi szybami, że cały czas umierała ze strachu, bo nie wiedziała dokąd ją wiozą i czy w ogóle to przeżyje.
Następnego dnia wspólnie uradzili, że w zaistniałej sytuacji jedynym sensowym rozwiązaniem będzie jak najszybciej wyjechać gdzieś daleko za granicę, najlepiej na inny kontynent, przyjąć tamtejsze obywatelstwo i tam zacząć zupełnie nowe życie. Tylko trzeba będzie sobie wyrobić paszporty. Do tej pory nie brali pod uwagę możliwości podróżowania po świecie, więc tego rodzaju dokumenty nie były im potrzebne. Tak, wyjadą natychmiast, jak tylko załatwią wszystkie formalności. Przecież nie możliwe, żeby ci przestępcy mieli swoje wtyki na całym świecie. Jeśli zamieszkają odpowiednio daleko, na pewno ich tam nie znajdą.
Uznali też, że należy to samo zaproponować córce i zięciowi. Nie będzie to łatwe. Oboje mieli tu dobrze płatną pracę, z której byli zadowoleni, wnuczka miała swoje towarzystwo ze szkoły i z licznych zajęć pozalekcyjnych, więc na pewno cała trójka nie zechce z tego wszystkiego tak po prostu zrezygnować. Trzeba ich będzie jednak wtajemniczyć w wydarzenia ostatniego dnia i nakłonić do wyjazdu. Kto wie, czy ten bandyta, jak już zorientuje się w ich ucieczce, nie znajdzie sposobu, żeby odnaleźć rodzinę swojej ofiary i na niej wywrzeć zemstę.
Gdy przyszła pora, kiedy zarówno córka jak i zięć wracali do domu, pan Bolesław od razu się z nimi skontaktował w celu omówienia tej nie cierpiącej zwłoki sprawy. Umówili się na rozmowę następnego dnia na siedemnastą. Teraz pozostało tylko czekać na dalszy bieg wypadków. Jednak państwo Pęczakowie byli spokojni, że tym razem nic już nie stanie na przeszkodzie w realizacji ich nowego, awaryjnego planu. Wkrótce mieli się przekonać, jak bardzo się mylili.
Piąta po południu minęła, a córki ani zięcia nie było widać. Zaniepokojony pan Bolesław postanowił zadzwonić do nich, żeby poznać przyczynę spóźnienia. Głos w słuchawce był wyraźnie zatroskany.
- Tato, przepraszam, że nie przyjdziemy, ale mamy problem. Kasia do tej pory nie wróciła ze szkoły. Romek poszedł dowiedzieć się, czy nie mają przypadkiem jakichś dodatkowych zajęć, ale wychowawczyni powiedziała mu, że Kasia wyszła zaraz po ostatniej lekcji razem ze wszystkimi dziećmi. Dzwoniliśmy też do rodziców kilku jej najbliższych koleżanek, ale nic nie wiedzą. Martwimy się bardzo. Rozumiesz, że w tej sytuacji musimy zostać w domu, gdyby w którymś momencie przyszła. Jeśli nie pojawi się do wieczora, będziemy musieli chyba zgłosić na policji jej zaginięcie.
Pan Pęczak w odpowiedzi rzucił jakieś zdawkowe pocieszenie i się rozłączył. Miał dziwne przeczucie, że nękający go od trzech dni jegomość z luksusowym samochodem ma z tym zniknięciem coś wspólnego. Ale z drugiej strony dlaczego? Przecież zapłacił haracz w wysokości dokładnie takiej, jak sobie zażyczył, a sam zapowiedział, że po następny zgłosi się dopiero za rok. Jednak wyostrzona przez ostatnie wydarzenia intuicja mimo wszystko nakazywała mu łączyć fakt, że Kasia nie wróciła na czas do domu z jego osobistymi kłopotami. Telefon, który zadzwonił kilkanaście minut później upewnił go, że jego podejrzenia były słuszne.
- Dzień dobry – usłyszał po drugiej stronie dobrze znany sobie od niedawna głos. – Stwierdzam to z prawdziwą przykrością, ale niestety nie okazał się pan lojalnym partnerem w interesach. Usiłował pan uciec za granicę, żeby nie wywiązać się z zawartej ze mną dżentelmeńskiej umowy. Przyznam szczerze, że nie spodziewałem się tego po panu. No cóż, pozory czasem mylą. Ale do rzeczy. Pańska postawa zmusiła mnie do podjęcia kroków zabezpieczających moje interesy. Nie mogę czekać roku do odebrania następnej raty należnej za zapewnienie panu ochrony. Żądam przekazania mi od razu całej pańskiej wygranej, w jednej transzy. No, powiedzmy, dziesięć tysięcy na pocieszenie może pan sobie zostawić. Przekaz pieniędzy ma się dokonać dokładnie tak samo, jak przedwczoraj. Mam nadzieję, że nie przyjdzie panu do głowy jakiś niemądry pomysł. Aha, zapomniałbym o najważniejszym. Kasiu, powiedz coś do dziadka.
Pęczak zastygł z przerażenia. W dziecięcym głosiku, który chwilę później rozległ się w słuchawce, bezbłędnie rozpoznał swoją wnuczkę. Zdał sobie sprawę, że nie ma żadnego wyboru. Trzeba spełnić żądanie gangstera i rozstać się definitywnie z marzeniami o luksusowym życiu do ostatnich jego dni. Czym prędzej zadzwonił do córki, prosząc, aby w żadnym razie nie zawiadamiali o jej zaginięciu policji, bo to właśnie może grozić jej śmiertelnym niebezpieczeństwem. On sam zajmie się jej powrotem do domu. Niech czekają cierpliwie. Córka zupełnie nie rozumiała tego, co mówił, ale głos ojca był tak stanowczy i pełen emocji, że nawet nie próbowała protestować.
Zostało już niewiele czasu do zamknięcia placówek bankowych, więc trzeba się było pośpieszyć z podjęciem pieniędzy. Pogotowia kasowe poszczególnych oddziałów nie są z reguły przygotowane na dokonywanie tak dużych wypłat, więc aby zapewnić Kasi bezpieczny powrót do domu jeszcze dzisiaj, pan Bolesław musiał udać się do centrali, której siedziba oddalona była od jego domu o dobre pół godziny drogi, wliczając w to dojście na przystanek, czekanie na właściwy autobus, przejazd i dotarcie do bankowego biurowca. Na szczęście centrala czynna była dłużej niż inne oddziały.
Pani przy okienku kasowym była wyraźnie zakłopotana. Nikt do tej pory w jej dość długiej karierze zawodowej nie podejmował tak wielkich pieniędzy. Formalności przeciągały się nienaturalnie długo, a pan Pęczak musiał przy tym zachowywać maksimum spokoju, mimo że wnętrzności w nim się dosłownie gotowały. Gdy wreszcie otrzymał to, na czym mu zależało, wyłoniła się nowa trudność. Podjęta kwota wypełniała sporą torbę i o umieszczeniu jej w skrytce na listy nie można było nawet marzyć. Zostawić pod drzwiami tego opuszczonego budynku? A jeśli zainteresuje się nią jakiś miejscowy żul, zanim dotrze tam ktoś z obstawy gangstera? Co wtedy? Na wszelki wypadek wyciągnął telefon i wybrał numer zapisany jako ostatnie połączenie przychodzące. Odpowiednie instrukcje zostały przekazane, jak zwykle, tonem pełnym elegancji. Towarzyszyły im podziękowania za troskę o prawidłowy przebieg transakcji i życzenia wszelkiej pomyślności. Pęczak najchętniej wykrzyczałby do słuchawki, żeby jego rozmówca wypchał się tymi wszystkimi uprzejmościami, ale obawa o los ukochanej wnuczki powstrzymywała go od tego.
Około ósmej zadzwonił do córki, żeby sprawdzić czy Kasia wróciła do domu. Indagowany, o co właściwie w tym wszystkim chodziło, odpowiedział, że nie jest to rozmowa na telefon. Wszystko wyjaśni przy najbliższym spotkaniu. Jednocześnie dodał, że temat, o którym chciał rozmawiać dzisiaj o siedemnastej przestał być aktualny. Wszystko się zmieniło. Po tej rozmowie poczuł prawdziwą ulgę. Nawet nie rozpaczał zbytnio z powodu utraconej fortuny. Trudno, żył bez niej przez tyle lat, będzie żył dalej. Cieszyło go, że razem z pieniędzmi pozbył się raz na zawsze wizyt tego cynicznego bandziora. On już wie, że nic więcej od niego nie dostanie i na pewno zostawi go teraz w spokoju. Jutro trzeba będzie pójść do pracy i wycofać swoje wypowiedzenie. To największy kłopot. Jak spojrzeć w oczy kolegom, którym zaledwie parę dni temu oznajmiało się z tryumfem, że teraz do końca życia żadnej pracy nie będzie się już potrzebowało? Wstyd. W dodatku nie da się im wyjaśnić, co właściwie się stało. Jeszcze któryś z nich w swojej gorliwości uznałby, że należy o całej sprawie zawiadomić organy ścigania, informacja o takim zawiadomieniu dotrze do jego niedawnego prześladowcy i nieszczęście gotowe. Trzeba będzie milczeć jak grób. Jak tu żyć nieustannie nosząc w sobie taką tajemnicę?
Nazajutrz przekonał się, że jego zmartwienia dotyczące relacji z kolegami były przedwczesne. W dziale kadr poinformowano go, że na jego miejsce przyjęto już nowego pracownika. Opuszczone przez niego stanowisko nie mogło zbyt długo pozostawać nieobsadzone, a chętnych do pracy było wielu. Nie pozostawało mu nic innego, jak zarejestrować się w Urzędzie Pracy. Tam z kolei powiedziano mu, że zasiłek nie będzie mu przysługiwał, bo sam zwolnił się z ostatniego miejsca zatrudnienia. Ręce mu opadły. Renta, jaką otrzymywała Krysia, ledwie wystarczy na pokrycie kosztów związanych z mieszkaniem. Teraz przeklinał dzień, w którym odczytał sześć poprawnie wylosowanych liczb na totolotkowym kuponie. Gdyby wiedział, że sprawy przybiorą taki obrót, spaliłby go albo podarł na strzępy, nie próbując w ogóle realizować. W ciągu zaledwie kilku dni z żyjącego skromnie, ale godziwie człowieka, stał się najpierw milionerem, a następnie potencjalnym klientem opieki społecznej. Nawet w najkoszmarniejszym śnie nie przewidziałby dla siebie takiego scenariusza.
Na ławie oskarżonych siedziała ze spuszczoną głową. Opuszkami palców rozmasowywała sobie nadgarstki, na których przed paroma minutami kajdanki zostawiły okrągłe zaczerwienione odciski. Gdy skuwano ją nimi po raz pierwszy w biurze, na oczach całego zespołu, nie wytrzymała i rozpłakała się na głos. Ale nikt jej wtedy nie współczuł. Przeciwnie, nawet najlepsze koleżanki odprowadzały ją wzrokiem pełnym potępienia i pogardy.
Od pamiętnej rozmowy na przedszkolnym parkingu upłynęło dziesięć lat. Piotruś stał się w międzyczasie Piotrkiem i chodził teraz do gimnazjum. W ciągu tych lat Renata Balkowska czterdzieści razy wybierała numer telefonu zostawiony jej przez eleganckiego mężczyznę z granatowym volvo i przyczyniła się do tego, że trzydzieści dziewięć osób miało powody przeklinać dzień, który wcześniej uważało za najszczęśliwszy w życiu. Tak się złożyło, że czterdziesty miał kolegę pracującego w CBŚ. Gdy tylko skontaktował się z nim człowiek w ciemnych okularach oferujący odpłatną ochronę, od razu wiedział, do kogo się udać, żeby nie trafić na „serdecznych przyjaciół” gangstera-dżentelmena. Schwytany na gorącym uczynku odbierania haraczu posiadacz granatowego cudu motoryzacji nie miał żadnych skrupułów, by ujawnić swoich informatorów. Zdawał sobie sprawę, że współpraca z organami ścigania będzie dla niego okolicznością łagodzącą. W zagranicznych bankach czekały na niego zrabowane pieniądze, więc nie przejmował się zbytnio przyszłym wyrokiem.
Prokurator nie uwierzył w zapewnienia Renaty, że była szantażowana, że grożono jej synkowi. Nie było na to żadnych dowodów, natomiast przelewy bankowe na jej konto po każdej przekazanej informacji były faktem. Potwierdziły się jej przypuszczenia, dlaczego ten typ z pod ciemnej gwiazdy tak nalegał za pierwszym razem, żeby przyjmowała honorarium.
Najbardziej jednak bolało to, że ten sceptycyzm prokuratora podzielał również sam Piotrek. Od momentu aresztowania zamieszkał u jej rodziców. Odwiedzili ją kilkakrotnie i za każdym razem słyszała, że syn nie chciał przyjść z nimi na widzenie. Czy nieodwołalnie go straciła? Czy kiedykolwiek zdoła go przekonać, że naraziła swoje dobre imię i zawodową pozycję nie dla jakiegoś nędznego honorarium, tylko ze względu na jego bezpieczeństwo? Wreszcie czy godząc się na warunki postawione przez gangstera nie wyrządziła swojemu dziecku i sobie większej krzywdy, niż gdyby je odrzuciła? Na te pytania starała się sobie sama odpowiedzieć oczekując na wyrok.